Archiwum autora: Iwona

Omlet grzybek

Niedawno, gdy nie miałam czasu na ugotowanie czegoś, przypomniałam sobie o takim szybkim daniu jak biszkoptowy omlet grzybek. Zrobiłam go latem z kurkami smażonymi na maśle, ale kiedyś dość często jadałam ten omlet z dżemem lub groszkiem zielonym. Najlepszy omlet robi się z uprzednio ubitymi białkami i żółtkami, bo jest puchaty. Jednak czasem idę całkiem na skróty i robię ten omlet miksując całe jajka z mąką. Nie jest wtedy puchaty, ale za to błyskawiczny.

Omlet grzybek

2 jajka

1 łyżka mąki (może być pszenna, ale też ziemniaczana czy kukurydziana)

szczypta soli

masło do smażenia

Żółtka oddzielić od białek. Zmiksować białka na sztywną pianę, a żółtka w drugim naczyniu ubić z łyżką mąki i szczyptą soli.

Żółtka dodać do białek i delikatnie wymieszać. Na patelni rozpuścić kawałek masła i wlać ciasto. Wyrównać powierzchnię łopatką i smażyć na średnim ogniu, aż omlet się zarumieni. Gdy jedna strona będzie rumiana, przerzucić łopatką na drugą stronę.

Papryka marynowana

Za oknem deszcz, jesienny deszcz, a ja robiłam marynowane papryki. Właściwie to my jadamy marynaty bardzo rzadko, a jeśli już to właśnie papryki marynowane. Może powinnam zrobić je latem albo wczesną jesienią, ale się jakoś przeciągnęło. Dlatego dzisiaj podaję przepis.

Papryki marynowane

1,3 kg papryki

2 szklanki octu

5 szklanek wody

1 łyżka soli

1/4 szklanki cukru

ziarenka ziela angielskiego

liście laurowe

ziarenka gorczycy białej

ziarenka pieprzu

Z papryk wyciąć szypułki i wyjąć pestki.

 Wodę z octem zagotować w dużym garnku, dodać cukier i sól, wymieszać. Wrzucić papryki pokrojone w nieduże kawałki, zagotować, zmniejszyć ogień i gotować 15 minut.

W międzyczasie do piekarnika wstawić słoiki (ja używam takich po dżemie) i włączyć temperaturę 100 st. C, a tuż przed napełnianiem słoików, również nakrętki, ale partiami i na krótko.

Każdy słoik wyjmować tuż przed napełnieniem i wrzucać do niego po 2 ziarna pieprzu, 1-2 ziarenka ziela angielskiego, kawałek liścia laurowego i szczyptę ziaren gorczycy. Napełnić każdy gorący słoik kawałkami papryki, zalać gorącą zalewą octową i zamknąć gorącą zakrętką.

Pasteryzować 15 minut w temp. 100 st. C. Ja to robię w piekarniku, ale czytałam, że nie zawsze jest to bezpieczne – komuś wybuchł słoik podczas pasteryzowania w piekarniku. Jeśli macie jakieś obawy – pasteryzujcie w dużym garnku wyłożonym ściereczką i wypełnionym gorącą wodą. Po wyjęciu z piekarnika odwracam jeszcze słoiki do góry dnem i w takiej pozycji powinny ostygnąć. Jeśli któraś nakrętka okaże się nieszczelna to od razu się ujawni.

Papryka faszerowana

Lubimy ją bardzo i w sezonie paprykowym dosyć często ją robię – papryka faszerowana. Szczerze mówiąc, nie trzymam się sztywno jakiegoś przepisu i proporcje dobieram „na oko”. Jednak na potrzeby bloga, troszkę się przyłożyłam i zapisałam składniki, których używałam ostatnim razem. Moja Mama robiła taką paprykę z wieprzowiną, ja chętnie używam mięsa gulaszowego z indyka. Papryki wybieram nieduże, okrągłe. Najsmaczniejsze są tzw. pomidorowe. Nadziane papryki trzeba później porządnie poddusić, żeby były mięciutkie i żeby wszystkie smaki dobrze się połączyły.

Papryka faszerowana

1300 g niedużych papryk (u mnie wyszło 7 sztuk)

1 duża cebula

700 g mięsa wieprzowego lub gulaszowego z indyka

200 g suchego ryżu

2 łyżki suszonych, mielonych grzybów

2 łyżki soli

1 łyżeczka pieprzu mielonego

olej do smażenia cebuli

ok. 1 łyżki masła

Cebulę posiekać i udusić na oleju. Ostudzić i zmielić w maszynce razem z mięsem. Wymieszać z ryżem, proszkiem z suszonych grzybów, 1 łyżką soli, pieprzem i dobrze wyrobić.

Papryki wydrążyć, wyrzucić pestki, a do środka włożyć farsz. Następnie ustawić nadziane papryki wypełnieniem do góry na dnie większego garnka z grubszym dnem i zalać wodą tak, by ryż ją wchłonął podczas gotowania i żeby potem nadal były przykryte wodą. Zagotować, odszumować w miarę potrzeby, dodać na wierzch kilka wiórków masła i dusić na małym ogniu ok. 1 godziny. Pod koniec gotowania dodać do wody 1 łyżkę soli.

Tort z Ikei

Goście zapowiedzieli, że nie jedzą tortów i żeby nie robić. Jednak okazja zdarzyła się niecodzienna, było co świętować, więc postanowiłam zrobić coś niedużego. Niestety, tort tak szybko zniknął, że nie został nawet kawałek, by go sfotografować w przekroju. Dlatego musi wystarczyć to jedno zdjęcie, gdy tort był jeszcze cały.

Przepis pochodzi z bloga Domowe Wypieki, gdzie podany jest przepis ze strony Ikei. Przyznam, że trochę zmniejszyłam ilość cukru, ale i tak tort był wystarczająco słodki. Podaję jednak ilość cukru z oryginalnego przepisu, gdzie podano jeszcze cukier puder do posypania.

Migdałowy tort z Ikei

100 g migdałów w płatkach

200 g zmielonych migdałów

4 jajka

240 g cukru

100 ml słodkiej śmietanki 30-36%

225 g miękkiego masła

Piekarnik nagrzać do temperatury 180 st. C (grzałka góra-dół). Płatki migdałowe wyłożyć na blachę do pieczenia i podpiec chwilę na złoty kolor. Pozostawić do ostygnięcia.

Oddzielić żółtka od białek.

Białka ubić na sztywną pianę, a następnie dodawać po trochu 120 g cukru, cały czas ubijając. Wrzucić zmielone migdały i wymieszać łyżką.

Dwie blachy wyłożyć papierami do pieczenia. Wybrać talerz o średnicy 22 cm i odrysować okrąg na każdym papierze. Wyłożyć po połowie masy białkowo-migdałowej na każdy okrąg, a piekarnik nagrzać do temperatury 180 st. C. Jedną blachę wstawić do piekarnika na drugą szynę od góry, a drugą blachę na pierwszą od dołu. Piec 10 minut, a następnie zamienić blachy miejscami i piec kolejne 10 minut.

Po upieczeniu od razu zsunąć papier z ciastem z blachy i każdą blachę posypać po 20 g cukru. Na wysypany cukier wywrócić upieczone ciasto. Pozostawić do ostygnięcia (ten krok pominęłam i 40 g cukru nie dodałam).

Żółtka, 80 g cukru i śmietankę przełożyć do garnka. Postawić na kuchence i na małym ogniu ubijać masę mikserem, aż stanie się puszysta, gęsta i kremowa (trwa to co najmniej 10 minut). Nie gotować! Następnie garnek z ubitą masą przełożyć do zimnej wody i dalej miksując ostudzić.

Miękkie masło utrzeć mikserem. Dalej miksując, dodawać stopniowo masę jajeczną.

Na jeden krążek ciasta wyłożyć krem i przykryć drugim krążkiem. Resztą masy posmarować wierzch i boki tortu. Cały tort obsypać podprażonymi płatkami migdałów. Ciasto włożyć do lodówki na parę godzin, a najlepiej na całą noc, żeby się „przegryzł”.

Dahl z czerwonej soczewicy

Dahl to bardzo popularna w Indiach potrawa z roślin strączkowych i można go sobie dowolnie komponować. Świetnie nadaje się na chłodniejsze dni, jest bogaty w białko i przyrządzany jest z dodatkiem aromatycznych przypraw, a także, np. z ryżem. Można dodawać do niego różne warzywa, jak kalafior, dynię, kalarepkę, cukinię, jarmuż, pomidory, marchewkę. U Agnieszki Maciąg znalazłam przepis kuchni ajurwedyjskiej.

Dahl z czerwonej sochewicy

1 szklanka opłukanej czerwonej soczewicy

3 szklanki wrzącej wody (lub bulionu czy wywaru warzywnego)

1 obrana cebula

2-3 obrane ząbki czosnku

2-3 cm korzenia imbiru

1 obrana i pokrojona w kostkę marchewka

1 łyżeczka nasion kolendry

1 łyżeczka nasion kminu rzymskiego

1/2 łyżeczki mielonej kurkumy

1 łyżeczka przyprawy curry

1 łyżeczka przyprawy garam masala

1 łyżeczka masła klarowanego (ja użyłam zwykłego masła)

szczypta pieprzu i sól do smaku

świeże zioła do posypania, np. posiekana zielona pietruszka lub kolendra

Cebulę, czosnek i imbir drobno posiekać.

W garnku rozpuścić masło, dodać nasiona kolendry i kminu, lekko podsmażyć. Gdy przyprawy uwolnią swój aromat, dodać posiekaną cebulę, czosnek i imbir. Całość podsmażyć na rumiano, a następnie dodać wszystkie mielone przyprawy, i podsmażyć mieszając.

Dodać pokrojoną marchewkę i opłukaną soczewicę.

Całość zalać wrzącą wodą, wymieszać i gotować na wolnym ogniu przez 10 minut, a następnie dodać sól i gotować przez kolejne 10 minut mieszając od czasu do czasu.

Do tego dania dobre są chlebki naan, np. z tego przepisu:

Chlebki naan

Świetne chlebki do dań indyjskich czy kaukaskich. Można je robić bez niczego lub z przyprawami, np. kolendrą, czarnuszką, kminem rzymskim, kozieradką, ostrą papryką, kardamonem, pieprzem, podsmażoną cebulą lub czosnkiem. Przyprawy w proszku można dodać do ciasta lub posypać uformowane chlebki ziarenkami i wgnieść wałkiem. Można zrobić chlebki z białej mąki, razowej lub pół na pół białej i razowej.

Ja robię naan przeważnie bez przypraw, bo stanowią u mnie dodatek do dań hinduskich, które są wystarczająco aromatyczne.

Zrobienie chlebków nie jest zbyt trudne i niezbyt czasochłonne. Ważne jest jednak pieczenie ich na podwójnie złożonych blachach, by za bardzo nie podeschły (podobnie jak pita czy pizza). Jeśli zostanie jakiś chlebek to można go włożyć do zamrażalnika, a rozmrozić w gorącym piekarniku – będzie jak nowy.

Chlebki naan (3 chlebki)

2 szklanki mąki pszennej (może być drobna, ale dobra jest typ 650)

15 g świeżych drożdży

5 łyżek ciepłego mleka

2 łyżki jogurtu naturalnego

1 jajko

1 łyżka oleju lub oliwy

1 łyżeczka soli

masło klarowane lub zwykłe do posmarowania chlebków

Rozpuścić w misce drożdże w ciepłym mleku i odstawić w ciepłym miejscu, aż drożdże zaczną pracować. Wówczas dodać mąkę, olej, jogurt oraz jajko. Wyrabiać tak długo, aż ciasto będzie miękkie i będzie odchodziło od ręki (w razie potrzeby dodać troszkę ciepłego mleka lub wody).

Miskę owinąć folią spożywczą i odstawić w ciepłym miejscu na 1 godzinę. Następnie podzielić ciasto na 3 części i z każdej uformować kulkę. Kulki rozwałkować na blacie oprószonym mąką na podłużne placki o grubości ok. 4-5 mm. Placki włożyć do piekarnika rozgrzanego do temp. 230 st. C i piec ok. 4 minut na podwójnie złożonych blachach wyłożonych papierem do pieczenia. Po tym czasie włączyć funkcję grillowania, aby placki były zarumienione (powinny się w czasie pieczenia wydąć i trochę opaść). Po wyjęciu z piekarnika gorące placki posmarować lekko masłem.

Jeżyna

W Polsce najpospolitsza jest jeżyna fałdowana, ale istnieje wiele gatunków i odmian jeżyn. Wszystkie części tej rośliny są zdrowe:

Liście zawierają garbniki, flawonoidy, kwasy organiczne, witaminę C, inozyt oraz sole mineralne.

  • odwary z liści (także suszonych) mają działanie ściągające, przeciwzapalne, bakteriobójcze i grzybobójcze. Mogą być stosowane jako: środek napotny przy przeziębieniach, krwawieniach wewnętrznych, płucnych, schorzeniach przewodu pokarmowego, wzdęciach, przy nadmiernym rozwoju flory bakteryjnej, biegunkach, chorobach grypopochodnych, a zewnętrznie – do płukania jamy ustnej i gardła przy stanach zapalnych oraz kąpieli przy chorobach skóry takich jak trądzik, świąd skóry czy wypryski;
  • wyciąg z liści jest dobrym środkiem w chorobach górnych dróg oddechowych oraz jako środek wykrztuśny i uspokajający przy zwiększonej pobudliwości i bezsenności.

Liście dobrze jest łączyć z innymi surowcami o podobnym działaniu. Należy je zbierać wiosną i na początku lata – przed kwitnieniem i suszyć w miejscach zacienionych lecz przewiewnych.

Korzenie

Odwar z korzeni ma działanie moczopędne.

Owoce zawierają dużo witaminy C, ale też A, trochę PP i z grupy B, ponadto pektyny, garbniki, mikro i makroelementy: wapń, fosfor, magnez, związki potasu, miedzi oraz manganu.

Surowe owoce i herbata z nich ma działanie ogólnie wzmacniające i uspokajające przy klimakterium. Owoce są krwiotwórcze, więc można powiedzieć, że odnawiają organizm.

Przejrzałe owoce mają działanie lekko przeczyszczające, podczas, gdy niedojrzałe – zatrzymujące.

Jeżyny są zasadotwórcze. Według medycyny ludowej jedzeniem jedynie jeżyn przez kilka lub kilkanaście dni można wyleczyć choroby układu pokarmowego, np. wrzody.

Można jeść owoce świeże i suszone, robić konfitury, marmolady, dżemy, kompoty, soki, wina i nalewki.

Soku jeżynowego można używać do barwienia przetworów i wyrobów cukierniczych oraz tkanin na kolor fioletowy lub czerwonofioletowy.

Źródła:

1)I. Gumowska „Owoce z lasów i pól”, Wydawnictwo „Watra”, Warszawa 1985,

2)dr n. farm. W. Jaroniewski „Rośliny lecznicze naszych lasów. Jeżyna fałdowana”, „Wiadomosci Zielarskie” 1989 nr 2, s. 8-10,

3)dr n. farm. Edward Wójcik „Liść jeżyny – surowiec nie tylko garbnikowy”, „Wiadomości Zielarskie” 1999 nr 7/8 s. 8-9.

Nalewka jeżynowa

Ubiegłoroczna naleweczka wyszła pyszna. Warto ją zrobić ze względu na to, iż jeżyny są bardzo zdrowe i bogate w witaminy. Można sobie przechować te witaminy w butelce. Najlepsze i najzdrowsze są jeżyny leśne i takie właśnie, wygrzane słońcem, słodkie, należy pozbierać. W tym celu trzeba założyć zbroję rycerską, a w jej braku grubsze spodnie, pełne buty i koszulę z długimi rękawami. Ten strój nie ustrzeże nas przed zadrapaniami, bo jeżyny mają kolce wszędzie i będą starały się wbić te kolce w nas i złapać nas za wszystko, nawet za włosy, Trzeba to dzielnie wytrzymać i ostrożnie zebrać owoce. Mając rękawice, można zebrać też lecznicze liście (o właściwościach jeżyn i ich liści wkrótce na blogu).

Jeżynówka

1 l jeżyn leśnych

70 dag cukru

1/4 l spirytusu

1/2 l wódki

Owoce przebrać, opłukać na sitku, odcedzić i osuszyć. Następnie umieścić je w dużym słoju, przesypując warstwy owoców warstwami cukru. Na wierzchu ma być warstwa cukru.

Słój przykryć podwójną warstwą gazy zamocowanej gumką i odstawić na 14 dni. Nasz słój powinien stać w jasnym, słonecznym miejscu.

Potrząsnąć słojem oraz delikatnie wymieszać zawartość, by cukier się rozpuścił i dodać spirytus. Zakręcić szczelnie pokrywką i odstawić na 14 dni.

Po tym czasie zlać płyn do innego słoja i szczelnie go zakręcić, natomiast jeżyny rozgnieść, np. tłuczkiem do ziemniaków i zalać wódką. Słój zakręcić i odstawić na 14 dni (należy od czasu do czasu tym słojem potrząsnąć).

Następnie przecedzić płyny z obydwu słoików przez sitko wyłożone gazą albo serwetkami, albo filtry do kawy i przelać do butelek. Butelki szczelnie zakręcić i odstawić na pół roku.

Sajgonki (kuchnia wietnamska)

Kuchnia wietnamska jest podobno najbardziej różnorodna i bogata wśród kuchni azjatyckich. Silne są wpływy chińskie. Nazwa sajgonki wskazuje, że pochodzą z Sajgonu, ale tam nazywają się nem i są chyba najbardziej znanym daniem wietnamskim popularnym także w Chinach. Do tej pory jadałam sajgonki w knajpkach azjatyckich, ale tym razem spróbowałam zrobić je w domu i wyszły pyszne. Przepis pochodzi z bloga https://przepisyjoli.com

Sajgonki

1/2 główki poszatkowanej kapusty pekińskiej

garść namoczonych grzybów mun

1 marchewka drobno starta marchewka

50 g namoczonego makaronu ryżowego

1 cebula pokrojona w kostkę

30 dag mielonego mięsa wieprzowego (ja użyłam mięsa z indyka na gulasz)

1 jajko

4 łyżki sosu sojowego

papier ryżowy

ciepła woda

olej do smażenia

sos słodko-kwaśny

Kapustę pekińską, grzyby mun, marchewkę, makaron ryżowy i cebulę wymieszać z mięsem mielonym. Dodać jajko, sos sojowy i dobrze wszystko wymieszać.

Każdy arkusz papieru ryżowego namoczyć w ciepłej wodzie i gdy zmięknie, zawijać w nim po trochu farszu (najpierw zawinąć górę, potem boki, a następnie zwinąć cały rulonik). Smażyć na gorącym tłuszczu. Podawać z sosem słodko-kwaśnym.

Pyszny sos do dań z grilla

Potrawy przygotowane na grillu są popularne chyba wszędzie, także sosy. Sosów nie trzeba kupować – można je zrobić w domu. Proponuję sosik, który zrobiłam zainspirowana różnymi przepisami i bardzo nam zasmakował,

Sos do dań z grilla

2 średnie czerwone cebule (ok. 200 g)

1 ząbek czosnku

4 łyżki keczupu (może to być również domowy, gęsty przecier z pomidorów)

2 łyżki ziaren gorczycy

5 łyżek octu winnego

2 łyżki miodu

sól

3 łyżeczki słodkiej papryki mielonej

1/2 łyżeczki pieprzu cayenne

1/2 szklanki wody (lub trochę więcej)

2 łyżki oleju + olej do smażenia

2 łyżki gorczycy wsypać do słoika, zalać octem winnym, zakręcić i zostawić na noc.

Następnego dnia cebule posiekać i udusić na oleju, mieszając od czasu do czasu. Pod koniec duszenia dodać czosnek pokrojony w kosteczkę, słodką paprykę, pieprz cayenne i wymieszać Przełożyć do garnka z grubym dnem, dodać keczup, ocet z gorczycą, miód, 2 łyżki oleju i 1/2 szklanki wody. Zagotować mieszając, po czym zmniejszyć ogień i dusić pod przykryciem 45 minut, od czasu do czasu mieszając. Gdyby sos był za gęsty, trzeba dodać jeszcze trochę wody.

Zdjąć sos z ognia i zmiksować.

Sos będzie najlepszy na drugi-trzeci dzień jak się „przegryzie”.

Zmiksowany sos można jeszcze raz zagotować i włożyć do wygotowanych, gorących słoiczków – będzie na później.

Szarpane boczniaki

Po prostu zachwyciłam się tym daniem. Bardzo lubię boczniaki – grzyby są zdrowe, a boczniaki są jednymi z tych najzdrowszych. Obniżają poziom cholesterolu i cukru, mają właściwości przeciwnowotworowe, zawierają wiele witamin i składników mineralnych. Do tej pory jadałam boczniaki panierowane, ale na blogu Kulinarna Polska znalazłam przepis na szarpane boczniaki, przypominające w smaku trochę mięso. Zrobiłam i na pewno wrócę jeszcze do tego przepisu, bo potrawa jest pyszna i szybko się ją przyrządza.

Szarpane boczniaki

250 g świeżych boczniaków

2 cebule

2 ząbki czosnku

1 płaska łyżka papryki wędzonej w proszku

2 łyżki ciemnego sosu sojowego

sól, pieprz

olej

Na patelni podsmażyć na oleju cebulę pokrojoną w cienkie piórka i na końcu posiekany czosnek, dodać 1/2 szklanki wody i poddusić, a gdy cała woda wyparuje, dorzucić boczniaki porwane w nitki (bardzo łatwo się rwie). Wszystko zrumienić, wsypać paprykę, pieprz i trochę soli, dolać sos sojowy, wymieszać.

Podawać z ryżem lub na grzankach.

Pierogi z jagodami

Pierogi z jagodami to już pewna tradycja w domu. Przynajmniej raz w sezonie jagodowym muszą być zrobione na obiad i zawsze cieszą się wielkim wzięciem. W tym roku też były, a ponieważ udało mi się kupić ostatni, mały pojemniczek jagód, więc dopasowałam proporcje do tego pojemniczka.

Pierogi z jagodami

240 g jagód

200 g mąki i tyle wody, by ciasto było miękkie i sprężyste (ilość wody zależy od mąki)

50 g cukru

śmietana i trochę cukru, by była słodka

Zagnieść ciasto z mąki i wody. Trzeba się przyłożyć i dobrze wyrobić mięciutkie ciasto, by odchodziło od ręki (ja używam zimnej wody). Kulkę ciasta odstawić w misce pod przykryciem na 20 minut.

Jagody wymieszać z cukrem.

Ja pierogi robię nietypowo, bo odrywam kulkę ciasta wielkości niedużego orzecha włoskiego, rozgniatam ciasto na placuszek (nie rozciągam!), napełniam placuszek jagodami i zaklejam. Jeśli wolicie rozwałkować ciasto i wycinać kółka to zróbcie tak. Ja wolę sobie obejrzeć dobry film podczas lepienia.

Pierogi kłaść na papierze wysypanym mąką i wrzucać partiami do wrzącej, osolonej wody z 1 łyżką oleju. Wymieszać od razu po wrzuceniu drewnianą łyżką, by się nie przylepiły do dna i siebie nawzajem. Gdy pierogi wypłyną – zmniejszyć ogień i jeszcze chwilę gotować, by nie było widać surowych fragmentów ciasta. Wyławiać łyżką cedzakową na duży talerz.

Podawać nieco schłodzone, polane słodką śmietaną.

Sernik jagodowy

Bardzo lubię desery z jagodami – jagodzianki, ciasta jagodowe, lody jagodowe, pierogi z jagodami, a ponieważ była okazja, to zrobiłam sernik jagodowy. Przepis znalazłam na blogu krytykakulinarna.com i oczywiście troszkę go zmieniłam

Sernik jagodowy

Składniki na spód:

150 g ciastek digestive, np. z tego przepisu: http://dorodnepomidory.com/2017/12/09/wiosna-i-ciastka-digestive/

100 g masła

Składniki masy jagodowo-serowej:

600 ml śmietanki 30% (+ ewentualnie trochę śmietanki do dekoracji)

600 ml serka homogenizowanego

500 g jagód (mogą być mrożone)

1 biała czekolada

5 łyżek cukru

6 łyżeczek żelatyny

trochę masła do wysmarowania tortownicy

Tortownicę o średnicy 24 cm wysmarować masłem. Ciastka digestive pokruszyć, wymieszać z roztopionym masłem, wyłożyć na spód blaszki i wyrównać. Wstawić do lodówki na 20 minut.

400 ml śmietanki podgrzać w garnuszku z grubym dnem. Gdy zacznie wrzeć, zdjąć z ognia.

Czekoladę połamać, wrzucić do gorącej śmietanki i mieszać, aż czekolada się rozpuści. Ostudzić.

W drugim garnuszku podsmażyć jagody z cukrem tak długo, aż puszczą sok, czyli kilka minut. Zdjąć z ognia i gorące dokładnie zblendować wraz z żelatyną. Ostudzić.

Serki homogenizowane zmiksować na puch, dolewając pozostałe 200 ml śmietanki, a następnie dodać śmietankę z rozpuszczoną czekoladą oraz jagody. Masę wylać na przygotowany spód ciasteczkowy i wstawić do lodówki na co najmniej 5 godzin, a najlepiej na całą noc.

Następnego dnia można dowolnie udekorować sernik. Ja ozdobiłam go bitą śmietanką (pod koniec ubijania dodałam trochę cukru pudru) i garścią jagód, które zostawiłam do dekoracji.

Falafel (kuchnia arabska)

Gdy jedziemy za granicę, każdy z nas jest ambasadorem swojego kraju. Po każdym Polaku mieszkańcy innego kraju oceniają, jacy jesteśmy. Dlatego ważne jest nasze zachowanie, żeby o nas dobrze myśleli. I zawsze wiadomo, czy przed nami byli nasi rodacy, bo często uczą oni obcokrajowców różnych polskich słów. Bardzo często brzydkich i jak to z brzydkimi słowami bywa, są one natychmiast zapamiętywane i chętnie używane (bez złych intencji przecież, ale robi wrażenie). Na przykład w Chinach w sklepie z perłami pewien uprzejmy sprzedawca zachęcał polskich turystów do zakupów: ” Kup perłę, dobra perła, nie chu.owa”. W Egipcie pewien beduin na pustyni wzniósł toast w przekonaniu, że tak się u nas wznosi toasty. Ku zaskoczeniu obecnych zakrzyknął: „Na zdrowie, pier…ony beduinie”.

Nie bądźmy zaskoczeni, jeśli coś takiego usłyszymy gdzieś w szerokim świecie, bo nie wiedzieć czemu, ludzie od dziecka ze szczególną łatwością i najszybciej uczą się przekleństw.

A teraz jeden z ulubionych przepisów kuchni arabskiej – falafel. Kotleciki robi się z ciecierzycy, ale można je również zrobić z łuskanego bobu. Są pyszne z sosem czosnkowym lub tahini.

Falafel

200 g suchej ciecierzycy namoczonej na noc

1 ząbek czosnku

1 mała cebula

kilka gałązek zielonej pietruszki

1,5 łyżki przyprawy do falafela, w której skład wchodzą mielone: kumin, kolendra, pieprz, chili, ziele angielskie, imbir, goździki, cynamon, gałka muszkatołowa, mahlep), ja jeszcze często dodaję kurkumę

2 łyżeczki soli

kilka łyżek wody (tyle, ile potrzeba, by kotleciki się dały uformować)

1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

olej do smażenia

Namoczoną cieciorkę odcedzić i przepuścić wraz z cebulą i czosnkiem przez maszynkę do mięsa, najlepiej dwukrotnie. Następnie dodać przyprawy, sodę i posiekaną pietruszkę. Wszystko razem porządnie wyrobić.

Formować kulki wielkości orzecha włoskiego lub płaskie kotleciki, położyć na dużym talerzu lub tacy, przykryć folią i odstawić na 1 godzinę do lodówki. Następnie delikatnie wrzucać na patelnię z gorącym olejem i smażyć do uzyskania złotego koloru.

Uwaga: kulki lub kotleciki trzeba mocno ugnieść, by się dobrze skleiły, bo nie zawierają jajka i mają skłonność do rozpadania się.

Falafele są pyszne z chlebkiem pita, innym pieczywem czy ryżem oraz dodatkiem sosu i warzyw.

Qatayef – ramadanowe placuszki

Byliśmy w Jordanii podczas Ramadanu. Staram się omijać te święta, ale tak wyszło. Ramadan trwa cały miesiąc i prawie wszystkie sklepy oraz restauracje są wtedy zamknięte w ciągu dnia, bo muzułmanie poszczą aż do zmroku. Poszczą w każdy sposób: nie jedzą, nie piją (!), nie palą, nie używają, no poszczą bardzo. Nie bardzo rozumiem sens takiego postu, gdzie można się najadać na noc, bo przecież to niezbyt zdrowe, ale nie muszę wszystkiego rozumieć – tak jest i już. Ramadan jest trudnym okresem również dla turystów, bo niełatwo jest znaleźć jakąś knajpkę i zjeść obiad. Jeśli się nic nie znajdzie, trzeba przetrwać do zmroku na suchym prowiancie. W Akabie jeden miły Jordańczyk postanowił nam pomóc i zaprowadził mnie do małego zakładu usytuowanego na uboczu, żebym mogła kupić placuszki. Sam też kupił takie placuszki i wytłumaczył, że zje je z rodziną dopiero wieczorem. Wyjaśnił, że te placuszki nazywają się qatayef i jada się je z orzechami włoskimi, złożone jak pierożki.

Po powrocie do domu zaczęłam poszukiwanie przepisu w internecie. Zobaczyłam, że te placuszki można jeść z orzechami albo ze słodkim twarożkiem, posypane np. pistacjami. Można je robić w formie pierożków albo w rodzaju ładnych rożków (ja zrobiłam placuszki w formie pierożków, jak mi pokazał sympatyczny Jordańczyk). Placuszki smaży się na suchej patelni tylko z jednej strony w temp. ok. 200 st. C, czyli na średnim ogniu i wtedy wytwarzają się liczne dziurki na powierzchni placuszków. Te dziurki nie powstaną ani na zbyt chłodnej ani zbyt gorącej patelni.

Placuszki jada się w czasie Ramadanu, ale wielu Arabów je lubi i robi także poza tym okresem. Same placuszki można smażyć dzień przed podaniem, ale tacę z gotowymi placuszkami trzeba przykryć folią spożywczą. Nadziewać można następnego dnia. Najprostszy przepis znalazłam na arabskie.pl

Qatayef

Ciasto:

3 szklanki mąki

3 szklanki ciepłego mleka

1 łyżeczka suchych drożdży

spora szczypta soli

ewentualnie 1 łyżka cukru do ciasta (ja nie dodałam)

Składniki wymieszać, by powstało płynne ciasto, jak na naleśniki. Pozostawić w cieple do wyrośnięcia. Wyrośnięte wymieszać i większą łyżką wlewać porcje na suchą, rozgrzaną patelnię. Ciasto powinno swobodnie rozlewać się tworząc krążki o średnicy 5-7 cm. Smażyć po jednej stronie do czasu zniknięcia surowego ciasta na wierzchu placuszka. Na całej powierzchni powstanie wiele dziurek. Zdjąć z patelni i odłożyć na takę lub deskę, by placuszki nie wysychały.

Nadzienie można przygotować z mieszanki posiekanych orzechów (ja zrobiłam z włoskich) lub ze śmietanki kyszta lub creme faiche. U nas można użyć twarożku na sernik – czubata łyżeczka do placuszka, sklejonego z jednej strony. Placuszki polać syropem i posypać posiekanymi orzechami.

Syrop:

1 szklanka cukru

1/3 szklanki wody

4 łyżki wody z kwiatu pomarańczy

Wodę gotować z cukrem do postaci gęstego syropu. Do przestudzonego (to ważne) syropu dodać wodę kwiatową. Polewać ciasteczka.

Nie tylko Petra

Z Jordanią kojarzy się od razu Petra, a jest tam naprawdę wiele do obejrzenia. W starożytności tereny Jordanii były włączane do różnych imperiów: asyryjskiego, babilońskiego, egipskiego, greckiego, rzymskiego, bizantyjskiego i perskiego. Dlatego jest tak różnorodna i tak różne ludy w niej mieszkają. Zresztą Jordania do dzisiaj jest schronieniem dla wielu uchodźców, w tym Palestyńczyków, a piękna królowa Rania pochodzi z Palestyny i jest swoim rodakom przychylna.

Pustynia Wadi Rum jest niesamowita. Można tam podziwiać ciekawe formacje skalne i nie dziwota, że organizowane są plenery fotograficzne, w których ceni się walory światła o różnych porach dnia. Piękno pustyni opisał m. in. brytyjski agent Thomas Edward Lawrence, który był zafascynowany tym miejscem i ukrywał się tam razem z wojskami emira Fajsala. Powstał o nim nawet film „Lawrence z Arabii”, a tamtejsi ludzie go pamiętają i otaczają szacunkiem jego wizerunek wyrzeźbiony na jednej ze skał na pustyni. Swoją drogą ciekawe, jak zmieniło się podejście do Arabów we współczesnym świecie. Europejczycy chyba zawsze byli zafascynowani kolorowym i bogatym orientem, natomiast dzisiaj za sprawą polityki, niektórzy ludzie podchodzą do tych rejonów z niechęcią. Akurat Jordania jest najbardziej europejskim z krajów arabskich i najchętniej współpracuje z innymi kulturami.

Chętnie bym spędziła na pustyni Wadi Rum więcej czasu. Jest możliwość wynajęcia namiotu i – w zależności od standardu – każdy może sobie taki namiot zarezerwować. Posiadacze grubszych portfeli mogą sobie wynająć białe „kosmiczne” luksusowe bańki widoczne na trzecim zdjęciu. Pustynię można zwiedzać terenówką lub pojeździć na wielbłądzie.

Ruiny zamku krzyżowców znajdują się w kilku miejscach. Można zwiedzić Kasr-al-Szaubak czy Kerak.

Miasto Madaba jest jednym z głównych ośrodków mozaikarstwa.

Z Góry Nebo przy dobrej widoczności można zobaczyć Jerozolimę i Morze Martwe. Stąd Mojżesz patrzył na Ziemię Obiecaną, do której nie wszedł, gdyż nie było mu to dane. Mojżesz zmarł na tej górze i został pochowany w dolinie.

Cytadela w Ammanie (zdjęcie pierwsze), czyli starożytnej Filadelfii. Geograf arabski Mukaddasi w 985 r. nazwał miasto Mieczem Pustyni. Widać musiało być wojownicze.

W muzeum na wzgórzu Cytadeli można obejrzeć wiele ciekawych starożytnych artefaktów. Stąd też widać wspaniałą panoramę stolicy. Ten większy biały budynek na górze w oddali (zdjęcie drugie), w otoczeniu zieleni, to pałac królewski. Na trzecim zdjęciu widać m. in. amfiteatr.

Tam na wysokiej górze stoi zamek Ajlun. Jest to przykład obronnej architektury islamu z okresu wojen krzyżowych.

Jedno z najlepiej zachowanych rzymskich miast na Bliskim Wschodzie – Jerash (starożytna Geraza), zwane Pompejami Wschodu. Miasto zostało założone przez legiony Aleksandra Wielkiego w II w. p.n.e. Można tu obejrzeć m. in. Łuk Triumfalny Hadriana, przejść główną ulicą Cardo, zobaczyć hipodrom, świątynię Zeusa, świątynię Artemidy, miejskie teatry ze wspaniałą akustyką, Bramę Północną. Ciekawą funkcję pełniły podłużne kamienie na kolumnach – ich dźwięk ostrzegał przed trzęsieniami ziemi.

Starożytne miasto zostało szczelnie obudowane nowym miastem, przez co nie jest należycie wyeksponowane. Szkoda, bo zasługuje na to, by mówić o nim jako o jednym z cudów świata starożytnego.

Odpoczynek nad Morzem Martwym. Muszę stwierdzić, że od strony Izraela trafiliśmy kiedyś na ładniejsze i lepiej zagospodarowane kąpielisko, ale kąpiel w tym morzu (a właściwie jeziorze) leżącym w największej depresji na Ziemi (430, 5 m p.p.m.) jest jedyna w swoim rodzaju. Zasolenie, które powoduje, że woda sprawia wrażenie tłustej, nie można się w niej zanurzyć i z trudem zmienia się pozycję jest niezapomnianym przeżyciem. Według tradycji na jego dnie spoczywają Sodoma i Gomora.

Czytałam trochę o Jordanii, m. in. „Autobiografię” królowej Noor, pochodzącej z USA żony poprzedniego króla Jordanii Husajna. Królowa ta była bardzo zaangażowana w sprawy kraju i Jordańczyków. Założyła fundację i organizowała wiele programów mających na celu wypromowanie Jordanii w świecie oraz programów społecznych, aby wydobyć niektóre obszary kraju z biedy, np. w regionie, gdzie wypasano owce, stworzono możliwość tkania dywanów. Tym zajmowały się kobiety, ale nie wszyscy mężczyźni im pomagali. Znalazł się też taki, który bezczynnie się przyglądał pracy żony, a następnie zgłosił się do fundacji, by mu znalazła drugą taką żonę (większość Arabów stać tylko na jedną żonę, ale mogą mieć do czterech żon). Z książki można się dowiedzieć wiele ciekawych szczegółów o Jordanii.

Piękna Petra

Zawsze chciałam zobaczyć ten wąwóz na własne oczy. Przeszłam Kolorowy Kanion na Synaju i marzyłam o zobaczeniu Petry. Te niesamowite, barwne formy z piaskowca warte są obejrzenia, a kolejnym cudem są wpasowane w skały budowle. Wykuli je ok. 2000 lat temu Nabatejczycy tworząc miasto tętniące niegdyś życiem, opuszczone z nieznanych przyczyn w końcu VIII w. Większa część Petry nie została jeszcze odsłonięta i może to ona da odpowiedź na pytanie o powstanie i upadek nabatejskiej cywilizacji.

Na zwiedzenie Petry potrzeba ok. tygodnia, a przynajmniej 2 dni, gdyż zajmuje ona prawie 100 km2. Na przejście najbardziej podstawowego szlaku o długości 8 km, potrzeba 3,5 do 4 godzin.

W Petrze wykuto również wodociągi (poziome wgłębienie), a okazuje się, że zimą potrafi tam spaść śnieg!


Wśród licznych grobowców ten najsłynniejszy, królewski, czyli tzw. Skarbiec z I w. p.n.e. Jego nazwa jest związana z legendą, iż na szczycie fasady umieszczono skarb faraona.

Teatr przebudowany przez Rzymian.

Najtrudniejszy jest powrót w upale, bez cienia, który daje wąwóz.

Gdy już dojdziecie do wyjścia, polecam klimatyzowaną restaurację z pysznym jedzeniem i wcale nie taką drogą jak na to słynne miejsce. Można tu odpocząć i zjeść obiad za ok. 10 USD, czyli w cenie, którą nam podawano w wielu innych restauracjach, a są i droższe, bo Jordania w ogóle jest droga.

Aromatyczna zupa curry z kurczakiem

Nareszcie spadł deszcz. Bardzo dobrze – przyda się roślinom. Przed deszczem można było jeszcze pójść na spacer. Za ogrodzeniami rozszczekane psy. Zawsze mnie rozśmieszają i rozczulają te szczególnie rozszczekane, bo zwykle ich pan lub pani są niedaleko i słyszą, jak pies się stara, wprost wychodzi z siebie, żeby się popisać czujnością. Gdy pan nie słyszy, owszem, przybiegną sprawdzić, kto idzie i nawet zaszczekają, ale nie zadają sobie aż takiego trudu.

Na obiad polecam aromatyczną zupę z bloga „Gotuj ze mną”. Oczywiście troszkę zmieniłam przepis i mnie smakuje bardziej pikantna.

Zupa curry z kurczakiem

1/2 cebuli

1-2 ząbki czosnku

1 marchewka

20 plasterków pora

200 g filetu z kurczaka lub indyka

1/2 puszki mleka kokosowego

1,5 l wywaru z jarzyn

olej do smażenia

natka pietruszki lub listki kolendry

mielone przyprawy: kolendra, słodka i ostra papryka, curry, kurkuma, sól, pieprz

1 łyżka sosu sojowego

makaron ryżowy

Cebulę pokroić w półplasterki i poddusić na oleju, dodać posiekane ząbki czosnku, por i marchewkę pokrojoną w półplasterki. Dodać po 1/2 łyżeczki (lub troszkę więcej) przypraw i kilka minut smażyć z warzywami, a następnie wrzucić je do gorącego wywaru z jarzyn.

Mięso pokroić w kostkę i obsmażyć. Dodać do zupy. Gotować ok. 10 minut, dodać mleko kokosowe. Gotować jeszcze kilka minut. Podawać z makaronem posypane natką pietruszki lub listkami kolendry.

Ziemniaki po cabańsku

Brrr, znowu zimno! Znajoma ogrodniczka twierdzi, że to zimni ogrodnicy się pospieszyli. Ciekawa jestem, czy ma rację?

Usłyszałam w reklamie o kozach na drzewie i przypomniałam sobie, że widziałam takie kozy. To było kilkanaście lat temu w Solcu Zdroju. Chodziliśmy po Solcu i nagle mnie zatkało, bo na drzewie zobaczyłam kilka kóz. Podeszliśmy do ogrodzenia, żeby się przyjrzeć. Z domu wyszedł mężczyzna, więc powiedzieliśmy mu, że to niesamowicie wygląda. Kozy przybiegły do niego, a on się roześmiał i zawołał: „Na drzewo!”. Wtedy wszystkie wskoczyły na drzewo jak koty. Chciałam zrobić fotkę, ale przedmioty martwe bywają złośliwe, ale właśnie w tym momencie aparat się rozładował i mi się nie udało. Szkoda.

A to coś na gorąco, co od czasu do czasu robię od lat. Garnuszek mam nieduży – starcza do dwóch misek i podaję proporcje właśnie do dwóch misek. Można przecież zrobić odpowiednio więcej.

Ziemniaki po cabańsku

320 g obranych ziemniaków

140 g kiełbasy

60 g boczku wędzonego

40 g cebuli

1 marchewka (ok. 50 g)

natka pietruszki z kilku gałązek

sól, pieprz czarny mielony, pieprz ziołowy, papryka słodka, 3 ziarenka jałowca,

trochę masła i oleju

Garnuszek wysmarować olejem, a na to warstwami:

ziemniaki pokrojone w podłużne kawałki, posolić, kiełbasa pokrojona w półplasterki, boczek i cebula pokrojone w kostkę, marchewka pokrojona w półplasterki, listki pietruszki i przyprawy, a potem jeszcze dwa razy to samo. Na końcu położyć kawałek masła, pokropić troszkę olejem i przykryć. Jeśli nie macie pokrywki do garnuszka, można zakleić kawałkiem ciasta albo pergaminem.

Piec ok. 1 godziny w temp. 180 st. C.

Tabbouleh

Czasami także pod naszym niebem robi się gorąco. Czwartek i piątek to były prawdziwie letnie dni. Dlatego przypomniałam sobie prawdziwie letnią libańską sałatkę, podawaną również w Syrii. Sałatka ta w upały może zastąpić ziemniaki lub ryż do obiadu, a nawet być samodzielnym obiadem. Będzie pysznym dodatkiem do mięsa z grilla.

Tabbouleh

250 g kaszy kuskus lub bulgur

2-3 pomidory

1 papryka czerwona

1 ogórek

2 łyżki pokrojonej w kosteczkę cebuli

1 łyżka posiekanej natki pietruszki

2 łyżki świeżej posiekanej mięty

3 łyżki soku z cytryny

kilka łyżek oliwy

sól, pieprz

można posypać orzeszkami piniowymi i/lub oliwkami

Kaszę przygotować wg przepisu na opakowaniu i ostudzić. Dodać warzywa pokrojone w niewielką kostkę, sok z cytryny, oliwę i przyprawy (ja lubię dodatek estragonu). Dobrze wymieszać i włożyć do lodówki na 3 godziny. Dobra będzie również na drugi dzień.

Trochę egzotyki

Lubię te chińskie jajka i co jakiś czas je robię, zwykle na Wielkanoc. Jajka są inne niż wszystkie i zawsze zwracają na siebie uwagę na stole, a ponieważ nie robiłam ich od kilku dobrych lat, więc trzeba powtórzyć.

Przepis znalazłam w swoim starym notesie.

Jajka herbaciane

8 jajek

1 łyżeczka soli

Składniki zalewy:

2 łyżki ciemnego sosu sojowego

2 gwiazdki anyżu

1 i 1/2 łyżki herbaty liściastej

ok. 2 cm kory cynamonu

kawałek suszonej skórki z pomarańczy lub mandarynki

1/2 łyżeczki soli

Jajka ugotować na twardo w osolonej wodzie (10 minut). Ugotowane, gorące jajka odcedzić, przelać zimną wodą i ostudzić.

Trzonkiem noża delikatnie potłuc skorupki, aby uzyskać wzór spękania.

Jajka włożyć do garnka, dodać składniki zalewy i tyle zimnej wody, by zakryła jajka. Zagotować na silnym ogniu, następnie zmniejszyć ogień do minimum i gotować przez 3 godziny. Podczas gotowania uzupełniać odparowaną wodę, aby jajka zawsze były przykryte.

Po 3 godzinach gotowania zdjąć garnek z ognia, a jajka pozostawić w płynie przez 36 godzin.

Przed podaniem jajka obrać ze skorupek i podawać w całości lub pokroić na połówki, aby widoczne były wzorki.

Tulipany z jajek

Nadchodzi Wielkanoc i czas jajek w każdej postaci. Dzisiaj proponuję wiosenne jajeczne tulipany.

Z jajek ugotowanych na twardo trzeba ostrożnie wyjąć żółtka, rozgnieść je widelcem i wymieszać z posiekanym szczypiorkiem, majonezem, solą i pieprzem (może być oczywiście inny farsz jajeczny). Farszem należy delikatnie napełnić kwiaty „tulipanów”. Łodygi zrobiłam z patyczków do szaszłyków włożonych w szczypiory i dodałam liście z selera.

Kwiaty posmarowałam odrobiną proszku ze słodkiej papryki rozrobionego z kilkoma kroplami wody, chociaż tulipany mogą pozostać białe.

Sałatka z jajek i pieczarek

Bardzo mnie cieszy nadchodząca wiosna, bardzo! Tęsknię za słońcem i ciepłem. Zachwyca mnie błękitne niebo oraz kwitnące forsycje. Dzisiaj rano nie było na niebie nawet jednej chmurki, a było tak czyste i jasne, że nawet Wisła okazała się niebieska.

Z potrzeby słońca i błękitu, kupiłam sobie żółtą bluzkę i zachwyciłam biżuterią z akwamarynami. Odzywa się we mnie dziecko geologów, bo lubię piękne kamienie, a akwamaryny są takie świeże i wiosenne.

Mam ostatnio ochotę na jajka, stąd propozycja sałatki z jajek. Zaczęłam ją robić lata temu, gdy po raz pierwszy zrobiłam na Wielkanoc jajka faszerowane pieczarkami i zostało mi trochę nadzienia. Uznałam wtedy, że szybciej od jajek faszerowanych robi się sałatkę. Zamiast pieczarek można użyć w sezonie innych świeżych grzybów.

Sałatka z jajek z pieczarkami

3 jajka ugotowane na twardo

180 g pieczarek

1 średnia cebula

3-4 łyżki majonezu

2 łyżki posiekanej natki pietruszki

sól, pieprz

olej do smażenia

Cebulę i pieczarki pokroić w plasterki i usmażyć razem na oleju. Ostudzić. Posiekać drobniej.

Jajka obrać ze skorupek i pokroić w kostkę (ja to robię krajalnicą do jajek). Dodać pieczarki z cebulą, majonez, pietruszkę i przyprawy. Odstawić do lodówki przynajmniej na godzinę, żeby się „przegryzło”.

Irlandzki chleb sodowy

Dzisiaj był piękny, cieplutki dzień. Grzech by było spędzić czas w kuchni i nie pójść na spacer. Dlatego zrobiłam szybko ten chlebek i poszliśmy szukać oznak wiosny. Kwitły krokusy, stokrotki i żółte rozchodniczki. Na gałązkach drzew zieleniły się pączki. Wróciliśmy z gałązkami do wazonu.

A chlebek według przepisu podanego przez Mirosława Kalicińskiego robi się naprawdę szybko. Jest delikatny i bardzo smaczny. Miałam w domu tylko mąkę typ 480, więc dodałam do niej trochę drobno mielonej mąki pełnoziarnistej.

Irlandzki chleb sodowy

500 g mąki pszennej typ 650

300 ml dobrej maślanki

50 g stopionego masła

1 łyżeczka soli

1 łyżeczka sody

2-3 łyżki płatków owsianych do ciasta i 2-3 do posypania

Wymieszać wszystkie składniki suche, dodać resztę i wyrobić dość gęste ciasto. Będzie lepkie, ale takie ma być. To ciasto nie lubi być wyrabiane zbyt długo.

Uformować kulę, włożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia, naciąć głęboko na krzyż, posypać płatkami owsianymi i włożyć do piekarnika nagrzanego do temp. 220 st. C. Po 10 minutach zmniejszyć temperaturę do 200 st. C i piec ok. 30 minut (do zrumienienia). Po wyjęciu z piekarnika postukać spód – jeśli odgłos jest głuchy, chleb jest gotowy.

Trzeba dać mu odpocząć 15-20 minut i można jeść.

Buraczki zasmażane

To już klasyka, ale i tak każdy robi je troszkę inaczej. U mnie ostatnio buraczki są dość często na obiad i pomyślałam, że powinny się znaleźć na blogu. Najbardziej smakują nam te podłużne.

Buraki trzeba zetrzeć na tarce, a kiedy to robię, zawsze sobie uszkodzę boleśnie któryś palec i wtedy przychodzi mi do głowy, że to nie jest do końca danie jarskie (podobnie jak placki ziemniaczane). Buraczki można ugotować lub upiec. Od kilku dobrych lat piekę buraki, bo po pierwsze są smaczniejsze, a po drugie mają ładniejszy kolor.

Buraczki zasmażane

1/2 kg buraków

1 łyżka masła

1/2 łyżki mąki

1/2 szklanki wody

1 łyżeczka soli

1/2 łyżeczki cukru

2 łyżki soku z cytrynu lub octu jabłkowego

Buraki umyć i upiec. Piec ok. 40 minut do 1 godziny w temp. 200 st. C. (mniejsze pieką się krócej, większe dłużej). Ja przeważnie piekę w glinianym garnku z pokrywą, ale można zawinąć w folię aluminiową (mniej zdrowy sposób).

Po upieczeniu buraki obrać ze skórki i zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.

Na patelni rozpuścić masło, wrzucić mąkę i wymieszać. Dodać 1/2 szklanki zimnej wody i mieszać, aż woda się zagotuje i całość troszkę zgęstnieje. Wtedy wrzucić buraczki i kilka minut gotować, mieszając, do uzyskania pożądanej konsystencji. Dodać sól, cukier i sok cytrynowy, wymieszać i zestawić z ognia.

Tort bezowy z kremem kawowym i daktylami

Trwa karnawał, więc proponuję coś słodkiego. Bardzo. Beza jest słodziutka, krem i dodatki pyszne. Przepis z White Plate, ale troszkę zmieniony. Uważam, że ten tort jest wyjątkowo pyszny.

Tort bezowy z kremem kawowym i daktylami

Beza:

5 białek w temperaturze pokojowej

220 g cukru drobnego

1 łyżka kakao

1 łyżeczka octu jabłkowego lub winnego

1 łyżeczka mąki ziemniaczanej lub kukurydzianej

50 g daktyli, drobno posiekanych

50 g orzechów włoskich, drobno posiekanych.

Krem:

150 g masła

100 g cukru pudru

2-3 łyżki alkoholu (amaretto, rumu lub spirytusu)

1 czubata łyżka kawy rozpuszczalnej rozpuszczona w 2 łyżkach wrzącej wody lub 3 łyżki b. mocnego espresso

Do przybrania: posiekane daktyle i orzechy włoskie

Białka ubić na sztywno i powoli, stopniowo dodawać cukier, miksując. Następnie dodać mąkę, kakao i ocet. Na końcu delikatnie, ale dokładnie wmieszać bakalie.

Na papierze do pieczenia odrysować okręgi o średnicy ok. 23 cm i szpatułką albo szprycą cukierniczą przełożyć masę bezową na dwa papiery.

Piekarnik nagrzać do temp. 180 st. C. Wstawić bezę, piec 5 minut, a następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C i piec kolejne 40 minut. Beza powinna być chrupka i delikatnie popękać. Czas pieczenia może się różnić w zależności od piekarnika, ale beza nie powinna być za bardzo przyrumieniona.

Po upieczeniu bezy powinny dokładnie wystygnąć.

Przygotowanie kremu:

Masło pokroić na kawałki i utrzeć z cukrem do białości i, wciąż miksując, dodać kawę oraz rum.

Pierwszy krążek bezowy położyć na talerzu odwrotnie niż się piekł, posmarować kremem i przykryć drugim krążkiem. Posmarować resztą kremu i udekorować bakaliami.

Pasta z soczewicy i pieczonych warzyw

Idzie wiosna. Już wyraźnie widać, że się zbliża. W okresie przedwiosennym jesteśmy osłabieni, więc warto dostarczyć organizmowi jak najwięcej składników odżywczych. Ja często robię pastę z soczewicy i warzyw.

Pasta z soczewicy i pieczonych warzyw

100 g czerwonej soczewicy

ok. 240 g obranego batata lub marchewki lub pasternaku

ok. 60 g cebuli

80 g papryki czerwonej

1 ząbek czosnku

sól, pieprz lub pieprz cayenne

1 łyżeczka kurkumy

5-6 łyżek oleju lnianego (można trochę więcej)

olej rzepakowy do wysmarowania naczynia

Naczynie żaroodporne wysmarować olejem rzepakowym i wrzucić grubo pokrojone warzywa z przepisu. Piec w temp. 180 st. C ok. 45-50 minut, mieszając od czasu do czasu.

Warzywa ostudzić.

Soczewicę ugotować, odcedzić, wodę po gotowaniu zachować.

Wrzucić do blendera upieczone warzywa oraz soczewicę. dodać sól, pieprz, kurkumę, dolać olej lniany i tyle wody po gotowaniu soczewicy, by pasta dała się zmiksować.

Pastę przełożyć do słoików i zamknąć. Można przechowywać w lodówce do 1 tygodnia.

Kebab w cienkim cieście

Zrobienie dobrego kebaba w chlebku pita w domu jest możliwe, ale trzeba poświęcić tej potrawie trochę czasu i uwagi. Najlepiej zacząć przygotowania w przeddzień planowanej konsumpcji. Ja musiałam przede wszystkim rozwiązać problemy związane z właściwym przygotowaniem chlebków. Kiedyś te chlebki rosły mi nierównomiernie – robiły się bańki z jednej strony, a druga strona się zapiekała i nie mogłam uzyskać kieszonek do nadzienia. Okazało się, że w moim piekarniku jest na tyle nierównomierna temperatura, że muszę chlebki kłaść maksymalnie blisko tylnej ścianki, która jest najbardziej nagrzana. Wtedy uzyskuję odpowiednio napuchnięte poduchy, które można później rozciąć w celu nałożenia nadzienia.

Inny problem związany był z tym, iż moje chlebki były zbyt twarde, aby nałożyć nadzienie. Opisałam te problemy we wpisie poświęcony chlebkom pita, bo najpierw trzeba uzyskać odpowiednie chlebki, np. z tego przepisu:

Jeżeli już mamy zabezpieczone odpowiednie chlebki, reszta jest już prostsza, ale również wymaga czasu i uwagi. Korzystałam z moich doświadczeń oraz z przepisów z www.mojeprzepisy.pl oraz www.mojegotowanie.pl.

Składniki:

1 podwójna pierś kurczaka

I marynata:

1/2 l mleka

1 łyżka octu (ja użyłam jabłkowego)

1/2 cebuli

1 łyżeczka soli

1/2 łyżeczki pieprzu

1 liść laurowy

II marynata:

2 łyżki oliwy

1 ząbek czosnku

1/2 łyżeczki mielonego ziela angielskiego

1/2 utartej cebuli

1 łyżeczka czerwonej papryki

1/2 łyżeczki ostrej papryki

sól, pieprz

Sałatka:

1 mała główka kapusty pekińskiej

1/2 cebuli

kilka ogóreczków konserwowych lub papryki konserwowej

1/2 czerwonej papryki

2 pomidory

sól, pieprz

Sos czosnkowy:

1 ząbek czosnku

3 łodyżki natki pietruszki

3 łyżki majonezu

3 łyżki gęstego jogurtu naturalnego

sól i pieprz

Sos pomidorowy:

2 pomidory

1/2 łyżki przyprawy sambal (ja użyłam sumaka)

4 łyżki keczupu

1/2 cebuli

sól i pieprz

Przygotowanie:

Wlać do miski mleko, dodać cebule pokrojone w półkrążki, sól, pieprz, pokruszony liść laurowy, dodać ocet, wszystko wymieszać i włożyć całe piersi kurczaka. Marynować pod przykryciem w lodówce co najmniej 2 godziny.

Piersi kurczaka wyjąć z zalewy, osuszyć ręcznikami papierowymi, natrzeć solą i pieprzem, oliwą i resztą przypraw z przepisu na II marynatę. Owinąć folią i włożyć do zamrażalnika na min. 5 godzin.

Zamrożone mięso okrawać ostrym nożem w cienkie płaty i usmażyć na dużej patelni.

Przygotować sałatkę. Kapustę pokroić w paski, pomidory, paprykę i ogórki pokroić w kostkę, cebulę w piórka. Posolić i popieprzyć.

Przygotować sos czosnkowy. Czosnek rozgnieść, połączyć z jogurtem i majonezem, dodać posiekaną natkę pietruszki, przyprawić solą i pieprzem, wymieszać.

Przygotować sos pomidorowy. Pomidory sparzyć, zdjąć skórkę, pokroić pomidory w kostkę. Cebulę posiekać bardzo drobno, połączyć z keczupem, pomidorami, przyprawami i wymieszać.

Chlebki pita rozcinać lub delikatnie rozerwać, by powstały kieszonki, włożyć tam po trochu sałatki, usmażonego kurczaka, ulubiony sosik. Chlebek złożyć i można włożyć na chwilę do rozgrzanego grilla – będzie jak u prawdziwego Turka.

Grzane piwo

Okropnie się przeziębiłam i muszę odleżeć swoje w cieple oraz stosować różne metody wychodzenia z tego fatalnego stanu. Przypomniałam sobie o grzanym piwie. Bardzo skuteczne na ogrzewanie. Ponadto przeczytałam ukraińską mądrość, że alkohol nie pomoże ci stać się lepszym. Także z herbaty nie ma pod tym względem żadnej korzyści, a alkohol chociaż się stara…

Ten grzaniec bardzo się stara, żebym była lepsza.

Grzane piwo

1/2 l piwa

2 żółtka

2 łyżki cukru

2 łyżki miodu

duża szczypta goździków mielonych

duża szczypta mielonego imbiru

można jeszcze dodać dużą szczyptę mielonej skórki pomarańczowej lub kardamonu

Piwo wlać do rondelka i podgrzewać na małym ogniu razem z przyprawami nie dopuszczając do zagotowania.

Żółtka utrzeć z cukrem na kogel-mogel.

Gdy piwo będzie już gorące, zestawić z ognia, dodać żółtka z cukrem i delikatnie mieszać, żeby nie uciekły bąbelki. Jeśli całość okazała się niedostatecznie gorąca – jeszcze na chwilę postawić na małym ogniu, ostrożnie mieszając.

Rondelek zestawić z ognia, dodać miód, wymieszać i rozlać do kufelków.

Pączki francuskie

Mmm, moje ulubione pączki. Kiedyś je kupowałam na mieście, aż nauczyłam się robić sama i teraz też zrobiłam z okazji karnawału.

Pączki francuskie

200 g mąki

100 g masła

3 duże lub 4 małe jajka

szczypta soli

olej do smażenia

Lukier:

150 g cukru pudru

1 łyżka soku z cytryny

2 łyżki gorącej wody

Zagotować w rondlu 1 szklankę wody, dodać masło i szczyptę soli, a gdy masło się rozpuści, zmniejszyć ogień i dodać mąkę. Mieszać ciasto łyżką, aż zacznie odstawać od ścianek rondla. Pozostawić do ostudzenia, a następnie wbijać kolejno jajka i miksować.

Ciasto do pieczenia pokroić na kwadraty i wyciskać na nie oponki o średnicy ok. 7 cm ze szprycy cukierniczej z odpowiednią końcówką.

Rondel z olejem rozgrzać na średnim ogniu i wrzucać papiery z pączkami, aż każdy pączek opuści papierek i wypłynie na powierzchnię tłuszczu. Dosmażyć je do złotego koloru z obu stron. Wykładać na talerz wyłożony ręcznikiem papierowym, by pozbyć się nadmiaru tłuszczu.

Do cukru pudru dodać 2 łyżki wrzątku i sok cytrynowy i wymieszać. Nakładać lukier na pączki pędzlem silikonowym.

Tort mleczno-kawowy

Jeszcze jeden deser na tę porę roku – pyszny biszkopt z cudownym kremem. Nadaje się na różne okazje, także na Święta lub karnawał. Tort można posypać startą gorzką czekoladą, ale ja nie posypałam.

Przepis pochodzi z bloga MniamMniam.pl

Tort mleczno-kawowy

Składniki na biszkopt:

1 szkl. mąki krupczatki

1 szkl. cukru

6 jajek

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1 łyżka octu 10%

2 łyżki zimnej wody

Składniki kremu:

250 g masła

4 żółtka

1 szkl. cukru pudru

400 g waniliowego serka homogenizowanego

2 szkl. mleka w proszku

2 płaskie łyżeczki żelatyny rozpuszczone w 2/3 szkl. ciepłej wody

Do nasączenia:

1/2 l wody

4-5 łyżeczek kawy rozpuszczalnej

4-6 łyżeczek cukru

Włączyć piekarnik i nastawić temperaturę na 180 st. C.
Tortownicę o średnicy 24-26 cm wysmarować masłem i wysypać mąką krupczatką.

Żółtka oddzielić od białek. Żółtka wymieszać z proszkiem do pieczenia, octem oraz wodą i odstawić do wyrośnięcia (utworzy się gęsta piana). Białka przełożyć do większej miski, w której będzie robione ciasto. Ubić na sztywną pianę, pod koniec ubijania dodać cukier. Do ubitej piany dodać mąkę (nie przerywając ubijania), a następnie lekko wymieszać z żółtkami.

Do przygotowanej tortownicy przelać ciasto i piec przez 30-35 minut. Na wierzchu ciasta utworzy się skorupka z piany, a ciasto pod koniec pieczenia lekko się skurczy. Po wyjęciu można ściąć skórkę, by wierzch był bardziej równy.

Przygotować kawę: 4-5 łyżeczek kawy rozpuszczalnej rozpuścić w 1/2 l gorącej wody, dodać cukier i wymieszać.

Przygotowanie kremu. Przez dodatek mleka w proszku i żelatyny krem bardzo szybko tężeje, więc etap składania ciasta w jedną całość musi iść bardzo sprawnie. Zacząć od rozpuszczenia żelatyny w letniej wodzie, a następnie zmiksować masło, żółtka i cukier na puszystą masę. Do tego dodać serki, mleko w proszku i rozpuszczoną żelatynę.

Biszkopt przekroić na dwa krążki. Założyć obręcz od tortownicy. Ułożyć pierwszy placek, na to połowę kremu (placek jest trochę mniejszy niż średnica tortownicy, więc krem ładnie wypełni boki). Ważne jest, żeby warstwa kremu była szczelna, by kawa, którą będziemy nasączać górny krążek ciasta nie przesiąkła do dolnej warstwy. Na kremie ułożyć drugi placek i nasączyć bardzo dokładnie kawą. Na to ułożyć drugą warstwę kremu (można posypać startą gorzką czekoladą).

Tort wystarczy odstawić w chłodne miejsce, nie wymaga niskich temperatur lodówki. Trzeba jedynie przykryć go, żeby nie wysychał. Najlepszy jest na 2-3 dzień, więc można go spokojnie przygotować wcześniej.

Nawigacja – pyszny krem czekoladowy

Początek roku musi być dobry, żeby i dalszy ciąg był. Dozwolone jest wszystko, co zawsze trzeba ograniczać: węglowodany i tłuszcze. Może troszkę przybyło po Świętach i dlatego spodobał mi się ten dowcip:

Jeżeli ważysz 100 kg na Ziemi, to na Marsie ważyłabyś tylko 38 kg. Nie jesteś gruba, mieszkasz po prostu na niewłaściwej planecie.

Odchudzać się można później. Ja zrobiłam noworoczny krem czekoladowy wg zmodyfikowanego przeze mnie przepisu Adrijah, Smakował niesamowicie i na pewno zostanie powtórzony. Można dodać cukru do samego kremu. ale ja dodałam tylko do bitej śmietany i mnie wystarczyło.

Krem Nawigacja

(6 porcji)

200 g gorzkiej czekolady

400 g śmietany kremówki schłodzonej w lodówce

2 jajka

4 łyżki cukru pudru

1 łyżka brandy

Połamaną czekoladę rozpuścić w garnuszku wstawionym do większego garnka z wodą, postawić na palniku i rozpuścić.

200 g kremówki ubić.

Jajka umyć, wytrzeć, oddzielić żółtka od białek. Białka ubić na sztywną pianę (można w garnku na parze).

Żółtka utrzeć mikserem, a następnie powoli wlewać ciepłą czekoladę. Ostudzoną masę zmiksować z bitą śmietaną, alkoholem i pianą z białek. Gotowy krem rozłożyć do pucharków, by się schłodził.

200 g kremówki ubić, dodając pod koniec ubijania 4 łyżki cukru pudru. Udekorować krem czekoladowy. Można czymś posypać, np. wiórkami czekoladowymi.

Wkrótce Sylwester…

W czasie każdych Świąt przypomina mi się historia, która przydarzyła się mojej przyjaciółce wiele lat temu, może nawet 20. Gdy z siostrą i rodzicami zasiadali do kolacji wigilijnej, ktoś zadzwonił do drzwi. Za drzwiami stał sympatyczny człowiek w średnim wieku, który zapytał, czy poczęstują go kolacją. Rodzice zaprosili przychodnia do domu i nie tylko zjedli razem, ale też porozmawiali na wiele ciekawych tematów, bo gość był oczytany i ciekawy świata. Pożegnali się jak starzy znajomi i nigdy już się nie zobaczyli.

Zawsze, gdy wspominam tę historię, myślę o tym, jaka jest nietypowa. Niby stawiamy w czasie Wigilii nakrycie dla niespodziewanego wędrowca, ale raczej dla każdego z nas jest ono wyłącznie symboliczne. Zastanawiam się, czy zdarza się jeszcze, by ktoś obcy niespodziewanie do kogoś przyszedł w tę wigilijną noc, a gdyby przyszedł i zadzwonił domofonem, czy byście go wpuścili do domu, czy nie, bo balibyście się, że to jakiś złodziej lub bandyta?

Nie wiecie? Ja też nie wiem. W anonimowym wielkim mieście to jest pytanie, a przecież może się zdarzyć, że ktoś będzie się czuł bardzo samotny, jak ten przybysz przed laty i przyjdzie mu do głowy, żeby zadzwonić do czyichś drzwi…

Teraz przygotowujemy się do Sylwestra. Często ostatnio wyciskam sok z pomarańczy i zostają mi puste skórki. Pomyślałam, że takie ładne miseczki nadają się do napełnienia galaretką pomarańczową. Gdy zastygnie, będą się ładnie prezentowały na stole. Tylko radzę je zjeść dopóki świeże, bo gdy zostaną do następnego dnia, przejdą lekką goryczką. Nic się nie stanie, ale może ktoś woli bez goryczki.

Szczęśliwego Nowego Roku 2019!

Kutia z łamańcami

Wszystko, co znajduje się na wigilijnym stole jest symboliczne i ma zapewnić zdrowie i obfitość.

Choinka to symbol rajskiego drzewa.

Jemioła powinna być zawieszona nad drzwiami wejściowymi lub nad stołem oraz nad kuchnią. Ma wielką moc i będzie chronić domowników przez cały rok przed wszelkim nieszczęściem. Powinno się ją ususzyć i przechować do następnego Bożego Narodzenia. Następnie starą spalić i przynieść nową.

Sianko, układane pod obrusem, przypomina o dzieciątku ułożonym po urodzeniu na sianie.

Dań powinno być 12 (liczba apostołów i miesięcy w roku), ale kiedyś uważano, że 11, bo liczba nieparzysta przynosi szczęście.

Ryby są symbolem chrześcijaństwa, przypominają o znaczeniu chrztu oraz nieśmiertelności ludzkiej duszy.

Fasola lub soczewica oznaczają płodność i urodzaj oraz mają moc przyciągania bogactwa. Soczewica ma nawet kształt monet.

Buraki mają zapewnić zdrowie, urodę i osiągnięcie sędziwego wieku.

Kapusta oznacza odrodzenie życiodajnej mocy, a kapusta z grochem ma zapewnić ochronę przed chorobami.

Grzyby to szczęście i dostatek.

Gruszki to długowieczność, a jabłka zdrowie, zwłaszcza gardła.

Orzechy mają dać obfitość, siłę i zdrowe zęby. Orzech pełny to dobra wróżba na cały rok, pusty i sczerniały – zła.

Ziarna zbóż (również mąka) zapewni zdrowie, płodność i dostatek. Symbolizują nieśmiertelność.

Miód – wszystko, co najlepsze: miłość, szczęście i bogactwo.

Mak – spokojny sen, odrodzenie i łączność z przodkami, którzy odeszli.

W tym roku po raz pierwszy zrobiłam kutię. U mnie w domu się nie robiło tej wschodniej potrawy, ale chciałam spróbować. Zrobiłam ją z białym makiem, bo taki miałam, a ponieważ sporo jej wyszło, to do części dodałam kakao i wyszła czekoladowa.

Kutia

250 g obłuskanej pszenicy

150 g migdałów bez skórki

100 g orzechów włoskich

250 g maku

100 g cukru

25 g masła

150 ml miodu

Pszenicę namoczyć na noc albo chociaż na 6 godzin, a następnie ugotować w dużej ilości wody. Odcedzić.

Mak opłukać, zalać wrzątkiem i gotować na małym ogniu 15 minut. Osączyć na sitku (najlepiej zostawić na ok. 1 godzinę) i zmielić 3 razy w maszynce do mięsa. W garnku z grubym dnem rozgrzać masło, dodać cukier oraz zmielony mak i smażyć, mieszając ok. 15 minut.

Migdały i orzechy grubo posiekać.

Miód rozgrzać, wymieszać z makiem, pszenicą, migdałami i orzechami. Wstawić do lodówki na noc. Przed podaniem udekorować migdałami.

Podawać z łamańcami.

Łamańce (przepis z 1871 r.)

ze strony przepisytradycyjne.pl

50 g cukru pudru

80 g masła

150 g mąki pszennej typ 450

Mąkę, cukier puder i miękkie masło umieścić w misce. Zagnieść rękami, aż utworzy się jednolita kulka. Ciasto owinąć folią spożywczą i włożyć do lodówki na ok. 20 minut.

Ciasto rozwałkować i wyciąć trójkąty (widziałam kiedyś takie w Podlaskim). Kruche ciasteczka piec w temp. 160 stopni przez ok. 15 minut. Przed podaniem można ciasteczka wetknąć w masę makową lub kutię.

Zapiekanka z rybą i ziemniakami




Propozycja obiadowa na obiad świąteczny lub nieświąteczny, ale pyszny. Zapiekanki stanowią zwykle bardzo przyjemną formę obiadu, a ta jest jedną z moich ulubionych, z przyjemnością powtarzanych od wielu lat.

800 g ziemniaków

1 większa cebula

300 g filetu z dorsza lub karmazyna

60 g ementalera

olej do smażenia

sól, pieprz

kilka wiórków masła na wierzch

Ziemniaki ugotować w mundurkach, ostudzić, obrać, pokroić w plastry.

Filety usmażyć na oleju.

Cebulę pokroić w kostkę i udusić na oleju.

Naczynie żaroodporne posmarować olejem, położyć warstwę ziemniaków, na to trochę kawałków podsmażonej ryby i cebulę, posolić i popieprzyć, a następnie położyć następne 3-4 warstwy. Ostatnią warstwę powinny stanowić plastry ziemniaków, posypane żółtym serem.

Zapiekać ok. 30 minut w temp. 200 st. C, aż ser się troszkę przyrumieni.

Placuszki z warzywami

Kiedy panuje zimno, słota i ciemnica, to przyjemnie jest wspominać słońce. Zwłaszcza to południowe, w ciepłych krajach. A gdzie to było? Gdy o tym myślę, to przypominam sobie jak to spotkałam koleżankę, która miała interesującą broszkę. Powiedziałam jej, że ma ładną broszkę. Ucieszyła się i zaczęła myśleć, skąd ma to cudo. Wyszło jej, że kupiła ją w mieście na „W”. Potem starała się uświadomić sobie, co to za miasto. Nagle się roześmiała i stwierdziła, że to było „W Rzeszowie”.

A placuszki jadłam W Kenii i bardzo mi smakowały. Może nie były takie same, ale odtworzyłam z pamięci bardzo podobne. Ostatnio mam fazę na te placuszki.

 

Placuszki z warzywami 

 

2 jajka

100 g mąki

1/4 szklanki mleka

1/2 średniej cebuli pokrojonej w kosteczkę

1/2 niedużej papryki pokrojonej w kostkę

150 g cienko poszatkowanej kapusty białej lub włoskiej

1/2 pora pokrojonego w półplasterki

1/4 szklanki kiełków fasolki mung

1 łyżka sosu sojowego

1 łyżeczka soli

1/4 łyżeczki pieprzu cayenne

olej rzepakowy do smażenia

 

Jajka zmiksować z mąką, mlekiem, sosem sojowym i przyprawami. Ciasto powinno być dość rzadkie. Dodać warzywa i dobrze wymieszać. Usmażyć placuszki na gorącym oleju.

 

 

 

 

Cuba Bella

Im robi się zimniej i ciemniej, tym bardziej marzy mi się upał i słońce. Przypominam sobie takie kraje na świecie, gdzie miłe ciepełko jest prawie cały czas. Teraz jakoś częściej wspominam sobie kraj wielu drinków, czyli Kubę. Dzisiaj zapraszam Was do kubańskiego baru na kolorowy koktajl Cuba Bella. Ja piłam ten drink z syropem miętowym, ale słyszałam, że zamiast tego można zmiksować liście świeżej mięty z odrobiną wody. Wówczas należy najpierw wlać zmiksowane liście do szklanki, a następnie wsypać lód. Nie próbowałam tego sposobu, ale zamierzam. Syrop jest na pewno ładniejszy, bo taki mix z liści będzie mętny, za to bardziej dostępny i naturalny.

 

Cuba Bella

 

Proporcje:

2 części likieru miętowego

1 część soku pomarańczowego

1 część syropu z granatów

4 części wody gazowanej

4 części białego rumu

kilka kostek lodu

 

Do długiego kieliszka lub do szklanki wrzucić kilka kostek lodu i wlać likier miętowy. Następnie powoli dodać sok pomarańczowy tak, by tworzył oddzielną warstwę w szklance.

W oddzielnym naczyniu wymieszać sok z granatów z białym rumem i wlać kolejną warstwę do szklanki z koktajlem.

 

 

 

 

Pasternak panierowany

Podobno jest sprzedawany przez niektórych nieuczciwych sprzedawców jako pietruszka, ale ja mam problemy z jego kupieniem. Pasternak mi smakuje i robiłam już z niego kilka potraw, ale rzadko na niego trafiam. Tym razem zrobiłam bardzo prostą wersję – pasternak panierowany.

 

Pasternak panierowany

 

3 korzenie pasternaku

1 jajko

bułka tarta

sól

olej

 

Pasternak oskrobać, pokroić w plastry o grubości ok. 5 mm, posolić. Zanurzać w roztrzepanym jajku i tartej bułce, smażyć na gorącym oleju.

 

 

 

Rogale marcińskie

Zwyczaj składania bogom ofiary z wołów lub ciasta w kształcie wolich rogów sięga czasów pogańskich, ale później 11.11 stał się dniem św. Marcina i kształt rogów zaczęto kojarzyć z kształtem podkowy konia św. Marcina. W tym dniu w Poznaniu pieczone są rogale świętomarcińskie i ja też postanowiłam upiec takie rogale. Zdobyłam biały mak i znalazłam przepis na blogu MniamMniam.pl. Przygotowanie wymaga sporo pracy, ale rogale wyszły świetnie i mogę polecić przepis.

 

Rogale marcińskie

 

Składniki

Ciasto:

1 szklanka ciepłego mleka

1 łyżka suchych drożdży

1 jajko

1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

3 i 1/2 szklanki mąki

3 łyżki cukru

szczypta soli

225 g miękkiego masła (z tego 2 łyżki do ciasta)

 

Nadzienie:

30 dag białego maku

10 dag marcepanu

3/4 szklanki cukru pudru

10 dag orzechów włoskich

10 dag zblanszowanych migdałów

1-2 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej

2-3 łyżki gęstej śmietany

3 podłużne biszkopty, pokruszone na okruszki

 

Do posmarowania:

1 jajko rozbełtane z 2 łyżkami mleka

 

Lukier:

1 szklanka cukru pudru (mnie wystarczyło 3/4 szklanki)

2-3 łyżki mleka (proponuję dodawać stopniowo, aby nie było za dużo)

 

Do posypania:

posiekane migdały

 

Przygotowanie ciasta

Suche drożdże wsypać do mleka, zostawić na kilka minut, aby się rozpuściły i dobrze wymieszać. Dodać jajko, ekstrakt z wanilii i wszystko wymieszać.

Mąkę, cukier i sól wymieszać razem w dużej misce, dodać lekko miękkie masło (2 łyżki) i rozetrzeć palcami razem z mąką.

Dodać rozczyn mieszając łyżką, przełożyć ciasto na blat i lekko krótko wyrobić, tylko do momentu gdy ciasto stanie się gładkie. Nie wyrabiać zbyt długo – to ciasto powinno pozostać lekko lepiące i chłodne. Uformować je w prostokąt, ułożyć na oprószonej mąką blaszce, przykryć folią i schłodzić w lodówce ok. 1 godziny.

Schłodzone ciasto przełożyć na stolnicę i rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30×15 cm tak, aby krótsze strony stanowiły górę i dół. Całą ilość masła podaną w przepisie rozsmarować równomiernie na cieście (zostawić 1/2 cm margines dookoła). Złożyć 1/3 ciasta od góry, następnie złożyć dolną część tak, aby przykryła to złożenie (tak jak się składa kartkę papieru). Dobrze skleić brzegi i delikatnie wywałkować w prostokąt 25×17 cm, używając jak najmniejszej ilości mąki (ja w ogóle nie podsypywałam mąką). Złożyć jak poprzednio i schłodzić w lodówce przez 45 minut.

Powtórzyć proces wałkowania i składania 3 razy, chłodząc ciasto między wałkowaniami przez 30 minut.

Po ostatnim wałkowaniu i złożeniu, ciasto dobrze zawinąć i włożyć do lodówki na co najmniej 5 godzin, a najlepiej na całą noc.

 

Przygotowanie nadzienia

Mak i orzechy sparzyć gorącą wodą. Po 15 minutach odcedzić i osączyć. Zmielić dwukrotnie w maszynce, razem z migdałami. Masę marcepanową rozetrzeć mikserem z cukrem pudrem, dodać zmielony mak z bakaliami, okruszki biszkoptowe i posiekaną skórkę pomarańczową. Dobrze wymieszać, dodać śmietanę, ale tylko tyle, by uzyskać dość zwartą, ale plastyczną masę. Masa nie powinna być zbyt płynna ani zbyt twarda. Jej konsystencję reguluje się dodając stopniowo śmietanę.

 

Ciasto wyjąć z lodówki na ok. 20 minut przed planowanym robieniem rogali. Rozwałkować je na prostokąt o wymiarach ok. 65×34 cm i przeciąć wzdłuż długiego brzegu na 2 części. Każdy powstały w ten sposób pasek pokroić na 6 kwadratów, a kwadraty na trójkąty. Rozsmarować nadzienie, zostawiając mały margines na wszystkich bokach trójkąta. Zwijać rogaliki zaczynając od najszerszego boku, w kierunku wierzchołka. Ułożyć na blaszce wysmarowanej tłuszczem lub wyłożonej papierem do pieczenia i pozostawić do wyrośnięcia na ok. 1,5 godziny lub do podwojenia objętości pod folią.

Rozgrzać piekarnik do 180º C. Wyrośnięte rogale posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem i piec ok. 20 minut, aż się ładnie zezłocą. Wyjąć na kratkę i jeszcze ciepłe polać lukrem, posypać orzeszkami lub posiekanymi migdałami.

 

 

 

 

 

 

 

 

Szarlotka z kruszonką

 

Nadeszła chłodna i wilgotna jesień. Nie cieszy mnie to, bo nie pasuje mi ten chłód i wilgoć. Nie lubię wstawać po ciemku i tego szybko nastającego mroku też nie. W tych okolicznościach trzeba sobie osłodzić życie, najlepiej jakimś jesiennym przysmakiem, a co może być przyjemniejszego od domowej szarlotki?

 

Szarlotka z kruszonką

 

2 kg jabłek

320 g mąki pszennej

230 g cukru

200 g zimnego masła

1 żółtko

1 łyżka cynamonu

 

Mąkę przesiać do miski, wrzucić masło i posiekać je na drobne kawałki. Dodać 100 g cukru oraz żółtko i szybko wyrobić ciasto. Uformować kulę, zawinąć ją w folię spożywczą i włożyć do lodówki.

Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić owoce w kostkę i wrzucić do garnka. Dodać 130 g cukru i trochę wody. Zagotować, zmniejszyć ogień i dusić, mieszając, aż jabłka się rozpadną (w razie potrzeby dodać jeszcze trochę wody). Dodać łyżkę cynamonu, wymieszać i ostudzić.

Ciasto wyjąć z lodówki i część rozwałkować na placek (ok. 1/2 cm) i wylepić nim blaszkę 25 x 35 cm. Można też pociąć część ciasta na plastry i wylepić blaszkę palcami. Na ciasto wyłożyć jabłka, wyrównać powierzchnię, a na wierzch zetrzeć na tarce „w łezkę” pozostałe ciasto.

Włożyć do piekarnika nagrzanego do 170° C i piec, aż ciasto się trochę przyrumieni (ok. 60 minut).

 

 

 

 

 

Po grzybobraniu

 

W wolne dni wyjeżdżamy z miasta i chętnie chodzimy z MDK po lesie. Pogoda prześliczna, grzyby rosną, chociaż już mniej, bo sucho. Nadal jednak wracamy ze spacerów z pełnym koszem. Z tego grzybowego dostatku, postanowiłam nie tylko suszyć oraz dusić, ale też zrobić coś innego. I zrobiłam: tartę z grzybami mieszanymi, taką na bogato. Obrodziły głównie prawdziwki i to jest nietypowe. Zwykle miałam ususzone kilka słoików podgrzybków i koźlaków, a tym razem prawie same prawdziwki. Koźlaki i podgrzybki przydały się do tarty, prawdziwka też dorzuciłam, przecież był.

 

Tarta z grzybami i ziołami

 

Ciasto:

200 g mąki pszennej

100 g zimnego masła

50 g sera żółtego (u mnie Edam, ale może być np. ementaler)

trochę zimnej wody

1 łyżeczka soli

1 łyżeczka pieprzu

 

Grzybowy wierzch:

500 g grzybów mieszanych

1 średnia cebula

olej

2 łyżki masła

2 łyżki mąki

1 szklanka mleka

szczypta gałki muszkatołowej

1/2 łyżeczki suszonego rozmarynu

1 łyżka świeżej natki pietruszki

1 łyżeczka suszonego tymianku

trochę żółtego sera do posypania wierzchu

 

Przygotowanie ciasta:

mąkę, ser i przyprawy wymieszać w misce, dodać masło i posiekać je nożem, zagnieść ciasto i uformować z niego kulę. Owinąć ją w folię i włożyć do lodówki na 30 minut (w tym czasie przygotować grzybowy wierzch). Ciasto wyjąć z lodówki i rozwałkować na wielkość foremki do tarty, zawinąć brzegi. Można też pokroić ciasto na plastry i wylepić foremkę palcami.

 

Przygotowanie wierzchu:

Grzyby umyć, pokroić w plasterki i podsmażyć z pokrojoną w kostkę cebulą na oleju. Ostudzić, rozłożyć na przygotowanym spodzie.

Na patelni rozpuścić 2 łyżki masła, dodać 2 łyżki mąki, chwilkę mieszać, a następnie dodać 1 szklankę mleka. Mieszać, aż sos zgęstnieje, dodać przyprawy, wymieszać i rozprowadzić na grzybach. Posypać startym żółtym serem.

Włożyć do piekarnika rozgrzanego do temp. 200°  C i piec ok. 30 minut, aż się troszkę przyrumieni.

 

 

 

 

 

Przedłużenie lata

Jesień mamy piękną i trochę jeszcze letnią, więc po deszczu, pod podwójną tęczą pojechaliśmy na grzyby.

Najpierw ucieszyliśmy się z podgrzybków. Są takie śliczne i smaczne, że najchętniej zmieniłabym im nazwę z pod-grzybków na jakąś bardziej szlachetną.

Okazało się, że podgrzybków jest mało, poza tym kilka koźlaków i dwie kanie, ale najwięcej było prawdziwków: 90 sztuk – ponad 3 kg.

Pierwszy raz w życiu znalazłam prawdziwki w pęczku. Do tej pory widywałam w takich pęczkach jedynie opieńki, a niespodziewanie spod trawy wyjęłam 19 prawdziwków!

W lesie trafiła się też jakaś nietypowa żmija czy też może wężyk o długości ok. 1 m. Nie zdążyłam sfotografować głowy, ale nie znalazłam takiego gada w atlasie polskich gadów. Miał jasną smugę wzdłuż głowy. Nie był to więc zaskroniec, który ma plamy w poziomie, a nie wzdłuż i nie wiem, co to było.

To nie jest tylko wrażenie lata, ale jakby nadal lato, tylko chłodniejsze. U mnie w doniczce na balkonie dojrzewają truskawki. Na chłodne noce zabieram je jednak do domu.

 

 

 

 

Pierożki samosa z kalafiorem i ziemniakami

 

No i jak my w tym klimacie mamy być normalni? Jak nie upały to zimnice – nic pośrodku. Jeszcze w piątek był upał, a dzisiaj duje północą. Brrr jak nieprzyjemnie. Zimno, mokro i wieje. Trzeba się będzie przeprosić z cieplejszą kurtką z kapturem, a na sandałki też za chłodno.

A ja na przekór pogodzie zrobiłam hinduskie pierożki samosa wg przepisu z książki Oli Lazar „Kuchnia orientalna”. Tym razem z kalafiorem i ziemniakami. Podawałam już inny przepis na pierogi samosa, bo lubię to hinduskie danie, robię je w domu i próbuję wszędzie, gdzie mam okazję. Raz jeden mi nie smakowało, serwowane w orientalnej knajpce w Warszawie. Robił je Hindus i sypnął do farszu tyle ostrej papryczki, że nie dałam rady zjeść.

 

Pierogi samosa z kalafiorem i ziemniakami

 

Ciasto:

200 g mąki pszennej

40 g oleju lub roztopionego ghee

1/2 łyżeczki soli

 

Farsz:

200 g podzielonego na różyczki i ugotowanego kalafiora

2 ugotowane ziemniaki

1 łyżeczka ziaren kminu rzymskiego

1/2 łyżeczki garam masala

1/2 łyżeczki chili

sól

 

Składniki ciasta wyrobić, aż do uzyskania elastycznej masy. W razie potrzeby dodać troszkę wody. Kulę ciasta przykryć wilgotną ściereczką i odstawić na 15 minut.

Ziemniaki pokroić w bardzo drobną kosteczkę, kalafior rozgnieść widelcem. Dodać przyprawy i wymieszać (następnym razem podprażę przyprawy na suchej patelni, żeby były bardziej aromatyczne).

Ciasto podzielić na 16 równych porcji i z każdej uformować kuleczkę. Każdą kuleczkę rozwałkować na placuszek o średnicy ok. 10 cm i przeciąć na pół. Brzegi ciasta zwilżyć i uformować rożek (prostą krawędź złożyć w połowie i skleić, zostawiając margines 1/2 cm). Do środka włożyć nadzienie i mocno skleić okrągły brzeg na górze. Smażyć partiami w głębokim oleju na średnim ogniu.

 

 

 

Badam burfi

 

Nadal mamy lato, więc tym razem coś z gorących Indii – badam burfi. Zobaczyłam na blogu Mniam Mniam i stwierdziłam, że koniecznie muszę spróbować tego deseru. Słodziutkie, podobne do marcepana – po prostu pyszne.

 

Badam burfi

 

szklanka sparzonych i obranych migdałów

1/2 szklanki cukru

szczypta kardamonu

2 łyżki ghee lub masła

1/3 szklanki mleka

 

Mleko, cukier i migdały zmiksować w blenderze (mleka musi być tyle, by można było wytworzyć gładką masę).

Na patelni na średnim ogniu roztopić ghee lub masło i wrzucić masę migdałową. Podgrzewać cały czas mieszając drewnianą łyżką. Gdy zacznie nieco gęstnieć (po ok. 6 minutach), dodać szczyptę kardamonu. Podgrzewać kolejne 2-3 minuty, mieszając. Masa zgęstnieje i zacznie odchodzić od patelni. Wtedy zdjąć patelnię z ognia i mieszać jeszcze ok. minuty.

 

 

Niedużą tackę posmarować dobrze masłem i wyłożyć burfi. Kształtować masę szpatułką i rękami w kwadrat lub prostokąt. Można posypać masę kawałkami migdałów i lekko docisnąć. Zostawić masę na 20 minut do przestygnięcia. Po tym czasie pokroić burfi ostrym nożem w romby, kwadraty, prostokąty i zostawić do ostygnięcia.

 

 

 

Gozleme – nadziewany chlebek z Turcji

 

Lato u nas trwa w najlepsze, to i trwa ochota na próbowanie potraw z południa. Ten nadziewany chlebek jest bardzo smaczny i dosyć prosty do zrobienia. Można go zabrać na wycieczkę albo do pracy.

Przepis pochodzi ze strony http://kulinarne.info

 

Gözleme (6 chlebków)

 

Ciasto:

300 g mąki pszennej

90 ml ciepłej wody

szczypta soli

10 g świeżych drożdży

1 łyżka oliwy

 

Farsz:

100 g sera feta

100 g liści szpinaku

5 listków mięty

1 czerwona cebula

2 ząbki czosnku

pieprz

 

Drożdże rozpuścić z łyżką mąki w ciepłej wodzie. Odstawić, aż drożdże zaczną pracować. Dosypać pozostałą mąkę, sól i wyrobić elastyczne ciasto. Miskę posmarować oliwą i przełożyć do niej ciasto. Przykryć miskę (ja wkładam do foliowej torebki) i pozostawić na godzinę do wyrośnięcia.

W międzyczasie przygotować farsz. Umyte liście szpinaku zalać niedużą ilością wrzątku. Wyrzucić szpinak na sito. Na patelni podsmażyć pokrojoną w plasterki cebulę i na końcu dorzucić na chwilę przeciśnięty przez praskę czosnek. Dodać do podgotowanego i posiekanego szpinaku, doprawić pieprzem i posiekanymi listkami mięty.

Wyrośnięte ciasto zagnieść ponownie i podzielić na 6 porcji. Z każdej z nich zrobić kulkę i rozwałkować na prostokąt o wymiarach ok. 12 cm x 18 cm. Na połowę każdego prostokąta nałożyć szpinak i posypać rozdrobnioną fetą. Złożyć ciasto na pół i zlepić brzegi. Patelnię lekko naoliwić i smażyć każdy chlebek po ok. 2 minuty z każdej strony (ja smażyłam troszkę dłużej). Podawać z sosem jogurtowym.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zupa „nic”

 

Dzisiaj prawie zapomniana, ale nadal bardzo smaczna zupa-deser z wanilią. Pochodzi z Francji i zaczęła się pojawiać w książkach kucharskich już w VI wieku. W różnych krajach nazwy tej zupy są odmienne, a w Polsce nazwana została zupą nic. Nice to gotowane pianki, które w niej pływają.

Warto chociaż raz tej zupy spróbować, choćby po to, by wiedzieć, co smakowało naszym przodkom 🙂

 

Zupa „nic”

 

500 ml + 50 ml tłustego mleka (lub nawet trochę więcej)

2 jajka

100 g cukru

1/4 laski wanilii

ewentualnie cynamon (jeśli ktoś lubi)

 

Jajka umyć w gorącej wodzie, wytrzeć, oddzielić żółtka od białek. Białka ubić na sztywną pianę, a następnie dodać partiami 60 g cukru, cały czas ubijając. Na koniec można dosypać szczyptę cynamonu (jeśli ktoś lubi).

500 ml mleka zagotować z wanilią, wanilię wyjąć, a do wrzącego mleka nakładać łyżką małe porcje ubitej piany. Pianki po chwili odwracać, odkładać na talerze i gotować następne. Gdy wszystkie nice zostaną ugotowane, dolać 50 ml zimnego mleka i żółtka zmiksowane z 40 g cukru, a następnie gotować, mieszając, aż zupa zgęstnieje (mojej zupy na tyle dużo ubyło podczas gotowania pianek, że dodałam nawet trochę więcej mleka, nie musiałam też specjalnie długo gotować, bo i tak zgęstniała). Zupą zalać pianki na talerzach i ostudzić.

Zupę można przechowywać w lodówce i podawać w miseczkach jako deser.

 

 

 

Kvæfjordkake – pyszne ciasto norweskie

 

Ciasto zrobiłam już kilka razy, chociaż trochę mnie onieśmiela, że nie umiem wymówić jego nazwy. Mówię o nim po prostu „ciasto norweskie”.  Reklamowane jest jako najlepsze na świecie i  rzeczywiście jest pyszne, ale czy najlepsze na świecie? Znam wiele pysznych ciast i do tego przepisu też wracam, więc dla mnie jest jednym z tych lepszych. Przepis pochodzi z bloga I Adore Cinnamon.

W Norwegii nie byłam, ceny tam są zaporowe. Moi znajomi pojechali kiedyś do Norwegii na „saxy” i wrócili oczarowani. Widokami i … grzybami. Jadąc przez las zobaczyli prawdziwki, mnóstwo prawdziwków, nie zbieranych przez nikogo. W wielkim zachwycie wysiedli i nazbierali. Potem zobaczyli rydze, których wieki nie widzieli. W samochodzie nie było zbyt dużo miejsca, bo mieli przecież bagaże, ale oczywiście rydzom się nie oparli i mieli pyszną kolację. Tamtejszych ciast rzecz jasna nie próbowali, bo przybyszom z PRL nawet się nie śniło kupowanie ciasta za „twardą” walutę. Od czasu ich wyprawy Norwegia najmocniej kojarzy mi się z grzybami.

Okazuje się jednak, że wystarczy poczekać we własnym kraju na przepis z Norwegii. Ciasto wygląda efektownie, a jego zrobienie nie jest zbyt czasochłonne.

 

Norweskie ciasto Kvæfjordkake

 

Składniki na ciasto:

150 g miękkiego ciasta

150 g cukru

4 żółtka

150 g mąki pszennej luksusowej

1 łyżeczka proszku do pieczenia

4 łyżki mleka

szczypta soli

 

Masło ubić z cukrem na puszystą i gładką masę. Następnie dodawać po jednym żółtku, miksując dobrze przed dodaniem kolejnego.

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia i solą.

Do masy dodawać mąkę i mleko naprzemiennie, miksując tylko do połączenia składników.

Masę wyłożyć na blachę do pieczenia wyłożoną papierem do pieczenia układając ją w kształt prostokąta ok. 20 X 30 cm (ja wzięłam większą blachę i wypełniłam nadmiar miejsca kartonowym pudełkiem).

 

Składniki bezy:

4 białka

200 g cukru

100 g migdałów w płatkach

 

Piekarnik nastawić na 180º C.

Białka ubić na sztywno. Powoli dodawać cukier, cały czas miksując.

Bezę wyłożyć na ciasto i posypać płatkami migdałowymi. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec 30 minut. Odstawić do całkowitego ostudzenia.

 

Składniki masy budyniowej:

375 ml mleka

3 żółtka

1 jajko

75 g cukru

2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

25 g masła

30 g mąki kukurydzianej

125 ml śmietany kremówki

 

Do miski dodać żółtka, jajko, cukier, ekstrakt waniliowy oraz mąkę. Miksować do uzyskania gładkiej i puszystej masy.

Mleko doprowadzić prawie do zagotowania, zdjąć z ognia i bardzo powoli wlewać do masy, miksując na wolnych obrotach. Masę przelać ponownie do garnka i gotować na małym ogniu, stale mieszając, aż zgęstnieje. Dodać masło i energicznie wymieszać do rozpuszczenia. Całkowicie ostudzić w lodówce.

Kremówkę ubić na sztywno i wmieszać bardzo powoli do ostudzonego budyniu.

Ciasto przekroić na pół. Jedną połowę wysmarować kremem budyniowym i przykryć drugą połową. Wstawić do lodówki. Najlepsze jest następnego dnia.

 

 

 

Bób z makaronem i smażoną szałwią

 

Ostatnio mamy falę upałów, ale z prasy dowiedziałam się, że rekord ciepła w Polsce to było 40,2º C w opolskiem w 1921 roku, a Europy 47,2º C w 1994 r. w Hiszpanii, więc spokojnie – nie dzieje się nic nowego latem.

W czasie upału najlepiej idą mi warzywa i jest dostępny mój ulubiony świeży bób, który sobie urozmaicam na różne sposoby. Dzisiaj bób z makaronem i szałwią. Bardzo nam smakował.

 

Bób z makaronem i smażoną szałwią

 

1/2 kg bobu

1 średnia cebula

1/3 opakowania makaronu spaghetti

kawałek żółtego sera lub utarty parmezan do posypania

garść liści świeżej szałwii

oliwa

sól, pieprz

 

Bób ugotować i jeszcze gorący obrać ze skórek.

Cebulę pokroić w plasterki i usmażyć na oliwie.

Makaron ugotować wg przepisu na opakowaniu.

Bób wrzucić do patelni z cebulą i dusić razem ok. 5 minut. Dodać do ugotowanego makaronu. Posypać tartym serem.

Listki szałwii wrzucić na patelnię z rozgrzaną oliwą i szybciutko obsmażyć z obu stron, zajmie to dosłownie minutkę. Następnie posypać danie listkami szałwii. Dodadzą one fajnego smaczku i są chrupiące.

 

 

 

 

 

Wiśnia

 

 

Wiśnia (Cerasus Juss.) jest krzewem lub drzewem, pochodzi z Azji, a do Europy dotarła wraz z armią rzymską na południe dzisiejszych Niemiec. Znaczenie przemysłowe ma wiśnia pospolita występująca w wielu odmianach. Pestki wiśni i czereśni odnalezione w wykopaliskach pochodzą już z okresu paleolitu. Znajdowano je w osadach palowych na terenach Niemiec, Austrii, Włoch i Szwajcarii. Również w Polsce w dawnych osadach i grodach. W medycynie ludowej sporządzano leki nawet z pestek i szypułek wiśni.

 

Owoce wiśni zawierają wodę (85%), cukry (do 15%), pektyny (11%), inozyt, kwasy organiczne (gł. jabłkowy i cytrynowy), garbniki, antocyjanozydy, karoten, witaminy A, B1, B2, C, B, PP oraz kwas foliowy, a także miedź, potas, żelazo, magnez, fosfor, sód.

Liście zawierają garbniki, kwas cytrynowy, kumarynę i amigdalinę.

Wiśnie poprawiają apetyt, oczyszczają organizm, poprawiają działanie przewodu pokarmowego, zwłaszcza wątroby, żołądka i trzustki, mają działanie wzmacniające, zaspokajają uczucie głodu (można pod kontrolą lekarza spróbować odchudzającej kuracji wiśniowej lub czereśniowej), są zalecane przy niedokrwistości, stanach gorączkowych oraz jako środek przeczyszczający. Miąższ i sok mają działanie antyseptyczne i są dobrym środkiem wykrztuśnym przy zapaleniach dróg oddechowych.

Owoce jedzone przez jakiś czas w sezonie, równoważą „grzechy dietetyczne” spowodowane nadmiernym spożywaniem cukru, mięsa, pieczywa oraz używek.

 

W lecznictwie ludowym wiśnia ma duże znaczenie.

Napar z kwiatów wiśni (i czereśni) leczą zapalenie spojówek oraz jęczmień. Używa się 1 łyżki suszonych kwiatów lub 2 łyżki świeżych na 1 szklankę wrzątku, zaparza i robi się kompresy ze zwilżonej gazy.

Szypułki wiśni (podobnie jak czereśni) w lecznictwie ludowym stosuje się w postaci naparów w kamicy nerkowej i pęcherzowej.

Herbata z szypułek jest dobra przy zapaleniu oskrzeli i uporczywym kaszlu. Szypułki trzeba suszyć w cieniu i rozetrzeć w moździerzu. Przechowywać w szczelnym naczyniu. Łyżeczkę proszku zaparzyć w szklance wrzątku, po 5 minutach odcedzić i wypić, wdychając opary. Przy stanach ostrych zaleca się wypić 2-3 szklanki naparu dziennie, przy chorobie przewlekłej 2 szklanki dziennie: rano i wieczorem.

Na Śląsku sporządza się z kory drzewa wiśniowego herbatę uspokajającą, pomocną również przy kolkach i skłonnościach do skurczów: 1 łyżkę kory zalać 1 szklanką zimnej wody i podgrzewać aż do zagotowania. Po 5 minutach odcedzić. Pić 1-2 szklanki dziennie.

Odwar z kory młody gałązek wiśni można stosować jako środek przeciwgośćcowy. Pije się herbatę i równocześnie przykłada na bolące stawy ciepłe kompresy z tego odwaru.

 

Wiśnie jada się surowe, mrożone, suszone i przetwory: konfitury, kompoty, kisiele, syropy, wyciągi, nalewki, wina, soki. Liście można dodawać do kiszenia i marynowania ogórków i innych warzyw. Drewno wykorzystuje się do celów stolarskich i na instrumenty muzyczne.

Nalewka alkoholowa na wiśniach (bez cukru) uważana była od bardzo dawna za lek prawie uniwersalny i stosowana przy niestrawnościach i przeziębieniach (działanie podobne do maliny). Nacierano nią przy bólach mięśni, dezynfekowano i stosowano przy stanach gorączkowych. Trunek wzmacniający rozcieńczano wodą by usunąć zmęczenie.

 

 

Źródła:

1) Überhuber E. „Wiśnie – wspaniałym środkiem dietetycznym i leczniczym”, „Wiadomości Zielarskie” 1989 nr 8/9, s. 29-31,

2) Wiśniewska E. „Wiśnia pospolita”, „Wiadomości Zielarskie” 1988 nr 7 s. 23.

 

 

 

Galaretka wiśniowa

 

 

Nie lubię kompotów, ale uwielbiam galaretki. A najbardziej wiśniową o wspaniałym smaku i cudownym kolorze. Dlatego w sezonie wiśniowym korzystam i dosyć często robię takie prawdziwe galaretki. Żelatyna jest bardzo wskazana dla naszych chrząstek, a świeże owoce – wiadomo, zawsze lepsze od tych chemicznych.

 

Galaretka wiśniowa

 

1/2 kg wiśni, wydrylowanych

1 l wody

90 g cukru lub ksylitolu

2 łyżki żelatyny (z leciutkim wzgórkiem)

 

Wodę zagotować i wsypać cukier lub ksylitol, wymieszać. Wrzucić wiśnie i gotować 10 minut na niewielkim ogniu, najlepiej pod przykryciem. Wiśnie wyrzucić na sitko i pozostawić na 20 minut, aby odcedzić wywar. Wywar doprowadzić do wrzenia i od razu zestawić z ognia. Dodać żelatynę i mieszać, aż się rozpuści.

Galaretkę rozlać do przygotowanych kompotierek, ostudzić i wstawić do lodówki, by stężała (w czasie upałów trzeba to zrobić).

 

A wiśnie? Można posypać cukrem i zjeść, można trochę zatopić w galaretce, a resztę dodać do ciasta, np. drożdżowego. Smacznego.