Mama Afryka

Zanzibar jest autonomiczną częścią Tanzanii. Przed podróżą przeczytałam książkę Halszki Wiłkomirskiej „Moje lata w Afryce”, by się czegoś dowiedzieć o tym kraju. Niezależnie od tego, że mieszkańcy Zanzibaru traktują białych przeważnie (nie zawsze i nie wszyscy) jak bankomaty, są też w większości bardzo przyjaźni. Są uśmiechnięci i chętni do pomocy.

Halszka Wiłkomirska pracowała w Tanzanii pod koniec lat 70. Włożyła wiele wysiłku w pomoc temu krajowi i poczyniła wiele obserwacji. Między innymi to, że kobiety pracują tam bardzo ciężko i cały dom jest na ich głowie, jak te ciężary, które – już nie w przenośni – noszą na głowach. Afryka jest kobietą („mama” w suahili znaczy pani – kobieta). Mężczyźni przeważnie się nie przemęczają. Ponadto wszelkie prace są wykonywane grupowo i, jak u nas za komuny, do naprawy czegokolwiek przychodzi co najmniej 3 mężczyzn. Najpierw jednak trzeba poczekać („pole pole” w suahili znaczy powoli).

Okazało się, że od lat 70. niewiele się zmieniło. Zdarzyło się, że wieczorem w naszym pokoju wysiadło światło. W dodatku z instalacji od klimatyzacji zaczęła spływać woda z sufitu. Po telefonie do portierni i jednym monicie, MDK poszedł do portierni i doczekaliśmy się reakcji. Przyszła trzyosobowa ekipa, żeby zająć się światłem, potem przyszło jeszcze trzech do tej cieknącej wody, a następnie jeden z mopem do sprzątania. Kiedy w pokoju było już 9 osób (razem z nami), w drzwiach stanęła recepcjonistka. Siedzieliśmy zupełnie zrezygnowani, bo wieczór i tak był zmarnowany, więc było nam już wszystko jedno, ile osób się u nas zbierze. Kiedy MDK zobaczył stojącą nieśmiało sympatyczną recepcjonistkę, wychylił się w fotelu i zaprosił ją szerokim gestem do środka z uprzejmym „Welcome”. Przecież dziesiąta osoba w pokoju nie stanowiła już różnicy. Skończyło się na przeprowadzce na noc do innego pokoju.

Tym, co nas zadziwiło na Zanzibarze, była zupełna swoboda we wchodzeniu przez obsługę do naszego pokoju. Nigdzie na świecie nie zdarzało się, by wchodzono tak często i bezceremonialnie. Zwykle zaczynało się od pukania, ale wcale niekoniecznie. Potem, nie czekając na naszą reakcję, słychać było zgrzyt klucza w zamku i ktoś już był. Jak Pawlak w „Samych swoich”. A to chciał posprzątać, a to chciał sprawdzić, czy klimatyzator jest w porządku itp. Najśmieszniej było gdy wszedł młody człowiek ze środkiem do spryskiwania przeciw komarom. Gdy już wszedł, to wypadało porozmawiać. W końcu sytuacja zaczęła się robić trochę niezręczna, bo my chcieliśmy wyjść na kolację. Czekaliśmy, żeby zrobił, co ma zrobić i już poszedł. Po jakimś czasie okazało się, że jest odwrotnie, to on czeka, żebyśmy sobie poszli. W dodatku znienacka bystry młodzieniec zapytał, czy ten dolar, który leży na łóżku, to dla niego. Nie – wyjaśniliśmy – dla pani, która sprząta pokój. W końcu wyszliśmy. Gdy wróciliśmy, już go nie było. Dolar też zniknął. Machnęliśmy ręką, niech mu tam będzie, przecież też codziennie u nas pryska.

To, że sprzedawcy pamiątek życzą sobie za byle drobiazg sporo pieniędzy, znamy przecież z naszych polskich kurortów. Podobnie Masajowie życzyli sobie za proste wisiorki z koralików (nawet nie wiem, czy przypadkiem nie chińskie) po 5 dolarów i biali płacili. Pomyślałam sobie, że historia zachichotała – kiedyś biali sprzedawali czarnym kolorowe paciorki, a teraz jest odwrotnie.

Następny przepis od Naomie – tym razem na surówkę kachumbari. Jest to surówka popularna w Tanzanii. Każda gospodyni robi ją troszkę inaczej, jak u nas jarzynową.

Kachumbari

2 pomidory

1 cebula

1 marchewka

kilka liści kapusty pekińskiej (chyba najbardziej przypomina tamtejszą kapustę)

trochę posiekanej natki pietruszki

sól

Pomidory pokroić w kostkę, marchew oskrobać i zetrzeć na tarce o mniejszych oczkach, cebulę pokroić w kosteczkę i wrzucić do miski z zimną, osoloną wodą, wypłukać i odcedzić na sitku. Kapustę pokroić w paski, a potem na kilka krótszych kawałków.

Warzywa posolić i wymieszać w misce. Posypać posiekaną natką pietruszki.

P.S.

Naomie robi swoją surówkę z dużą ilością kapusty. Kapusty przeważnie jest mniej, a niektóre gospodynie w ogóle jej nie dodają. Do kachumbari można dodać troszkę soku z cytryny.

Wpis z 09.01.2016 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *