Santorini – wyspa po przejściach

Powrót z Santorini, to jak powrót z bajki do rzeczywistości. Pierwszy raz byłam w miejscu, gdzie prawie każde zdjęcie nadaje się na pocztówkę. Po ostatnim pobycie na Rodos, obiecaliśmy sobie nigdy nie wrócić do Grecji, ale dobrze się stało, że wybraliśmy się właśnie tutaj. To znaczy wyspa Rodos też jest piękna, ale przeżyliśmy tam silne trzęsienie ziemi, pożary lasów, po których ewakuowano turystów z wyspy (zdążyliśmy wrócić dzień przedtem). Jednak przede wszystkim ludzie byli tam tak nastawieni na „dojenie” przyjezdnych, że wróciliśmy z uczuciem niesmaku.

Santorini wszystko to nam wynagrodziła. Wyspa prześliczna, ludzie bardzo przyjaźni, jedzenie świetne, owoce tanie. Minusy były tylko dwa: zbyt chłodne dla nas morze i marne oznakowanie dróg. Mapa z centrum turystycznego nie pokazuje wszystkich dróg, a znaków na skrzyżowaniach często brak. Ewentualnie zdarza się znak, ale można go przeczytać tylko z jednej strony, czyli gdy już wracasz, bo zorientowałeś się, że zabłądziłeś. Oczywiście dotyczy to tylko tych, którzy wypożyczyli samochód i dopiero zaczynają poznawać Santorini. Wyspa jest mała: 76 km2, długość linii brzegowej wynosi 70 km, a długość drogi z północy na południe 18 km. Po kilku dniach wszyscy wiedzą, jak jechać. Do tego czasu błądzą i może to być bardzo przyjemne. Rozmawiałam z paniami, które chciały dojechać do Firy (stolica wyspy), ale oczywiście zabłądziły i wylądowały na pustej plaży w okolicy białych wiatraków, gdzie było dużo osiołków. Wróciły zachwycone. Poza tym na wyspie jest dobrze zorganizowany i niedrogi transport autobusowy, ewentualnie można wziąć taksówkę.

Wyspa miała kiedyś okrągły kształt i nazywała się Strongile. Była zasiedlona już od epoki neolitu. Jednak ok. 1500 r. p.n.e. nastąpiła straszliwa erupcja wulkanu i środkowa część wyspy wyleciała w powietrze, a następnie została zatopiona przez morze. Ta zatopiona część nazywa się Kalderą. Obecnie z dawnego lądu pozostały wyspy: Thirassia, Nea Kameni, Palia Kameni i Aspronissi. Według polskojęzycznego przewodnika „Santoryn słońce i lawa” (pomimo tysięcy turystów z Polski szalenie trudno jest kupić książkę po polsku), naukowcy greccy lokalizują zatopioną Atlantydę na Strongile i Krecie.

 

Zwiedzanie zaczynamy od Oia (Ia), skąd można oglądać podobno jeden z najpiękniejszych na świecie zachodów słońca. Wówczas gromadzą się tu tłumy turystów, ale żeby uniknąć tłumów, my planujemy być wtedy na drugim krańcu rogalika Santorini.

 

 

 

Urokliwe białe domki z widokiem na Kalderę i luksusowe pensjonaty z malowniczymi tarasami, gdzie nocleg dla 2 osób może kosztować nawet 220 euro.

 

To już Fira – stolica wyspy. Też jest biała i położona na wysokim brzegu nad Kalderą. Stare miasto i kolejka linowa na dół – do portu. Można zjechać i wjechać wagonikiem (po 5 euro w każdą stronę) albo przejść się wysokimi schodami w pełnym słońcu (gratis). Wybieramy kolejkę.

 

 

 

Jadąc dalej na południe wyspy, mijamy jedną z wielu cerkwi z niebieską kopułą.

 

 

Bardzo przyjemnie jest posiedzieć pod dachem z bugenwilli…

 

 

…albo z winorośli. Chociaż winogrona na wyspie, to głównie karłowate krzaki z bardzo słodkimi owocami. Produkuje się z nich wino Santo.

 

 

Przyjemny poczęstunek. Po drodze mijamy sklepik z miejscowymi przysmakami, a taką tacę każdy turysta dostaje gratis. Są na niej, m. in.: pasta z kaparów, koncentrat z pomidorków cherry, prażone orzeszki pistacjowe, wino Santo (wszystko z santorińskich upraw).

 

 

Pomidory suszone na słońcu.

 

 

Można popłynąć na wycieczkę po Kalderze i zwiedzić wyspy. My zwiedzamy Thirassia i Nea Kameni. Wchodzimy na ciągle dymiący wulkan. Lepiej mieć zakryte buty, żeby kamyczki nie raniły stóp i grubsze podeszwy, bo ziemia jest tu w wielu miejscach gorąca.

 

 

 

 

 

Wpis z 10.09.2014 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *