Archiwum autora: Iwona

Tort mleczno-kawowy

Jeszcze jeden deser na tę porę roku – pyszny biszkopt z cudownym kremem. Nadaje się na różne okazje, także na Święta lub karnawał. Tort można posypać startą gorzką czekoladą, ale ja nie posypałam.

Przepis pochodzi z bloga MniamMniam.pl

Tort mleczno-kawowy

Składniki na biszkopt:

1 szkl. mąki krupczatki

1 szkl. cukru

6 jajek

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1 łyżka octu 10%

2 łyżki zimnej wody

Składniki kremu:

250 g masła

4 żółtka

1 szkl. cukru pudru

400 g waniliowego serka homogenizowanego

2 szkl. mleka w proszku

2 płaskie łyżeczki żelatyny rozpuszczone w 2/3 szkl. ciepłej wody

Do nasączenia:

1/2 l wody

4-5 łyżeczek kawy rozpuszczalnej

4-6 łyżeczek cukru

Włączyć piekarnik i nastawić temperaturę na 180 st. C.
Tortownicę o średnicy 24-26 cm wysmarować masłem i wysypać mąką krupczatką.

Żółtka oddzielić od białek. Żółtka wymieszać z proszkiem do pieczenia, octem oraz wodą i odstawić do wyrośnięcia (utworzy się gęsta piana). Białka przełożyć do większej miski, w której będzie robione ciasto. Ubić na sztywną pianę, pod koniec ubijania dodać cukier. Do ubitej piany dodać mąkę (nie przerywając ubijania), a następnie lekko wymieszać z żółtkami.

Do przygotowanej tortownicy przelać ciasto i piec przez 30-35 minut. Na wierzchu ciasta utworzy się skorupka z piany, a ciasto pod koniec pieczenia lekko się skurczy. Po wyjęciu można ściąć skórkę, by wierzch był bardziej równy.

Przygotować kawę: 4-5 łyżeczek kawy rozpuszczalnej rozpuścić w 1/2 l gorącej wody, dodać cukier i wymieszać.

Przygotowanie kremu. Przez dodatek mleka w proszku i żelatyny krem bardzo szybko tężeje, więc etap składania ciasta w jedną całość musi iść bardzo sprawnie. Zacząć od rozpuszczenia żelatyny w letniej wodzie, a następnie zmiksować masło, żółtka i cukier na puszystą masę. Do tego dodać serki, mleko w proszku i rozpuszczoną żelatynę.

Biszkopt przekroić na dwa krążki. Założyć obręcz od tortownicy. Ułożyć pierwszy placek, na to połowę kremu (placek jest trochę mniejszy niż średnica tortownicy, więc krem ładnie wypełni boki). Ważne jest, żeby warstwa kremu była szczelna, by kawa, którą będziemy nasączać górny krążek ciasta nie przesiąkła do dolnej warstwy. Na kremie ułożyć drugi placek i nasączyć bardzo dokładnie kawą. Na to ułożyć drugą warstwę kremu (można posypać startą gorzką czekoladą).

Tort wystarczy odstawić w chłodne miejsce, nie wymaga niskich temperatur lodówki. Trzeba jedynie przykryć go, żeby nie wysychał. Najlepszy jest na 2-3 dzień, więc można go spokojnie przygotować wcześniej.

Nawigacja – pyszny krem czekoladowy

Początek roku musi być dobry, żeby i dalszy ciąg był. Dozwolone jest wszystko, co zawsze trzeba ograniczać: węglowodany i tłuszcze. Może troszkę przybyło po Świętach i dlatego spodobał mi się ten dowcip:

Jeżeli ważysz 100 kg na Ziemi, to na Marsie ważyłabyś tylko 38 kg. Nie jesteś gruba, mieszkasz po prostu na niewłaściwej planecie.

Odchudzać się można później. Ja zrobiłam noworoczny krem czekoladowy wg zmodyfikowanego przeze mnie przepisu Adrijah, Smakował niesamowicie i na pewno zostanie powtórzony. Można dodać cukru do samego kremu. ale ja dodałam tylko do bitej śmietany i mnie wystarczyło.

Krem Nawigacja

(6 porcji)

200 g gorzkiej czekolady

400 g śmietany kremówki schłodzonej w lodówce

2 jajka

4 łyżki cukru pudru

1 łyżka brandy

Połamaną czekoladę rozpuścić w garnuszku wstawionym do większego garnka z wodą, postawić na palniku i rozpuścić.

200 g kremówki ubić.

Jajka umyć, wytrzeć, oddzielić żółtka od białek. Białka ubić na sztywną pianę (można w garnku na parze).

Żółtka utrzeć mikserem, a następnie powoli wlewać ciepłą czekoladę. Ostudzoną masę zmiksować z bitą śmietaną, alkoholem i pianą z białek. Gotowy krem rozłożyć do pucharków, by się schłodził.

200 g kremówki ubić, dodając pod koniec ubijania 4 łyżki cukru pudru. Udekorować krem czekoladowy. Można czymś posypać, np. wiórkami czekoladowymi.

Wkrótce Sylwester…

W czasie każdych Świąt przypomina mi się historia, która przydarzyła się mojej przyjaciółce wiele lat temu, może nawet 20. Gdy z siostrą i rodzicami zasiadali do kolacji wigilijnej, ktoś zadzwonił do drzwi. Za drzwiami stał sympatyczny człowiek w średnim wieku, który zapytał, czy poczęstują go kolacją. Rodzice zaprosili przychodnia do domu i nie tylko zjedli razem, ale też porozmawiali na wiele ciekawych tematów, bo gość był oczytany i ciekawy świata. Pożegnali się jak starzy znajomi i nigdy już się nie zobaczyli.

Zawsze, gdy wspominam tę historię, myślę o tym, jaka jest nietypowa. Niby stawiamy w czasie Wigilii nakrycie dla niespodziewanego wędrowca, ale raczej dla każdego z nas jest ono wyłącznie symboliczne. Zastanawiam się, czy zdarza się jeszcze, by ktoś obcy niespodziewanie do kogoś przyszedł w tę wigilijną noc, a gdyby przyszedł i zadzwonił domofonem, czy byście go wpuścili do domu, czy nie, bo balibyście się, że to jakiś złodziej lub bandyta?

Nie wiecie? Ja też nie wiem. W anonimowym wielkim mieście to jest pytanie, a przecież może się zdarzyć, że ktoś będzie się czuł bardzo samotny, jak ten przybysz przed laty i przyjdzie mu do głowy, żeby zadzwonić do czyichś drzwi…

Teraz przygotowujemy się do Sylwestra. Często ostatnio wyciskam sok z pomarańczy i zostają mi puste skórki. Pomyślałam, że takie ładne miseczki nadają się do napełnienia galaretką pomarańczową. Gdy zastygnie, będą się ładnie prezentowały na stole. Tylko radzę je zjeść dopóki świeże, bo gdy zostaną do następnego dnia, przejdą lekką goryczką. Nic się nie stanie, ale może ktoś woli bez goryczki.

Szczęśliwego Nowego Roku 2019!

Kutia z łamańcami

Wszystko, co znajduje się na wigilijnym stole jest symboliczne i ma zapewnić zdrowie i obfitość.

Choinka to symbol rajskiego drzewa.

Jemioła powinna być zawieszona nad drzwiami wejściowymi lub nad stołem oraz nad kuchnią. Ma wielką moc i będzie chronić domowników przez cały rok przed wszelkim nieszczęściem. Powinno się ją ususzyć i przechować do następnego Bożego Narodzenia. Następnie starą spalić i przynieść nową.

Sianko, układane pod obrusem, przypomina o dzieciątku ułożonym po urodzeniu na sianie.

Dań powinno być 12 (liczba apostołów i miesięcy w roku), ale kiedyś uważano, że 11, bo liczba nieparzysta przynosi szczęście.

Ryby są symbolem chrześcijaństwa, przypominają o znaczeniu chrztu oraz nieśmiertelności ludzkiej duszy.

Fasola lub soczewica oznaczają płodność i urodzaj oraz mają moc przyciągania bogactwa. Soczewica ma nawet kształt monet.

Buraki mają zapewnić zdrowie, urodę i osiągnięcie sędziwego wieku.

Kapusta oznacza odrodzenie życiodajnej mocy, a kapusta z grochem ma zapewnić ochronę przed chorobami.

Grzyby to szczęście i dostatek.

Gruszki to długowieczność, a jabłka zdrowie, zwłaszcza gardła.

Orzechy mają dać obfitość, siłę i zdrowe zęby. Orzech pełny to dobra wróżba na cały rok, pusty i sczerniały – zła.

Ziarna zbóż (również mąka) zapewni zdrowie, płodność i dostatek. Symbolizują nieśmiertelność.

Miód – wszystko, co najlepsze: miłość, szczęście i bogactwo.

Mak – spokojny sen, odrodzenie i łączność z przodkami, którzy odeszli.

W tym roku po raz pierwszy zrobiłam kutię. U mnie w domu się nie robiło tej wschodniej potrawy, ale chciałam spróbować. Zrobiłam ją z białym makiem, bo taki miałam, a ponieważ sporo jej wyszło, to do części dodałam kakao i wyszła czekoladowa.

Kutia

250 g obłuskanej pszenicy

150 g migdałów bez skórki

100 g orzechów włoskich

250 g maku

100 g cukru

25 g masła

150 ml miodu

Pszenicę namoczyć na noc albo chociaż na 6 godzin, a następnie ugotować w dużej ilości wody. Odcedzić.

Mak opłukać, zalać wrzątkiem i gotować na małym ogniu 15 minut. Osączyć na sitku (najlepiej zostawić na ok. 1 godzinę) i zmielić 3 razy w maszynce do mięsa. W garnku z grubym dnem rozgrzać masło, dodać cukier oraz zmielony mak i smażyć, mieszając ok. 15 minut.

Migdały i orzechy grubo posiekać.

Miód rozgrzać, wymieszać z makiem, pszenicą, migdałami i orzechami. Wstawić do lodówki na noc. Przed podaniem udekorować migdałami.

Podawać z łamańcami.

Łamańce (przepis z 1871 r.)

ze strony przepisytradycyjne.pl

50 g cukru pudru

80 g masła

150 g mąki pszennej typ 450

Mąkę, cukier puder i miękkie masło umieścić w misce. Zagnieść rękami, aż utworzy się jednolita kulka. Ciasto owinąć folią spożywczą i włożyć do lodówki na ok. 20 minut.

Ciasto rozwałkować i wyciąć trójkąty (widziałam kiedyś takie w Podlaskim). Kruche ciasteczka piec w temp. 160 stopni przez ok. 15 minut. Przed podaniem można ciasteczka wetknąć w masę makową lub kutię.

Zapiekanka z rybą i ziemniakami




Propozycja obiadowa na obiad świąteczny lub nieświąteczny, ale pyszny. Zapiekanki stanowią zwykle bardzo przyjemną formę obiadu, a ta jest jedną z moich ulubionych, z przyjemnością powtarzanych od wielu lat.

800 g ziemniaków

1 większa cebula

300 g filetu z dorsza lub karmazyna

60 g ementalera

olej do smażenia

sól, pieprz

kilka wiórków masła na wierzch

Ziemniaki ugotować w mundurkach, ostudzić, obrać, pokroić w plastry.

Filety usmażyć na oleju.

Cebulę pokroić w kostkę i udusić na oleju.

Naczynie żaroodporne posmarować olejem, położyć warstwę ziemniaków, na to trochę kawałków podsmażonej ryby i cebulę, posolić i popieprzyć, a następnie położyć następne 3-4 warstwy. Ostatnią warstwę powinny stanowić plastry ziemniaków, posypane żółtym serem.

Zapiekać ok. 30 minut w temp. 200 st. C, aż ser się troszkę przyrumieni.

Placuszki z warzywami

Kiedy panuje zimno, słota i ciemnica, to przyjemnie jest wspominać słońce. Zwłaszcza to południowe, w ciepłych krajach. A gdzie to było? Gdy o tym myślę, to przypominam sobie jak to spotkałam koleżankę, która miała interesującą broszkę. Powiedziałam jej, że ma ładną broszkę. Ucieszyła się i zaczęła myśleć, skąd ma to cudo. Wyszło jej, że kupiła ją w mieście na „W”. Potem starała się uświadomić sobie, co to za miasto. Nagle się roześmiała i stwierdziła, że to było „W Rzeszowie”.

A placuszki jadłam W Kenii i bardzo mi smakowały. Może nie były takie same, ale odtworzyłam z pamięci bardzo podobne. Ostatnio mam fazę na te placuszki.

 

Placuszki z warzywami 

 

2 jajka

100 g mąki

1/4 szklanki mleka

1/2 średniej cebuli pokrojonej w kosteczkę

1/2 niedużej papryki pokrojonej w kostkę

150 g cienko poszatkowanej kapusty białej lub włoskiej

1/2 pora pokrojonego w półplasterki

1/4 szklanki kiełków fasolki mung

1 łyżka sosu sojowego

1 łyżeczka soli

1/4 łyżeczki pieprzu cayenne

olej rzepakowy do smażenia

 

Jajka zmiksować z mąką, mlekiem, sosem sojowym i przyprawami. Ciasto powinno być dość rzadkie. Dodać warzywa i dobrze wymieszać. Usmażyć placuszki na gorącym oleju.

 

 

 

 

Cuba Bella

Im robi się zimniej i ciemniej, tym bardziej marzy mi się upał i słońce. Przypominam sobie takie kraje na świecie, gdzie miłe ciepełko jest prawie cały czas. Teraz jakoś częściej wspominam sobie kraj wielu drinków, czyli Kubę. Dzisiaj zapraszam Was do kubańskiego baru na kolorowy koktajl Cuba Bella. Ja piłam ten drink z syropem miętowym, ale słyszałam, że zamiast tego można zmiksować liście świeżej mięty z odrobiną wody. Wówczas należy najpierw wlać zmiksowane liście do szklanki, a następnie wsypać lód. Nie próbowałam tego sposobu, ale zamierzam. Syrop jest na pewno ładniejszy, bo taki mix z liści będzie mętny, za to bardziej dostępny i naturalny.

 

Cuba Bella

 

Proporcje:

2 części likieru miętowego

1 część soku pomarańczowego

1 część syropu z granatów

4 części wody gazowanej

4 części białego rumu

kilka kostek lodu

 

Do długiego kieliszka lub do szklanki wrzucić kilka kostek lodu i wlać likier miętowy. Następnie powoli dodać sok pomarańczowy tak, by tworzył oddzielną warstwę w szklance.

W oddzielnym naczyniu wymieszać sok z granatów z białym rumem i wlać kolejną warstwę do szklanki z koktajlem.

 

 

 

 

Pasternak panierowany

Podobno jest sprzedawany przez niektórych nieuczciwych sprzedawców jako pietruszka, ale ja mam problemy z jego kupieniem. Pasternak mi smakuje i robiłam już z niego kilka potraw, ale rzadko na niego trafiam. Tym razem zrobiłam bardzo prostą wersję – pasternak panierowany.

 

Pasternak panierowany

 

3 korzenie pasternaku

1 jajko

bułka tarta

sól

olej

 

Pasternak oskrobać, pokroić w plastry o grubości ok. 5 mm, posolić. Zanurzać w roztrzepanym jajku i tartej bułce, smażyć na gorącym oleju.

 

 

 

Rogale marcińskie

Zwyczaj składania bogom ofiary z wołów lub ciasta w kształcie wolich rogów sięga czasów pogańskich, ale później 11.11 stał się dniem św. Marcina i kształt rogów zaczęto kojarzyć z kształtem podkowy konia św. Marcina. W tym dniu w Poznaniu pieczone są rogale świętomarcińskie i ja też postanowiłam upiec takie rogale. Zdobyłam biały mak i znalazłam przepis na blogu MniamMniam.pl. Przygotowanie wymaga sporo pracy, ale rogale wyszły świetnie i mogę polecić przepis.

 

Rogale marcińskie

 

Składniki

Ciasto:

1 szklanka ciepłego mleka

1 łyżka suchych drożdży

1 jajko

1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

3 i 1/2 szklanki mąki

3 łyżki cukru

szczypta soli

225 g miękkiego masła (z tego 2 łyżki do ciasta)

 

Nadzienie:

30 dag białego maku

10 dag marcepanu

3/4 szklanki cukru pudru

10 dag orzechów włoskich

10 dag zblanszowanych migdałów

1-2 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej

2-3 łyżki gęstej śmietany

3 podłużne biszkopty, pokruszone na okruszki

 

Do posmarowania:

1 jajko rozbełtane z 2 łyżkami mleka

 

Lukier:

1 szklanka cukru pudru (mnie wystarczyło 3/4 szklanki)

2-3 łyżki mleka (proponuję dodawać stopniowo, aby nie było za dużo)

 

Do posypania:

posiekane migdały

 

Przygotowanie ciasta

Suche drożdże wsypać do mleka, zostawić na kilka minut, aby się rozpuściły i dobrze wymieszać. Dodać jajko, ekstrakt z wanilii i wszystko wymieszać.

Mąkę, cukier i sól wymieszać razem w dużej misce, dodać lekko miękkie masło (2 łyżki) i rozetrzeć palcami razem z mąką.

Dodać rozczyn mieszając łyżką, przełożyć ciasto na blat i lekko krótko wyrobić, tylko do momentu gdy ciasto stanie się gładkie. Nie wyrabiać zbyt długo – to ciasto powinno pozostać lekko lepiące i chłodne. Uformować je w prostokąt, ułożyć na oprószonej mąką blaszce, przykryć folią i schłodzić w lodówce ok. 1 godziny.

Schłodzone ciasto przełożyć na stolnicę i rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30×15 cm tak, aby krótsze strony stanowiły górę i dół. Całą ilość masła podaną w przepisie rozsmarować równomiernie na cieście (zostawić 1/2 cm margines dookoła). Złożyć 1/3 ciasta od góry, następnie złożyć dolną część tak, aby przykryła to złożenie (tak jak się składa kartkę papieru). Dobrze skleić brzegi i delikatnie wywałkować w prostokąt 25×17 cm, używając jak najmniejszej ilości mąki (ja w ogóle nie podsypywałam mąką). Złożyć jak poprzednio i schłodzić w lodówce przez 45 minut.

Powtórzyć proces wałkowania i składania 3 razy, chłodząc ciasto między wałkowaniami przez 30 minut.

Po ostatnim wałkowaniu i złożeniu, ciasto dobrze zawinąć i włożyć do lodówki na co najmniej 5 godzin, a najlepiej na całą noc.

 

Przygotowanie nadzienia

Mak i orzechy sparzyć gorącą wodą. Po 15 minutach odcedzić i osączyć. Zmielić dwukrotnie w maszynce, razem z migdałami. Masę marcepanową rozetrzeć mikserem z cukrem pudrem, dodać zmielony mak z bakaliami, okruszki biszkoptowe i posiekaną skórkę pomarańczową. Dobrze wymieszać, dodać śmietanę, ale tylko tyle, by uzyskać dość zwartą, ale plastyczną masę. Masa nie powinna być zbyt płynna ani zbyt twarda. Jej konsystencję reguluje się dodając stopniowo śmietanę.

 

Ciasto wyjąć z lodówki na ok. 20 minut przed planowanym robieniem rogali. Rozwałkować je na prostokąt o wymiarach ok. 65×34 cm i przeciąć wzdłuż długiego brzegu na 2 części. Każdy powstały w ten sposób pasek pokroić na 6 kwadratów, a kwadraty na trójkąty. Rozsmarować nadzienie, zostawiając mały margines na wszystkich bokach trójkąta. Zwijać rogaliki zaczynając od najszerszego boku, w kierunku wierzchołka. Ułożyć na blaszce wysmarowanej tłuszczem lub wyłożonej papierem do pieczenia i pozostawić do wyrośnięcia na ok. 1,5 godziny lub do podwojenia objętości pod folią.

Rozgrzać piekarnik do 180º C. Wyrośnięte rogale posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem i piec ok. 20 minut, aż się ładnie zezłocą. Wyjąć na kratkę i jeszcze ciepłe polać lukrem, posypać orzeszkami lub posiekanymi migdałami.

 

 

 

 

 

 

 

 

Szarlotka z kruszonką

 

Nadeszła chłodna i wilgotna jesień. Nie cieszy mnie to, bo nie pasuje mi ten chłód i wilgoć. Nie lubię wstawać po ciemku i tego szybko nastającego mroku też nie. W tych okolicznościach trzeba sobie osłodzić życie, najlepiej jakimś jesiennym przysmakiem, a co może być przyjemniejszego od domowej szarlotki?

 

Szarlotka z kruszonką

 

2 kg jabłek

320 g mąki pszennej

230 g cukru

200 g zimnego masła

1 żółtko

1 łyżka cynamonu

 

Mąkę przesiać do miski, wrzucić masło i posiekać je na drobne kawałki. Dodać 100 g cukru oraz żółtko i szybko wyrobić ciasto. Uformować kulę, zawinąć ją w folię spożywczą i włożyć do lodówki.

Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić owoce w kostkę i wrzucić do garnka. Dodać 130 g cukru i trochę wody. Zagotować, zmniejszyć ogień i dusić, mieszając, aż jabłka się rozpadną (w razie potrzeby dodać jeszcze trochę wody). Dodać łyżkę cynamonu, wymieszać i ostudzić.

Ciasto wyjąć z lodówki i część rozwałkować na placek (ok. 1/2 cm) i wylepić nim blaszkę 25 x 35 cm. Można też pociąć część ciasta na plastry i wylepić blaszkę palcami. Na ciasto wyłożyć jabłka, wyrównać powierzchnię, a na wierzch zetrzeć na tarce „w łezkę” pozostałe ciasto.

Włożyć do piekarnika nagrzanego do 170° C i piec, aż ciasto się trochę przyrumieni (ok. 60 minut).

 

 

 

 

 

Po grzybobraniu

 

W wolne dni wyjeżdżamy z miasta i chętnie chodzimy z MDK po lesie. Pogoda prześliczna, grzyby rosną, chociaż już mniej, bo sucho. Nadal jednak wracamy ze spacerów z pełnym koszem. Z tego grzybowego dostatku, postanowiłam nie tylko suszyć oraz dusić, ale też zrobić coś innego. I zrobiłam: tartę z grzybami mieszanymi, taką na bogato. Obrodziły głównie prawdziwki i to jest nietypowe. Zwykle miałam ususzone kilka słoików podgrzybków i koźlaków, a tym razem prawie same prawdziwki. Koźlaki i podgrzybki przydały się do tarty, prawdziwka też dorzuciłam, przecież był.

 

Tarta z grzybami i ziołami

 

Ciasto:

200 g mąki pszennej

100 g zimnego masła

50 g sera żółtego (u mnie Edam, ale może być np. ementaler)

trochę zimnej wody

1 łyżeczka soli

1 łyżeczka pieprzu

 

Grzybowy wierzch:

500 g grzybów mieszanych

1 średnia cebula

olej

2 łyżki masła

2 łyżki mąki

1 szklanka mleka

szczypta gałki muszkatołowej

1/2 łyżeczki suszonego rozmarynu

1 łyżka świeżej natki pietruszki

1 łyżeczka suszonego tymianku

trochę żółtego sera do posypania wierzchu

 

Przygotowanie ciasta:

mąkę, ser i przyprawy wymieszać w misce, dodać masło i posiekać je nożem, zagnieść ciasto i uformować z niego kulę. Owinąć ją w folię i włożyć do lodówki na 30 minut (w tym czasie przygotować grzybowy wierzch). Ciasto wyjąć z lodówki i rozwałkować na wielkość foremki do tarty, zawinąć brzegi. Można też pokroić ciasto na plastry i wylepić foremkę palcami.

 

Przygotowanie wierzchu:

Grzyby umyć, pokroić w plasterki i podsmażyć z pokrojoną w kostkę cebulą na oleju. Ostudzić, rozłożyć na przygotowanym spodzie.

Na patelni rozpuścić 2 łyżki masła, dodać 2 łyżki mąki, chwilkę mieszać, a następnie dodać 1 szklankę mleka. Mieszać, aż sos zgęstnieje, dodać przyprawy, wymieszać i rozprowadzić na grzybach. Posypać startym żółtym serem.

Włożyć do piekarnika rozgrzanego do temp. 200°  C i piec ok. 30 minut, aż się troszkę przyrumieni.

 

 

 

 

 

Przedłużenie lata

Jesień mamy piękną i trochę jeszcze letnią, więc po deszczu, pod podwójną tęczą pojechaliśmy na grzyby.

Najpierw ucieszyliśmy się z podgrzybków. Są takie śliczne i smaczne, że najchętniej zmieniłabym im nazwę z pod-grzybków na jakąś bardziej szlachetną.

Okazało się, że podgrzybków jest mało, poza tym kilka koźlaków i dwie kanie, ale najwięcej było prawdziwków: 90 sztuk – ponad 3 kg.

Pierwszy raz w życiu znalazłam prawdziwki w pęczku. Do tej pory widywałam w takich pęczkach jedynie opieńki, a niespodziewanie spod trawy wyjęłam 19 prawdziwków!

W lesie trafiła się też jakaś nietypowa żmija czy też może wężyk o długości ok. 1 m. Nie zdążyłam sfotografować głowy, ale nie znalazłam takiego gada w atlasie polskich gadów. Miał jasną smugę wzdłuż głowy. Nie był to więc zaskroniec, który ma plamy w poziomie, a nie wzdłuż i nie wiem, co to było.

To nie jest tylko wrażenie lata, ale jakby nadal lato, tylko chłodniejsze. U mnie w doniczce na balkonie dojrzewają truskawki. Na chłodne noce zabieram je jednak do domu.

 

 

 

 

Pierożki samosa z kalafiorem i ziemniakami

 

No i jak my w tym klimacie mamy być normalni? Jak nie upały to zimnice – nic pośrodku. Jeszcze w piątek był upał, a dzisiaj duje północą. Brrr jak nieprzyjemnie. Zimno, mokro i wieje. Trzeba się będzie przeprosić z cieplejszą kurtką z kapturem, a na sandałki też za chłodno.

A ja na przekór pogodzie zrobiłam hinduskie pierożki samosa wg przepisu z książki Oli Lazar „Kuchnia orientalna”. Tym razem z kalafiorem i ziemniakami. Podawałam już inny przepis na pierogi samosa, bo lubię to hinduskie danie, robię je w domu i próbuję wszędzie, gdzie mam okazję. Raz jeden mi nie smakowało, serwowane w orientalnej knajpce w Warszawie. Robił je Hindus i sypnął do farszu tyle ostrej papryczki, że nie dałam rady zjeść.

 

Pierogi samosa z kalafiorem i ziemniakami

 

Ciasto:

200 g mąki pszennej

40 g oleju lub roztopionego ghee

1/2 łyżeczki soli

 

Farsz:

200 g podzielonego na różyczki i ugotowanego kalafiora

2 ugotowane ziemniaki

1 łyżeczka ziaren kminu rzymskiego

1/2 łyżeczki garam masala

1/2 łyżeczki chili

sól

 

Składniki ciasta wyrobić, aż do uzyskania elastycznej masy. W razie potrzeby dodać troszkę wody. Kulę ciasta przykryć wilgotną ściereczką i odstawić na 15 minut.

Ziemniaki pokroić w bardzo drobną kosteczkę, kalafior rozgnieść widelcem. Dodać przyprawy i wymieszać (następnym razem podprażę przyprawy na suchej patelni, żeby były bardziej aromatyczne).

Ciasto podzielić na 16 równych porcji i z każdej uformować kuleczkę. Każdą kuleczkę rozwałkować na placuszek o średnicy ok. 10 cm i przeciąć na pół. Brzegi ciasta zwilżyć i uformować rożek (prostą krawędź złożyć w połowie i skleić, zostawiając margines 1/2 cm). Do środka włożyć nadzienie i mocno skleić okrągły brzeg na górze. Smażyć partiami w głębokim oleju na średnim ogniu.

 

 

 

Badam burfi

 

Nadal mamy lato, więc tym razem coś z gorących Indii – badam burfi. Zobaczyłam na blogu Mniam Mniam i stwierdziłam, że koniecznie muszę spróbować tego deseru. Słodziutkie, podobne do marcepana – po prostu pyszne.

 

Badam burfi

 

szklanka sparzonych i obranych migdałów

1/2 szklanki cukru

szczypta kardamonu

2 łyżki ghee lub masła

1/3 szklanki mleka

 

Mleko, cukier i migdały zmiksować w blenderze (mleka musi być tyle, by można było wytworzyć gładką masę).

Na patelni na średnim ogniu roztopić ghee lub masło i wrzucić masę migdałową. Podgrzewać cały czas mieszając drewnianą łyżką. Gdy zacznie nieco gęstnieć (po ok. 6 minutach), dodać szczyptę kardamonu. Podgrzewać kolejne 2-3 minuty, mieszając. Masa zgęstnieje i zacznie odchodzić od patelni. Wtedy zdjąć patelnię z ognia i mieszać jeszcze ok. minuty.

 

 

Niedużą tackę posmarować dobrze masłem i wyłożyć burfi. Kształtować masę szpatułką i rękami w kwadrat lub prostokąt. Można posypać masę kawałkami migdałów i lekko docisnąć. Zostawić masę na 20 minut do przestygnięcia. Po tym czasie pokroić burfi ostrym nożem w romby, kwadraty, prostokąty i zostawić do ostygnięcia.

 

 

 

Gozleme – nadziewany chlebek z Turcji

 

Lato u nas trwa w najlepsze, to i trwa ochota na próbowanie potraw z południa. Ten nadziewany chlebek jest bardzo smaczny i dosyć prosty do zrobienia. Można go zabrać na wycieczkę albo do pracy.

Przepis pochodzi ze strony http://kulinarne.info

 

Gözleme (6 chlebków)

 

Ciasto:

300 g mąki pszennej

90 ml ciepłej wody

szczypta soli

10 g świeżych drożdży

1 łyżka oliwy

 

Farsz:

100 g sera feta

100 g liści szpinaku

5 listków mięty

1 czerwona cebula

2 ząbki czosnku

pieprz

 

Drożdże rozpuścić z łyżką mąki w ciepłej wodzie. Odstawić, aż drożdże zaczną pracować. Dosypać pozostałą mąkę, sól i wyrobić elastyczne ciasto. Miskę posmarować oliwą i przełożyć do niej ciasto. Przykryć miskę (ja wkładam do foliowej torebki) i pozostawić na godzinę do wyrośnięcia.

W międzyczasie przygotować farsz. Umyte liście szpinaku zalać niedużą ilością wrzątku. Wyrzucić szpinak na sito. Na patelni podsmażyć pokrojoną w plasterki cebulę i na końcu dorzucić na chwilę przeciśnięty przez praskę czosnek. Dodać do podgotowanego i posiekanego szpinaku, doprawić pieprzem i posiekanymi listkami mięty.

Wyrośnięte ciasto zagnieść ponownie i podzielić na 6 porcji. Z każdej z nich zrobić kulkę i rozwałkować na prostokąt o wymiarach ok. 12 cm x 18 cm. Na połowę każdego prostokąta nałożyć szpinak i posypać rozdrobnioną fetą. Złożyć ciasto na pół i zlepić brzegi. Patelnię lekko naoliwić i smażyć każdy chlebek po ok. 2 minuty z każdej strony (ja smażyłam troszkę dłużej). Podawać z sosem jogurtowym.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zupa „nic”

 

Dzisiaj prawie zapomniana, ale nadal bardzo smaczna zupa-deser z wanilią. Pochodzi z Francji i zaczęła się pojawiać w książkach kucharskich już w VI wieku. W różnych krajach nazwy tej zupy są odmienne, a w Polsce nazwana została zupą nic. Nice to gotowane pianki, które w niej pływają.

Warto chociaż raz tej zupy spróbować, choćby po to, by wiedzieć, co smakowało naszym przodkom 🙂

 

Zupa „nic”

 

500 ml + 50 ml tłustego mleka (lub nawet trochę więcej)

2 jajka

100 g cukru

1/4 laski wanilii

ewentualnie cynamon (jeśli ktoś lubi)

 

Jajka umyć w gorącej wodzie, wytrzeć, oddzielić żółtka od białek. Białka ubić na sztywną pianę, a następnie dodać partiami 60 g cukru, cały czas ubijając. Na koniec można dosypać szczyptę cynamonu (jeśli ktoś lubi).

500 ml mleka zagotować z wanilią, wanilię wyjąć, a do wrzącego mleka nakładać łyżką małe porcje ubitej piany. Pianki po chwili odwracać, odkładać na talerze i gotować następne. Gdy wszystkie nice zostaną ugotowane, dolać 50 ml zimnego mleka i żółtka zmiksowane z 40 g cukru, a następnie gotować, mieszając, aż zupa zgęstnieje (mojej zupy na tyle dużo ubyło podczas gotowania pianek, że dodałam nawet trochę więcej mleka, nie musiałam też specjalnie długo gotować, bo i tak zgęstniała). Zupą zalać pianki na talerzach i ostudzić.

Zupę można przechowywać w lodówce i podawać w miseczkach jako deser.

 

 

 

Kvæfjordkake – pyszne ciasto norweskie

 

Ciasto zrobiłam już kilka razy, chociaż trochę mnie onieśmiela, że nie umiem wymówić jego nazwy. Mówię o nim po prostu „ciasto norweskie”.  Reklamowane jest jako najlepsze na świecie i  rzeczywiście jest pyszne, ale czy najlepsze na świecie? Znam wiele pysznych ciast i do tego przepisu też wracam, więc dla mnie jest jednym z tych lepszych. Przepis pochodzi z bloga I Adore Cinnamon.

W Norwegii nie byłam, ceny tam są zaporowe. Moi znajomi pojechali kiedyś do Norwegii na „saxy” i wrócili oczarowani. Widokami i … grzybami. Jadąc przez las zobaczyli prawdziwki, mnóstwo prawdziwków, nie zbieranych przez nikogo. W wielkim zachwycie wysiedli i nazbierali. Potem zobaczyli rydze, których wieki nie widzieli. W samochodzie nie było zbyt dużo miejsca, bo mieli przecież bagaże, ale oczywiście rydzom się nie oparli i mieli pyszną kolację. Tamtejszych ciast rzecz jasna nie próbowali, bo przybyszom z PRL nawet się nie śniło kupowanie ciasta za „twardą” walutę. Od czasu ich wyprawy Norwegia najmocniej kojarzy mi się z grzybami.

Okazuje się jednak, że wystarczy poczekać we własnym kraju na przepis z Norwegii. Ciasto wygląda efektownie, a jego zrobienie nie jest zbyt czasochłonne.

 

Norweskie ciasto Kvæfjordkake

 

Składniki na ciasto:

150 g miękkiego ciasta

150 g cukru

4 żółtka

150 g mąki pszennej luksusowej

1 łyżeczka proszku do pieczenia

4 łyżki mleka

szczypta soli

 

Masło ubić z cukrem na puszystą i gładką masę. Następnie dodawać po jednym żółtku, miksując dobrze przed dodaniem kolejnego.

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia i solą.

Do masy dodawać mąkę i mleko naprzemiennie, miksując tylko do połączenia składników.

Masę wyłożyć na blachę do pieczenia wyłożoną papierem do pieczenia układając ją w kształt prostokąta ok. 20 X 30 cm (ja wzięłam większą blachę i wypełniłam nadmiar miejsca kartonowym pudełkiem).

 

Składniki bezy:

4 białka

200 g cukru

100 g migdałów w płatkach

 

Piekarnik nastawić na 180º C.

Białka ubić na sztywno. Powoli dodawać cukier, cały czas miksując.

Bezę wyłożyć na ciasto i posypać płatkami migdałowymi. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec 30 minut. Odstawić do całkowitego ostudzenia.

 

Składniki masy budyniowej:

375 ml mleka

3 żółtka

1 jajko

75 g cukru

2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

25 g masła

30 g mąki kukurydzianej

125 ml śmietany kremówki

 

Do miski dodać żółtka, jajko, cukier, ekstrakt waniliowy oraz mąkę. Miksować do uzyskania gładkiej i puszystej masy.

Mleko doprowadzić prawie do zagotowania, zdjąć z ognia i bardzo powoli wlewać do masy, miksując na wolnych obrotach. Masę przelać ponownie do garnka i gotować na małym ogniu, stale mieszając, aż zgęstnieje. Dodać masło i energicznie wymieszać do rozpuszczenia. Całkowicie ostudzić w lodówce.

Kremówkę ubić na sztywno i wmieszać bardzo powoli do ostudzonego budyniu.

Ciasto przekroić na pół. Jedną połowę wysmarować kremem budyniowym i przykryć drugą połową. Wstawić do lodówki. Najlepsze jest następnego dnia.

 

 

 

Bób z makaronem i smażoną szałwią

 

Ostatnio mamy falę upałów, ale z prasy dowiedziałam się, że rekord ciepła w Polsce to było 40,2º C w opolskiem w 1921 roku, a Europy 47,2º C w 1994 r. w Hiszpanii, więc spokojnie – nie dzieje się nic nowego latem.

W czasie upału najlepiej idą mi warzywa i jest dostępny mój ulubiony świeży bób, który sobie urozmaicam na różne sposoby. Dzisiaj bób z makaronem i szałwią. Bardzo nam smakował.

 

Bób z makaronem i smażoną szałwią

 

1/2 kg bobu

1 średnia cebula

1/3 opakowania makaronu spaghetti

kawałek żółtego sera lub utarty parmezan do posypania

garść liści świeżej szałwii

oliwa

sól, pieprz

 

Bób ugotować i jeszcze gorący obrać ze skórek.

Cebulę pokroić w plasterki i usmażyć na oliwie.

Makaron ugotować wg przepisu na opakowaniu.

Bób wrzucić do patelni z cebulą i dusić razem ok. 5 minut. Dodać do ugotowanego makaronu. Posypać tartym serem.

Listki szałwii wrzucić na patelnię z rozgrzaną oliwą i szybciutko obsmażyć z obu stron, zajmie to dosłownie minutkę. Następnie posypać danie listkami szałwii. Dodadzą one fajnego smaczku i są chrupiące.

 

 

 

 

 

Wiśnia

 

 

Wiśnia (Cerasus Juss.) jest krzewem lub drzewem, pochodzi z Azji, a do Europy dotarła wraz z armią rzymską na południe dzisiejszych Niemiec. Znaczenie przemysłowe ma wiśnia pospolita występująca w wielu odmianach. Pestki wiśni i czereśni odnalezione w wykopaliskach pochodzą już z okresu paleolitu. Znajdowano je w osadach palowych na terenach Niemiec, Austrii, Włoch i Szwajcarii. Również w Polsce w dawnych osadach i grodach. W medycynie ludowej sporządzano leki nawet z pestek i szypułek wiśni.

 

Owoce wiśni zawierają wodę (85%), cukry (do 15%), pektyny (11%), inozyt, kwasy organiczne (gł. jabłkowy i cytrynowy), garbniki, antocyjanozydy, karoten, witaminy A, B1, B2, C, B, PP oraz kwas foliowy, a także miedź, potas, żelazo, magnez, fosfor, sód.

Liście zawierają garbniki, kwas cytrynowy, kumarynę i amigdalinę.

Wiśnie poprawiają apetyt, oczyszczają organizm, poprawiają działanie przewodu pokarmowego, zwłaszcza wątroby, żołądka i trzustki, mają działanie wzmacniające, zaspokajają uczucie głodu (można pod kontrolą lekarza spróbować odchudzającej kuracji wiśniowej lub czereśniowej), są zalecane przy niedokrwistości, stanach gorączkowych oraz jako środek przeczyszczający. Miąższ i sok mają działanie antyseptyczne i są dobrym środkiem wykrztuśnym przy zapaleniach dróg oddechowych.

Owoce jedzone przez jakiś czas w sezonie, równoważą „grzechy dietetyczne” spowodowane nadmiernym spożywaniem cukru, mięsa, pieczywa oraz używek.

 

W lecznictwie ludowym wiśnia ma duże znaczenie.

Napar z kwiatów wiśni (i czereśni) leczą zapalenie spojówek oraz jęczmień. Używa się 1 łyżki suszonych kwiatów lub 2 łyżki świeżych na 1 szklankę wrzątku, zaparza i robi się kompresy ze zwilżonej gazy.

Szypułki wiśni (podobnie jak czereśni) w lecznictwie ludowym stosuje się w postaci naparów w kamicy nerkowej i pęcherzowej.

Herbata z szypułek jest dobra przy zapaleniu oskrzeli i uporczywym kaszlu. Szypułki trzeba suszyć w cieniu i rozetrzeć w moździerzu. Przechowywać w szczelnym naczyniu. Łyżeczkę proszku zaparzyć w szklance wrzątku, po 5 minutach odcedzić i wypić, wdychając opary. Przy stanach ostrych zaleca się wypić 2-3 szklanki naparu dziennie, przy chorobie przewlekłej 2 szklanki dziennie: rano i wieczorem.

Na Śląsku sporządza się z kory drzewa wiśniowego herbatę uspokajającą, pomocną również przy kolkach i skłonnościach do skurczów: 1 łyżkę kory zalać 1 szklanką zimnej wody i podgrzewać aż do zagotowania. Po 5 minutach odcedzić. Pić 1-2 szklanki dziennie.

Odwar z kory młody gałązek wiśni można stosować jako środek przeciwgośćcowy. Pije się herbatę i równocześnie przykłada na bolące stawy ciepłe kompresy z tego odwaru.

 

Wiśnie jada się surowe, mrożone, suszone i przetwory: konfitury, kompoty, kisiele, syropy, wyciągi, nalewki, wina, soki. Liście można dodawać do kiszenia i marynowania ogórków i innych warzyw. Drewno wykorzystuje się do celów stolarskich i na instrumenty muzyczne.

Nalewka alkoholowa na wiśniach (bez cukru) uważana była od bardzo dawna za lek prawie uniwersalny i stosowana przy niestrawnościach i przeziębieniach (działanie podobne do maliny). Nacierano nią przy bólach mięśni, dezynfekowano i stosowano przy stanach gorączkowych. Trunek wzmacniający rozcieńczano wodą by usunąć zmęczenie.

 

 

Źródła:

1) Überhuber E. „Wiśnie – wspaniałym środkiem dietetycznym i leczniczym”, „Wiadomości Zielarskie” 1989 nr 8/9, s. 29-31,

2) Wiśniewska E. „Wiśnia pospolita”, „Wiadomości Zielarskie” 1988 nr 7 s. 23.

 

 

 

Galaretka wiśniowa

 

 

Nie lubię kompotów, ale uwielbiam galaretki. A najbardziej wiśniową o wspaniałym smaku i cudownym kolorze. Dlatego w sezonie wiśniowym korzystam i dosyć często robię takie prawdziwe galaretki. Żelatyna jest bardzo wskazana dla naszych chrząstek, a świeże owoce – wiadomo, zawsze lepsze od tych chemicznych.

 

Galaretka wiśniowa

 

1/2 kg wiśni, wydrylowanych

1 l wody

90 g cukru lub ksylitolu

2 łyżki żelatyny (z leciutkim wzgórkiem)

 

Wodę zagotować i wsypać cukier lub ksylitol, wymieszać. Wrzucić wiśnie i gotować 10 minut na niewielkim ogniu, najlepiej pod przykryciem. Wiśnie wyrzucić na sitko i pozostawić na 20 minut, aby odcedzić wywar. Wywar doprowadzić do wrzenia i od razu zestawić z ognia. Dodać żelatynę i mieszać, aż się rozpuści.

Galaretkę rozlać do przygotowanych kompotierek, ostudzić i wstawić do lodówki, by stężała (w czasie upałów trzeba to zrobić).

 

A wiśnie? Można posypać cukrem i zjeść, można trochę zatopić w galaretce, a resztę dodać do ciasta, np. drożdżowego. Smacznego.

 

 

 

Morwy – superowoce

Morwa biała (Morus alba L.) to drzewo do 10 m wysokości, rosnące w Indiach Północnych, Azji Centralnej, Chinach i Japonii. W języku chińskim nazywa się San-pi. Była uprawiana w Chinach już 4.000 lat p.n.e. w związku z hodowlą jedwabników. Białe owoce mają bardzo słodki i dość mdły smak, zawierają sporo cukrów i wyjątkowo mało kwasów. Uważane były za świetną karmę dla drobiu, chociaż chińskie ziołolecznictwo od dawna zalecało stosowanie jej liści, owoców, kory, korzeni i pnia drzewa. Z liści i owoców przyrządza się tam syrop, korę korzeni stosuje w nadciśnieniu, ekstrakty z kory korzeni również jako środek przeciwzapalny, przeciwbólowy oraz chroniący wątrobę i nerki, a w połączeniu z innymi roślinami leczniczymi przyrządza lekarstwa na kaszel, astmę oskrzelową i bronchit.

W medycynie chińskiej morwa biała wykorzystywana jest jako środek pomocny w leczeniu cukrzycy mający działanie antyhiperglikemiczne. Zawarte w liściach morwy cukry złożone wykazują działanie podobne do leków przeciwcukrzycowych.

Mieszkańcy Indii oraz ludność zamieszkująca Himalaje dodają owoce morwy białej do potraw i produkują z nich mąkę, a suszone owoce morwy białej służą jako pożywienie wzmacniające siły oraz regenerujące organizm. Dzieje się tak dlatego, że owoce te zawierają dużo, łatwo przyswajalnych węglowodanów.

Stosunkowo niedawno również na Zachodzie odkryto znakomite właściwości zdrowotne morwy i to różnych jej części. Stwierdzono, że wyciąg z korzenia morwy białej ma właściwości antynowotworowe. Badania kliniczne dowiodły, że wyciąg ten przeciwdziała rozwojowi czerniaka oraz białaczki. Ponadto stanowi bardzo dobry środek na schorzenia układu oddechowego jak astma, bronchit czy kaszel. Korzenie morwy są pomocne jako środek wspomagający pracę układu odpornościowego oraz zwiększający witalność całego organizmu.

Właściwości owoców:

– obniżanie poziomu cukru we krwi i – dzięki flawonoidom – przeciwdziałanie powikłaniom cukrzycy,

– zapobieganie odkładaniu tkanki tłuszczowej poprzez blokowanie wchłaniania cukru,

– obniżanie stężenia złego cholesterolu i trójglicerydów, co zapobiega chorobom układu krążenia i miażdżycy,

– działanie antyoksydacyjne i przeciwnowotworowe,

– ułatwianie wypróżniania i poprawa pracy jelit (dzięki pektynom),

– działanie ściągające na błonę śluzową żołądka (dzięki garbnikom)

Należy dodać, że regularne spożywanie konfitury z morwy chroni komórki przed uszkodzeniem oraz opóźnia ich starzenie się.

Morwy dobrze jest spożywać przy anemii, chorobie wrzodowej żołądka i dwunastnicy, obfitych krwawieniach, otyłości, podrażnieniach skórnych, problemach sercowo-naczyniowych, chorobach układu oddechowego, przeziębieniach i grypie. Morwa jest szczególnie polecana diabetykom, gdyż zawiera rozpuszczalny w wodzie związek o nazwie DNJ (alkaloid 1,5-didezoksy-1,5-imino-D-sorbitol=1-dezoksynojirimycina), który występuje tylko w tej roślinie. Działanie DNJ polega na zahamowaniu rozkładu skrobi na cukry proste (glukozę), co chroni przed hiperglikemią. Inny związek – kwercetyna – wpływa na utrzymanie prawidłowego metabolizmu węglowodanów oraz chroni komórki w organizmie człowieka przed uszkodzeniami wywołanymi przez wolne rodniki, co odgrywa kluczową rolę w profilaktyce wielu chorób, również cukrzycy.

Owoce oraz liście morwy zawierają witaminy z grupy B: B1, B2, B6 i witaminę PP.

 

Właściwości liści morwy:

– działanie antybakteryjne i przeciwwirusowe – związki zawarte w liściach, w tym te z grupy flawonoidów, potrafią poradzić sobie z bakteriami, takimi jak gronkowiec złocisty, salmonella (konkretnie Salmonella paratyphi wywołującą dury rzekome) i Shigella dysenteriae – bakterię odpowiedzialną za rozwolnienie i bóle brzucha. Ponadto alkaloidy występujące w liściach i korze morwy, w tym związek o nazwie DNJ, mogą wykazywać działanie przeciwwirusowe, a pochodne flawonoidów mogą hamować odwrotną transkryptazę wirusa HIV,

– obniżanie poziomu glukozy we krwi, co sprawia, że w Korei, Japonii i Chile napary z liści morwy białej od dawna są wykorzystywane i przygotowywana jest Mon Tea – herbata przeciwdiabetyczna.

– działanie odchudzające, co sprawia, że wzrost konsumpcji herbaty z liści, zwłaszcza w Japonii,

– działanie korzystne w chorobie wrzodowej żołądka i dwunastnicy – napary należy pić przed głównymi posiłkami,

– ochrona komórek wątroby przed uszkodzeniem dzięki wyciągom z liści z morwy. Obniżając aktywność tyrozynazy, morwa biała zapobiega tworzeniu się ciemnych plam na skórze,

– środek przeciwgorączkowy przy przeziębieniach i odkażający przy grypie dzięki właściwościom ściągającym śluzówkę  – tu polecana jest nalewka z liści. Zawarte w niej flawonoidy mogą pokonać bakterie, takie jak np. salmonella czy gronkowiec złocisty,

– hamowanie tworzenia się i osłabianie neurotoksyczności białek b-amyloidu 1-42, które wg wielu naukowców, odgrywają znaczącą rolę w powstawaniu choroby Alzheimera – działa na nie ekstrakt z liści morwy .

Morwa czarna (Morus nigra L.) to drzewo mające do 15 m wysokości rosnące na Zakaukaziu i w Iranie. Morwa ta uprawiana jest też w Europie i w Ameryce Północnej. Jej liście są bardziej owłosione niż liście morwy białej i dlatego stanowią znacznie gorszą karmę dla jedwabników niż gładkie liście morwy białej, ale również są używane w lecznictwie.

Napary z kory drzewa morwowego mają działanie moczopędne.

Owoce czarne są smaczne, słodkokwaśne, zawierają mniej cukrów i więcej kwasów niż białe. Są zdrowe dla diabetyków oraz osób na diecie.

Morwa czarna ma te same właściwości, co biała, a nawet jest od białej nieco zdrowsza i mniej kaloryczna. Można wykorzystywać jej liście, korę i owoce. Soki i syropy z jej owoców są pomocne w stanach zapalnych jamy ustnej i gardła, mają działanie przeciwbakteryjne i zbijają gorączkę. Działają korzystnie na skórę i oczy. Owoce zawierają witaminy z grupy B, C, PP oraz mikro i makroelementy: potas, żelazo, magnez, fosfor i wapń.

Owoce morwy czarnej mają też cenny dla przetwórstwa purpurowy barwnik. Nadają się do wyrobu win, kompotów, dżemów, konfitur i marmolad mieszanych. Świeże lub suszone mają właściwości lekko rozwalniające. Polecane osobom anemicznym ze względu na sporą ilość żelaza. Przystępując do robienia przetworów należy pamiętać, że sok morwy jest silnie barwiący. Dlatego trzeba chronić ubranie i można używać rękawiczek.

 

Według jednych źródeł przeciwwskazania dla spożycia morwy to ciąża i laktacja, ale wg innych źródeł morwa jest właśnie zalecana kobietom karmiącym, gdyż owoce te pobudzają laktację.

Jak z tego widać morwa jest dobra właściwie na wszystko, co już dawno stwierdzili Chińczycy, a medycyna zachodnia stopniowo odkrywa. Kolejne badania dostarczają nowych obiecujących danych o właściwościach morwy chociaż, jak widać ze sprzecznych informacji na temat laktacji, chyba jeszcze nie do końca morwę zbadano.

Mogę tylko dodać, żeby nie przesadzać z ilością spożywanych owoców i nie liczyć na to, że natychmiast na wszystko pomoże. Trzeba ją stosować dłużej i systematycznie (jak inne środki naturalne). Nawet spotkałam się w internecie z zalecanymi dawkami morwy w przeliczeniu na wagę ciała, by ograniczyć wchłanianie węglowodanów i nie wywołać skoków glukozy. Mowa tam jednak o preparatach z morw, a nie o owocach czy liściach, dlatego nie przytaczam tych danych.

 

W Polsce bardzo trudno jest kupić świeże owoce morwy lub zawierające je konfitury, ale można już kupić suszone owoce oraz liście. Można też kupić drzewka morwowe i mieć własne owoce, co bardzo polecam. Ja wyhodowałam swoje morwy z nasionek zasadzonych wiele lat temu, bo wówczas drzewka nie były dostępne w sprzedaży.

 

Przeciwcukrzycowa herbata z morwy białej 

Zalać około 1 g liści morwy białej 100 ml gorącej wody (98°C) i zaparzać przez 3 do 5 minut. Z badań naukowych wynika, że tak przygotowana herbata pozwala zahamować aktywność enzymów, które są odpowiedzialne za rozkładanie cukrów.

Syrop z morwy

Owoce morwy w dowolnej ilości rozgnieść w garnku, Garnek z owocami odstawić na 4-5 dni do chłodnego miejsca, by puściły sok. Po tym czasie ostrożnie przefiltrować powstałą ciecz przez sito, pozbywając się resztek owoców. Sok wlać z powrotem do garnka, dodać cukier (o połowę mniejsza od ilości owoców morwy) i chwilę smażyć na ogniu. Jeszcze ciepły syrop wlać do butelek i szczelnie zakręcić.

 

Źródła:

1) B. Grochowski „O zielarstwie w Chinach. Cz. II”, „Wiadomości Zielarskie” 1988, s. 21,

2) E. Gwóźdź „Morwa czarna owoc – właściwości, witaminy i wartości odżywcze morwy czarnej”, ekologia.pl

3) I. Gumowska „Owoce z lasów i pól”, Wydawnictwo Watra, 1985,

4) A. Kościołek „Morwa biała – charakterystyka, właściwości, odchudzanie”, portal.abczdrowie.pl,

5) M. Majewska „Morwa (biała i czarna) na cukrzycę i nie tylko. Właściwości morwy”, poradnikzdrowie.pl

6) prof. dr hab. Z. Podbielkowski „Słownik roślin użytkowych”, PWRiL, 1985

7) K. Ramusiewicz „Zdrowotne właściwości morwy białej”, portal.abczdrowie.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dżem morwowo-czereśniowy

 

Morwy lubię od zawsze i przypominają mi dzieciństwo. Lato pełne słońca, a pod morwą ja z gromadą innych dzieci. Biegaliśmy codziennie do ogromnego drzewa, pod którym leżało pełno czarnych owoców. Zbieraliśmy je z ziemi i jedliśmy jak cukierki. Pomimo wielkiej słodyczy, owoce te dobrze gasiły pragnienie, miały niepowtarzalny smak, taki prosto z bajki.

Jako osoba dorosła, chciałam kupić drzewko morwowe do mojego ogrodu. Niestety, nie było morw w sprzedaży. Dlatego wsadziłam do ziemi nasionka morw: czarnej i białej. Teraz mam już duże drzewa, a w tym roku nastąpiła klęska urodzaju. Najwięcej jest białych owoców i co tydzień dojrzewają nowe. Będzie dużo suszonych morw, ale zrobiłam też dżem z dodatkiem czereśni, bo uznałam, że same morwy będą zbyt mdłe. O ile czereśnie rozgotowują się trochę, o tyle owoce morw pozostają całe, ale dżemik wychodzi pyszny.

 

Dżem morwowo-czereśniowy

 

800 g morw

500 g czereśni

350 g cukru

sok z 1 cytryny

1 szklanka wody

 

Morwy i wypestkowane połówki czereśni przesypać cukrem i zostawić na 2 godziny, żeby puściły sok. Dodać sok z cytryny, 1 szklankę wody i zagotować. Zmniejszyć ogień, delikatnie zebrać piankę z wierzchu i gotować ok. 45-60 minut, aż dżem trochę zgęstnieje. Wkładać do wyparzonych, gorących słoików, mocno zakręcać i stawiać słoiki do góry dnem. Gdy wystygną, postawić do pionu.

 

 

 

Pyszny domowy hummus

I po Mundialu! To znaczy dla nas. Najprzykrzejsze i najbardziej zaskakujące jest to, jak słabo graliśmy z Senegalem, jeszcze gorzej z Kolumbią. Oczekiwaliśmy walki, a otrzymaliśmy żałosne widowisko, które chcę jak najszybciej zapomnieć.

Najpierw oglądamy ogromny balon z napisem „Zwycięstwo!”, a potem następuje potężne BUM i rozczarowanie. Ktoś żartował, że inne drużyny cieszą się po meczu, a my przed meczem.

No nic, nie ma tego złego, skoro nie trzeba już kibicować to będzie więcej czasu wolnego.

Dzisiaj hummus, arabska pasta z ciecierzycy. Ja bardzo ją lubię, bo jest pyszna, a w dodatku zdrowa i sycąca. W sam raz na upał.

Nie polecam używania ciecierzycy z puszki, bo nie ma tyle smaku, jak zrobiona z normalnych ziarenek, a po drugie unikam puszek.

Ciecierzycę można namoczyć w zimnej w wodzie i moczyć 12 godzin, zmienić wodę i ugotować. Można jednak przygotować ją znacznie szybciej, tak jak fasolę.  Ziarna trzeba wsypać do wrzącej wody i gotować przez kilka minut, a później odstawić do napęcznienia, następnie zmienić wodę i ugotować. Niektórzy dodają do wody sodę, by ciecierzyca była bardziej miękka, ale ja tego nie robię, bo może to szkodzić na wątrobę.

 

Hummus

 

3/4 szklanki suchej ciecierzycy (ok. 140 g)

1 ząbek czosnku

1/4 szklanki pasty tahini (można dodać 3 łyżki, ale ja wolę dodać więcej, by polepszyć smak), np. z tego przepisu:

Tahini

sok z 1/2 cytryny

4 łyżki oliwy + ewentualnie trochę do polania

woda z gotowanej ciecierzycy

sól, pieprz cayenne

do posypania co kto lubi: posiekana natka pietruszki, posiekane listki kolendry, słodka papryka, chilli, wędzona papryka, kmin rzymski, za’atar, mielona kolendra, sumak, ja najbardziej lubię z czarnuszką

 

Ciecierzycę wymoczyć i ugotować (bez soli), odcedzić i ostudzić (wodę zachować). Zmiksować z posiekanym czosnkiem, sokiem z cytryny i oliwą, pastą tahini, solą i pieprzem, dodając stopniowo tyle wody po gotowaniu ciecierzycy, by masa dała się zmiksować i by powstała pasta.

Pasta jest pyszna z chlebkami pita, zrobionymi np. z tego przepisu:

Chlebek pita

albo z naszym pieczywem. Można ją troszkę polać oliwą, można posypać przyprawami. Można też niczym nie polewać ani nie posypywać – też będzie pyszna.

 

 

 

 

 

 

 

 

Tahini

Tradycyjnie po powrocie z podróży, przepis na danie z miejsca, gdzie byłam.

Jednym z typowych dań kuchni arabskiej, często podawanym w Egipcie jest hummus. Aby zrobić prawdziwy domowy hummus, trzeba najpierw zrobić tahini – domową pastę sezamową. Można ją kupić, ale bez trudu i dosyć szybko uzyskamy ją w domu. Przeważnie używa się sezamu łuskanego i taka pasta jest może trochę smaczniejsza i mniej gęsta, ale ja zwykle kupuję ten niełuskany, bo zdrowszy.

 

Tahini

 

1 szklanka sezamu

5 łyżek oliwy

5 łyżek oleju sezamowego

ewentualnie 1 ząbek czosnku, posiekany (nie dodawać, jeśli pasta ma być użyta do dań słodkich)

1/4 łyżeczki soli (można dodać mniej)

ewentualnie 1/2 łyżki soku z cytryny

 

Sezam podprażyć na suchej patelni, a następnie zmiksować w blenderze z oliwą, czosnkiem, solą i sokiem z cytryny. Gdyby pasta była za gęsta, dodać trochę wody.

Można przechowywać w lodówce w słoiku przez ok. 1 miesiąc.

 

 

 

 

Rafy i pustynia

Dzisiaj zapraszam pod wodę. Egipskie rafy w Morzu Czerwonym są niesamowicie piękne i pełne niespodzianek. Tym razem wypatrzyłam dużą ośmiornicę. Miała łeb wielkości głowy człowieka i długie ramiona. Gdy płynęła, była jasna i wyglądała jak kometa. Popłynęłam nad nią i robiłam zdjęcia. Zauważyła to, a ośmiornica w odróżnieniu od ryb potrafi uważnie patrzeć …

Przez jakiś czas była zwinięta w kłębek udając, że jest kamieniem i trudno ją było odróżnić od kawałka rafy. Nadal jej się przyglądałam. Wówczas pociemniała, przestała udawać rafę i zaczęła wyciągać ramiona, szukając może czegoś do jedzenia.

Odpływając była prawie czarna.

Ośmiornica jest niesamowitym stworzeniem. Ma dużą głowę, jest inteligentna i ma trzy serca. Jej macki posiadają receptory smakowe. Badania DNA wykazały, że ośmiornice zwyczajne posiadają wyjątkowo duży genom.

Badając społeczne zachowania ośmiornic, naukowcy stwierdzili, że ciemny kolor ośmiornicy może oznaczać postawę agresywną, a jasny – spokój i uległość. Gdy jasna ośmiornica spotyka ciemniejszą, przeważnie schodzi jej z drogi. Zmiana koloru może więc wynikać z próby kamuflażu albo sygnalizować nastrój zwierzęcia. Nie wiem, czy „moja” ośmiornica chciała się przede mną schować, czy może była już wkurzona urządzoną jej sesją zdjęciową, skoro tak pociemniała.

Dałam spokój ośmiornicy i zaczęłam oglądać oglądać innych mieszkańców morza.

Błazenek dwupręgi – bardzo wdzięczna rybka.

Spod niektórych raf widać było wystające, bardzo długie czarne kolce jeżowców. Trzeba uważać, żeby nie wejść na taki kolec, bo to boli, a w dodatku długo się goi. Podobno pomaga przyłożenie na noc połówki zielonej papai (jeśli jest akurat dostępna). Słyszałam, że po papajowym okładzie, rano można taki kolec wyciągnąć. Szczęśliwie nie musiałam wypróbować na sobie tej metody.

Obok jeżowca śliczna papugoryba.

Następna papugoryba w innym kolorze. Tym razem wyjątkowo duża.

Spłoszyłam jakiś ogon. Może to mała murena szara?

Fistulka wygląda jak patyk z kolcem. Osiąga maksymalnie 2 m długości.

Ta piegowata rybka to chyba graniec zmienny.

Rogatnica kolczasta zielona osiąga długość do 60 cm i ta na zdjęciu na pewno była maksymalnie wyrośnięta. Rogatnica ma zawsze ponurą minę i raczej nie należy wchodzić jej w drogę, zwłaszcza w okresie rozmnażania, gdyż pilnuje swojego terytorium i potrafi ugryźć.

Jedna z rzadko spotykanych przeze mnie ryb – żagiewka piegowata. Prawdziwie złota rybka.

Na koniec zdjęcie z pustyni. Widoczne w perspektywie jeziorko, okolone roślinnością to fatamorgana. Robiąc zdjęcie byłam bardzo ciekawa, czy fatamorgana na nim wyjdzie. Miałam wątpliwości, ale wyszła! Okazało się, że aparat widzi to samo, co oczy.

 

 

 

Tort „Biały Napoleon”

 

Ten tort zrobiłam pierwszy i ostatni raz. Jest warstwowy, bardzo smaczny, ale strasznie pracochłonny. W dodatku zastępuje siłownię, bo wałkując kolejne placki czułam, że tworzą mi się bicepsy, a może nawet tricepsy. Niemniej jednak z powodu uroczystości kwietniowo-majowych trzeba było wypróbować nowy przepis. Tym razem pochodzący od Aleksandry.

Może ktoś będzie miał na tyle dużo czasu i motywacji, by spróbować. Tort trzeba przygotować dzień wcześniej, by ciasto zmiękło.

 

 

 

Tort „Biały Napoleon”

 

składniki masy:

450 g masy krówkowej/kajmaku (najlepiej firmy Gostyń)

2 jajka o temperaturze pokojowej

4 kopiaste łyżki mąki ziemniaczanej

500 g pełnego mleka

500 ml śmietany kremówki 36%

2 łyżki cukru pudru

 

składniki ciasta:

80 g miękkiego masła

2 jajka o temperaturze pokojowej

100 g cukru

300-350 g mleka

pół łyżeczki proszku do pieczenia

800-900 g mąki pszennej

 

Wykonanie masy.

Zmiksować jajka z mąką, aby nie było grudek.

Wlać do masy 1/4 szklanki mleka i wymieszać.

Pozostałe mleko zagrzać. Do ciepłego mleka wlać cienkim strumieniem masę jajeczną. Mieszać bardzo intensywnie, aby z jajek nie zrobiła się jajecznica. Gotować, mieszając, aż do zgęstnienia masy. Odstawić ją do lekkiego przestudzenia.

Do wciąż gorącej masy budyniowej dodać masę krówkową. Wymieszać i odstawić do całkowitego ostudzenia. Budyń można przygotować wieczorem i wstawić na noc do lodówki. Trzeba jednak przykryć miskę folią spożywczą tak, by nie dotykała wierzchu masy, bo inaczej utworzy się kożuch.

Gdy warstwy ciasta będą upieczone i zimne, ubić śmietankę, dodając przy końcu ubijania 2 łyżki cukru pudru.

Wymieszać śmietankę z zimną masą.

 

Wykonanie ciasta.

Utrzeć masło z cukrem na puszystą, kremową masę. Miksując na najniższych obrotach dodawać po jednym jajku, a potem mleko.

Przesiać do miski ok. 150 g mąki wymieszanej z proszkiem do pieczenia. Przesiać resztę mąki i dodawać po trochu, miksując. Gdy ciasto będzie zbyt gęste, by je miksować, przełożyć je na stolnicę i zagnieść z resztą mąki.

Podzielić ciasto na 4 części. Zawinąć je w folię spożywczą i wstawić na godzinę do lodówki.

Wyjąć jedną część ciasta z lodówki i podzielić ją na 4 równe części. Każdy z nich rozwałkować na osobnym kawałku papieru do pieczenia (ja to zrobiłam na blacie, a następnie przełożyłam na papier). Rozwałkować ciasto na placek o średnicy ok. 23 cm. Nakłuć placek w kilku miejscach widelcem.

Rozgrzać piekarnik do temp. 180º C. Każdy placek piec oddzielnie i na papierze, na którym był rozwałkowany. Na jeszcze gorący położyć talerzyk o średnicy 21 cm i wyciąć regularne kółko, odkrawając brzegi.

Odcięte brzegi pokruszyć na mniejsze części i będą potrzebne do dekoracji tortu.

Przygotować i upiec w ten sam sposób pozostałe 3 kawałki ciasta z lodówki.

Odstawić placki do całkowitego wystudzenia. Trzeba to robić ostrożnie gdyż są kruche.

Rozsmarować masę na warstwach ciasta (leciutko dociskać każdą z warstw), a także na jego bokach i wierzchu.

Boki ciasta udekorować przygotowanymi przedtem okruszkami.

Wstawić ciasto do lodówki na 8-12 godzin, aby placki zmiękły.

 

 

 

 

 

 

 

Lekki sernik truskawkowy

 

 

 

 

 

 

 

 

Już zaczęły się pojawiać nasze polskie truskawki. Nasze są smaczniejsze i mimo wszystko zawierają mniej chemii niż hiszpańskie czy greckie chociażby dlatego, że nie muszą przetrwać dalekiego transportu. Podobno nieuczciwi sprzedawcy zagranicznych truskawek oszukują truskawkożerców domagających się naszych truskawek i twierdzą, że mają właśnie takie. Podobno można rozpoznać te wrogie, zagraniczne owoce po kolorze, bo polskie truskawki są jaśniejsze, a tamte bardziej wpadają w bordo. Nie wiem, czy potrafię właściwie rozpoznać odpowiednie truskawki, ale wiem, że serniczek z wizaz.pl jest bardzo pyszny i radzę go zrobić.

 

Lekki sernik truskawkowy

 

500 g truskawek

2 szklanki jogurtu

3 łyżki cukru (wzięłam 6)

3 łyżki żelatyny

 

Na spód:

150 g herbatników – najlepiej ciasteczka digestive, np. z tego przepisu: http://dorodnepomidory.com/2017/12/09/wiosna-i-ciastka-digestive/

50 g orzechów włoskich lub laskowych

50 g masła

 

Wszystkie składniki na spód (ciastka, masło oraz zmielone orzechy) zmiksować.

Żelatynę rozpuścić w niewielkiej ilości gorącej wody (1/3 szklanki).

Truskawki, jogurt i cukier zmiksować blenderem, dodając stopniowo żelatynę. Wlać na spód i włożyć na noc do lodówki. Rano udekorować owocami.

 

 

 

 

 

Granatowiec właściwy

Granatowiec właściwy (Punica granatum), zwany granatem, jest niewielkim drzewem lub krzewem. W stanie dzikim rośnie na terenach od Półwyspu Bałkańskiego do Indii. Był uprawiany prawdzopodobnie już 5 tysięcy lat temu na terenie Mezopotamii, a także był znany w Egipcie, Fenicji, Izraelu, Grecji, Rzymie czy Armenii. Dla Hebrajczyków kwiat oraz owoc granatu były świętymi symbolami płodności, obfitości i zgody. W starożytnej Grecji znaczenie owocu było podobne (poświęcono go Herze, Persefonie, Demeter i Adonisowi), a kwiat był symbolem miłości. Podczas greckiego wesela rzucano nowożeńcom pod nogi owoce, aby mieli szczęście w małżeństwie. Zwyczaj taki przetrwał w niektórych rejonach Turcji do dziś. Owoc granatu, nazywany jabłkiem, jest też symbolem władzy królewskiej, obok berła. Obecnie uprawia się go w całej strefie subtropikalnej, na mało wymagających i suchych glebach. Na zimę zrzuca liście i wytrzymuje nawet niskie temperatury do – 15º C. Pięknie kwitnie, a kwiaty mają barwę jasnoczerwoną, różową lub białą.

Owoc granatowca jest okrągły i zawiera dużo nasion otoczonych czerwonym miąższem. Granat ma właściwości lecznicze. Sok zawiera cukry, kwasy (cytrynowy, askorbinowy i jabłkowy), taninę, potas, fosfor i trochę witaminy C. Ma właściwości ściągające i może być stosowany w niektórych chorobach żołądka. Wzmaga łaknienie i reguluje procesy trawienia. Ponadto leczy szkorbut i pomocniczo warto go pić przy anginie oraz jeść owoce przy przeziębieniu jako środek przeciwgorączkowy. Sok leczy też astmę i stwardnienie tętnic.

Antyoksydant granatu, Punicalgina, skutecznie obniża stres oksydacyjny, ciśnienie krwi i sprzyja syntezie dobrego cholesterolu.

Nie należy spożywać soku z granatów przy nadkwaśności, chorobie wrzodowej i zapaleniu błony śluzowej żołądka.

W pestkach granatu znajduje się żeński hormon płciowy: estron (jeden z estrogenów).

Odwary z kory mają silne właściwości przeciwpasożytnicze, zawarte w nich alkaloidy paraliżują tasiemce, które po podaniu środka przeczyszczającego usuwane są z przewodu pokarmowego. Podobne działanie ma świeży sok z łupin, słabsze działanie mają odwary z okryw owoców i napary z kwiatów. Te ostatnie leczą biegunki. Świeżych płatków kwiatowych używa się do okładów na miejsca stłuczone i spuchnięte. Suszone kwiaty mogą być żute w stanach zapalnych dziąseł, a także do leczenia biegunek i białych upławów.

Wysuszone i sproszkowane łupiny wymieszane z sokiem leczą oparzenia.

 

Z granatu uzyskuje się sok, wino oraz poncz, nasiona dodawane są do potraw. Z kwiatów można produkować barwniki do tkanin.

Soku z łupin używały kobiety na Wschodzie do barwienia zębów na czarno, natomiast mnisi buddyjscy używali go do pisania zamiast atramentu.

Z pestek granatu można uzyskać olej jadalny. Z wytłoków uzyskuje się paszę dla bydła zawierającą białka i węglowodany.

 

Granatowiec karłowaty można uprawiać w doniczce, ale trzeba go chronić przed szkodnikami, które chętnie na nim żerują (szczególnie mączlik szklarniowy). Roślina musi mieć wystawę południową, dużo słońca. Najlepsze podłoże to ziemia liściowa, darniowa i piasek 1:1:1, niezbyt mokre (roślina jest odporna na suszę – dużo bardziej niebezpieczne jest zalanie niż przesuszenie) i o odczynie niezbyt kwaśnym. Granat powinien być zasilany w okresie od lutego do września co 2 tygodnie, powinien być przynajmniej 1 x w miesiącu zroszony, a ponadto trzeba co pewien czas uszczykiwać wierzchołki pędów w celu lepszego rozkrzewienia. Od września dobrze będzie się czuł przy obniżonej temperaturze (8-10º C), gdyż wchodzi w okres spoczynku i zrzuca liście. Po zapyleniu kwiatów granat daje owoce tyle, że kwaśne.

 

Żródła:

1) Czikow P., Łaptiew J. „Rośliny lecznicze i bogate w witaminy”, PWRL, 1983,

2) Druri M. „Superowoce”, „Przemysł Spożywczy” 2010 nr 5, s. 16

3) Procyk A. „Granatowiec właściwy – cenna roślina lecznicza i użytkowa”, „Wiadomości Zielarskie” 2001 nr 11, s. 18-19,

4) Sarwa A. „Granatowiec właściwy”, „Wiadomości Zielarskie” 1988 nr 8-9, s. 30-31.

 

 

 

Kurczak w sosie z granatów z migdałami

 

Ulubionym daniem MDK od lat były pierogi z mięsem, ale gdy zrobiłam tego kurczaka to stwierdził, że jest lepszy od pierogów. Kurczak z lekko zmodyfikowanego przepisu Leoparda stał się potrawą ulubioną i nieodmiennie witaną z entuzjazmem. Trzeba przyznać, że kurczak w tym wydaniu jest pyszny, a w dodatku nadaje się zarówno na obiad zwyczajny, ale też świąteczny. Warto spróbować.

 

Kurczak w sosie z granatów z migdałami

 

2 podwójne piersi kurczaka

1 duży granat

1 i 1/2 szklanki wody

1/4 szklanki cukru trzcinowego

1 średnia cebula

1 ząbek czosnku

1 łyżka mąki

1/2 szklanki bulionu z kurczaka

1 łyżeczka słodkiej papryki, mielonej

1 łyżeczka kminu rzymskiego, mielonego

1 łyżeczka kolendry, mielonej

1/2 łyżeczki cynamonu, mielonego

garść migdałów sparzonych i obranych ze skórki

oliwa lub olej

sól

 

Granat przekroić i wybrać nasiona. Odłożyć 1/3 szklanki, a pozostałe umieścić z cukrem w rondlu, zalać wodą i gotować nie doprowadzając do wrzenia, aż cukier się rozpuści. Przecedzić do niewielkiego naczynia i odstawić.

Trochę oliwy rozgrzać na patelni i smażyć kawałki piersi, aż się przyrumienią z obu stron. Wyjąć i włożyć do rondla, a na tej samej oliwie udusić cebulę, mieszając. Na końcu dodać drobno posiekany ząbek czosnku i krótko przesmażyć z cebulą. Dodać mąką i przyprawy i podgrzewać mieszając, aż masa lekko zbrązowieje i będzie sucha. Wówczas dodawać stopniowo bulion, stale mieszając, a następnie płyn z granatów. Podgrzewać, mieszając do chwili, gdy sos trochę zgęstnieje. Następnie przełożyć sos do rondla z kurczakiem i dodać odłożone, podgotowane nasiona granatu. Posolić i podgrzewać razem, pod przykryciem ok. 5 minut.

Podawać posypane świeżymi nasionami granatu i migdałami pokrojonymi w słupki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jajeczka przepiórcze panierowane

 

Wielkanoc będzie w tym roku dosyć późno i podobno zimna, niestety. Dlatego trzeba nadrobić atmosferą i ciepłem przy świątecznym stole. Ja dopiero wychodzę z przeziębienia, które trwało 2 tygodnie i było wyjątkowo dokuczliwe. Tęsknię do lata!

A niżej smaczna propozycja na świąteczny stół. Kiedyś widziałam przepis na kurze jajka panierowane, a ja zrobiłam przepiórcze – takie na raz. Można wbić w każde jajeczko wykałaczkę.

Życzę wszystkim pięknych, smacznych i radosnych Świąt!

 

Jajeczka panierowane

 

15 jajeczek przepiórczych ugotowanych na twardo i obranych ze skorupek

3 jajeczka przepiórcze surowe

bułka tarta

sól, pieprz

olej do smażenia

 

3 surowe jajeczka wbić do miseczki i ubijać przez chwilę widelcem wraz z solą i pieprzem. Do drugiej miseczki nasypać tartej bułki. Ugotowane jajeczka zanurzać w surowych, obtoczyć w tartej bułce i smażyć na głębokim tłuszczu do zrumienienia.

 

 

 

Jajcok

Urzekła mnie nazwa jajcok. Nie ajerkoniak, nie adwokat, ale właśnie jajcok (z Winiar). Zawsze lubiłam kogel-mogel z odrobiną spirytusu oraz adwokata, a ponieważ w niedalekiej przyszłości rysowała się Wielkanoc, więc zrobiłam jajcoka. Niedługo robiłam, dłużej musi się „przegryzać”, ale jeśli ktoś zrobi teraz, to na Święta powinien już być prawie gotowy.

 

Jajcok

 

10 żółtek

1 opakowanie cukru waniliowego

1 szklanka wódki

2 szklanki mleka skondensowanego

6 łyżek cukru pudru (można dodać trochę więcej)

 

Do rondelka wlać mleko skondensowane, dodać cukier waniliowy i zagotować. Dolać wódkę i wymieszać. Następnie ostudzić.

Na parze ubijać żółtka z cukrem pudrem, aż powstanie gęsta piana. Wlać mleko z alkoholem, przelać do butelki, zakręcić, odstawić na miesiąc.

 

 

 

Ciasteczka czekoladowe bez mąki

 

Bardzo dobre ciasteczka z bloga Apetycznie-Klasycznie, takie „na ząb” i można trochę sobie pozwolić, bo z migdałami i kakao, ale za to bez tłuszczu.

 

Ciasteczka czekoladowe

200 g tartych migdałów
125 g cukru (kokosowy lub trzcinowy)
30 g kakao
1/2 łyżeczki cynamonu (zrobiłam bez)
2 białka

Wymieszać wszystkie suche składniki, dodać białka i zmiksować w malakserze na jednolitą masę, błyszczącą i trochę lepką.

Piekarnik rozgrzać do 200° C, blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Dłońmi zwilżonymi wodą formować kulki wielkości małych orzechów włoskich, lekko je spłaszczać i układać na papierze do pieczenia.

Piec 10 minut, układać na talerzu i poczekać, aż ostygną (wówczas wierzch stwardnieje).

 

 

 

Wołowina rendang (kuchnia indonezyjska)

To danie nie zachwyciło nas wyglądem, ale smak wynagradza wszystko. Przypraw co niemiara i w tym aromatycznym bukiecie wołowina jest po prostu wspaniała. Chciałam spróbować od kiedy dowiedziałam się z internetu, że jest to najlepsze danie na świecie. Nie wiem, czy najlepsze, ale rzeczywiście pyszne i warto spróbować.

Przepis pochodzi z bloga Filozofia Smaku.

 

Wołowina rendang (4 porcje)

 

650 g wołowiny na gulasz, np. łopatki lub udźca

3 szalotki

1-2 papryczki chili

1 łyżka drobno posiekanego imbiru

1 łyżka drobno posiekanego galangalu

2 duże ząbki czosnku

1 łodyga trawy cytrynowej

3/4 łyżeczki mielonej kurkumy

1 laska cynamonu

5 suszonych owoców kardamonu

3 goździki

1 gwiazdka anyżu

4 liście limonki kafir

1 łyżka pasty z tamaryndowca

400 ml mleka kokosowego

sól

50 g wiórków kokosowych uprażonych na patelni, zmielonych na puder w młynku do kawy

 

Mięso wyjąć z lodówki na 30 minut przed planowanym smażeniem i pokroić w kostkę (na zdjęciach potrawy widziałam kostki większe i mniejsze, moje kostki były z tych mniejszych).

Szalotki, czosnek, chili, imbir oraz wewnętrzną białą część trawy cytrynowej drobno posiekać. Wszystko umieścić w blenderze, dodać galangal i kurkumę i zmiksować na pastę (ja dodałam troszkę wody).

Na patelni rozgrzać olej, smażyć pastę przez ok. 1 minutę, mieszając. Dodać mięso i smażyć przez kilka minut, mieszając, aż włókna się zamkną. Wlać mleko kokosowe i dodać pastę z tamaryndowca. Jeśli mięso nie jest do końca zakryte płynem – trzeba dolać trochę wody.

Wyciąć kawałek gazy, na środku ułożyć owoce kardamonu rozgniecione lekko nożem, cynamon, goździki, liście limonki kafir oraz anyż. Zawiązać brzegi nitką i wrzucić do sosu. Gotować na małym ogniu pod przykryciem przez ok. 1 – 1,5 godziny, aż mięso będzie miękkie. Pod koniec gotowania zdjęć pokrywkę i odparować troszkę sos. Na koniec wyjąć gazę z przyprawami, posolić do smaku, dodać wiórki kokosowe i wymieszać.

Podawać z ryżem lub z pieczywem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zupa ze skorzonery

Nareszcie udało mi się kupić skorzonerę! Nie było łatwo, bo to obecnie jedno z zapomnianych warzyw, które dopiero zaczyna się pojawiać w handlu. Dopóki nie zaczęło, kilka lat temu kupiłam nasiona i planowałam je wsadzić na działce. Nie liczyłam na jakiś szczególny sukces, bo na naszych suchych piaskach mazowieckich warzywa korzeniowe po prostu się nie udają – marchewki, pietruszki czy rzodkiewki były łykowate i ostre w smaku. W dodatku skorzonera wymaga głęboko przekopanej ziemi i na tym poległam. Po prostu nie przekopałam głęboko ziemi i już. Nie wsadziłam nasionek. Aż tu nagle spotkałam skorzonerę w sklepie, zachwyciłam się moim nabytkiem i zaczęłam się zastanawiać, co zrobić z moim skarbem. Na blogu Z Pierwszego Tłoczenia znalazłam przepis na zupę i oto ona: zupa z wężymordu, bo tak inaczej nazywa się skorzonera. Brzmi super, zupa też smaczna. Może i Wam uda się kupić te smaczne korzenie.

Zupa krem ze skorzonery

400 g skorzonery
1 cebula
1 ząbek czosnku
1 marchewka
2 ziemniaki
700 ml wywaru z warzyw
1 łyżka masła
sól, pieprz
szczypta gałki muszkatałowej
50 g creme fraiche (ja użyłam śmietany 12%)
2 łyżki oleju z dyni
2 łyżki nasion dynii
ewentualnie 2 łyżki soku z cytryny

Cebulę posiekać i zeszklić na maśle. Pod koniec dodać posiekany czosnek.

Skorzonerę obrać (najlepiej w rękawiczkach jednorazowych i pod bieżącą wodą, by lepki sok nie poplamił nam rąk). Po obraniu można zanurzyć korzenie w wodzie z sokiem cytrynowym, by nie ściemniały. Ja od razu pokroiłam skorzonerę na kawałki i dodałam do cebuli. Następnie dodać oskrobaną 1 marchewkę pokrojoną w kostkę oraz obrane i pokrojone ziemniaki i podsmażyć. Wszystko zalać gorącym wywarem z warzyw i gotować ok. 20 minut, aż warzywa będą miękkie. Zblendować, wymieszać z olejem z dyni, doprawić do smaku solą, pieprzem, gałką muszkatołową, zabielić śmietaną.

Zupę podawać posypaną podprażonymi pestkami z dyni. Według pani dietetyk  z Mielna od Pani dr Dąbrowskiej, prażenie pestek podnosi ich wartość.

 

 

 

 

 

 

Jedlińskie kusaki

O widowisku „Ścięcie śmierci” na koniec karnawału odbywającym się corocznie w Jedlińsku dowiedziałam się kilka lat temu i bardzo chciałam je zobaczyć, bo to jedyny taki obrzęd w Polsce. Odbywa się on zawsze w ostatni wtorek karnawału, a „kusaki” oznaczają zapusty. Dopiero w tym roku udało nam się tam wybrać.

W Jedlińsku byli obecni fotoreporterzy, dziennikarze, telewizja, historycy i etnografowie oraz turyści z całego kraju. Czytałam, że mogło tam być ok. 3000 osób. Udział w imprezie jest bezpłatny.

Z „Echa Dnia Radomskiego” oraz ze strony www.konik.pl dowiedziałam się, że rodowód tego widowiska sięga XVI w., a odbywa się ono z okazji „prawa miecza” otrzymanego niedługo po lokacji miasta w 1530 roku. Było to prawo do ścinania złoczyńców.

Jedlińsk jest obecnie trochę zaniedbanym małym ośrodkiem – gminą wiejską pod Radomiem, ale w XVI-XVII w. było to miasto, w którym funkcjonowała szkoła ariańska oraz szkoła wyższa. W XVII-XVIII w. miejscowe gimnazjum podlegało Akademii Krakowskiej.

Obrzęd „Ścięcia śmierci” w XIX w. był bardziej rozbudowany niż obecnie. Wówczas na wieść przyniesioną przez kościelnego odźwiernego, że śmierć się upiła, zgubiła kosę na łąkach nad rzeką i śpi pod Spaloną Groblą, wyruszano po nią i przyprowadzano w tryumfalnym pochodzie na rynek miasta. Obecnie odbywa się dalsza część widowiska wg autorstwa księdza Jana Kloczkowskiego (choć też na podstawie trochę zmienionego scenariusza), czyli wkroczenie na rynek uroczystego korowodu postaci zwanych kusakami oraz sąd nad śmiercią. Wśród postaci są diabły, para młodych, krakowianki, wójt Pardoła, niedźwiedź, policjanci, Żydzi, prosty lud, Cyganie, rybacy, grajkowie i wiele innych, a wszystkie, także kobiece, są grane przez mężczyzn.

Widowisko ma formę wierszowaną i jest mocno moralizatorskie. Burmistrz oraz ławnicy sądzą śmierć krzywdzącą ludzi, odbierającą życie ich bliskim. Po wielu oskarżycielskich mowach zapada wyrok skazujący śmierć na karę śmierci.

Niestety przebierańcy stali przed sceną i trochę zasłaniali widok, a fotoreporterzy też mieli pierwszeństwo i trudno było zrobić lepsze zdjęcia.

Pojawia się kat, który najpierw przemawia, a następnie ścina śmierci głowę. Lud świętuje i tańczy. 

Zwłoki śmierci umieszczane są na wozie, do którego zaprzężony jest koń (podobno też na saniach, ale to jest możliwe wtedy, gdy leży śnieg, czyli nie tym razem), a potem są wywożone z rynku na pogrzeb.

Ścięcie śmierci to nie tylko jej ukaranie, ale też symboliczny koniec zimy. Warto zobaczyć to jedyne w swoim rodzaju widowisko.

 

 

 

 

 

Chleb dyniowy AIP

Faceci są naprawdę inni, rzeczywiście jakby z innej planety i przeważnie nas nie rozumieją. Można by dużo o tym opowiadać, np. mój kolega przyszedł do pracy w poniedziałek cały zły, bo był z żoną na zakupach w niedzielę w centrum handlowym i jeszcze mu nie przeszło. Żona chciała kupić watę i proces  jej kupowania tak go rozsierdził: „I rozumiecie, tam była cała ściana waty, a ona przez pół godziny nie mogła wybrać!”. Próbowałam tłumaczyć żonę, że te waty są różne: bawełniane, syntetyczne, mieszane – trzeba wybrać odpowiednią. Patrzył na mnie, wysłuchał, ale nie wyglądał na przekonanego.

A my byliśmy z MDK w ubiegłym tygodniu w Auchan. Zrobiliśmy zakupy i prowadziliśmy wózek z zakupami w kierunku wyjścia. Po drodze jest kwiaciarnia, a w jej wnętrzu zauważyłam prześliczne herbaciane róże. Całe wiaderko. Były tak niesamowite, że aż się zatrzymałam i westchnęłam z zachwytem: „O Boże, jakie piękne róże!”. MDK nawet zareagował, nie powiem. Od razu energicznie skierował się do środka ze słowami: „To ja ci kupię!”. Powiedziałam, że nie albo tylko jedną i czekałam patrząc na sąsiednie wystawy. Stoję, patrzę: idzie, niesie trzy… tulipany.

Gdy to opowiedziałam Eli to się dowiedziałam, jak kiedyś jej mąż pojechał do Londynu. Przed wyjazdem zapytał, co jej przywieźć. Powiedziała, że prosi szalik tylko żeby nie był czerwony. Przywiózł … czerwony, „bo coś mówiłaś o czerwonym”.

Zrobiłam chleb tzw. paleo z bloga Paleosmak, dobry dla osób z chorobami autoimmunologicznymi, np. Hashimoto. Bardzo smaczny. Może zastąpić tradycyjne pieczywo.

 

Chleb z dyni

 

2 szklanki mąki ziemniaczanej albo ararutowej, albo z tapioki

1/2 szklanki oleju kokosowego

1 szklanka purée z dyni ugotowanej lub upieczonej

4 łyżki mąki kokosowej

3 łyżki miodu

1 łyżka octu jabłkowego lub soku z cytryny

1 łyżka cynamonu

1 łyżeczka sody oczyszczonej

1/2 łyżeczki imbiru

1 łyżeczka soli kłodawskiej lub himalajskiej

 

Roztopić olej kokosowy i wyrobić ciasto z wszystkich składników poza sodą i octem. Ciasto powinno mieć konsystencję gęstego kremu.

Dodać sodę, wymieszać, a następnie ocet lub sok z cytryny i ostatni raz dobrze wymieszać.

Ciasto przełożyć do wysmarowanej tłuszczem foremki o wymiarach ok. 10 x 20 cm i piec przez ok. 45 min. w temperaturze 180º C, aż do suchego patyczka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pomarańcze w syropie

Pamiętacie ten film „Poszukiwacze zaginionej Arki”? Indiana Jones z narażeniem życia długo starał się odnaleźć Arkę Przymierza, przeżył mnóstwo niebezpiecznych przygód, ale w końcu Arkę odzyskał. Mnie najbardziej utkwiła w pamięci scena, gdy już przekazał władzom zdobytą Arkę i w drewnianej skrzyni została ona przywieziona do ogromnego magazynu, gdzie stały tysiące takich skrzyń. Nagle to niesamowite znalezisko zginęło wśród ważnych i mniej ważnych przedmiotów umieszczonych w podobnych skrzyniach.

Dzisiaj, gdy wchodzę na portale internetowe, mam takie same odczucie, bo informacje odnośnie wojny w jakimś państwie, gdzie giną ludzie i panuje chaos albo o huraganie, który zniszczył ludziom domy i połamał hektary lasów sąsiadują z wiadomościami, która celebrytka „przerwała milczenie” albo, że „w prezydenta ktoś rzucił pomidorem”. To oczywiście tylko zajawka, bo gdy się wejdzie, okazuje się, że chodzi o prezydenta Hondurasu, a tym pomidorem dostał goszczący tam premier wysp Hula-Gula. Mecz piłkarski, przepis na sałatkę i zwierzenia celebrytki są wymieszane oraz opisywane taką samą czcionką i opatrzone zdjęciem o takim samym formacie, jak informacje o prawdziwych ludzkich tragediach, więc nabierają takiej samej rangi. Przyzwyczailiśmy się do tego, oczekujemy ciągle nowości. Przestaje mnie dziwić, że dla znudzonych, spragnionych ciągle nowych podniet starożytnych Rzymian wkroczenie wrogów stało się atrakcją i wielu witało najeźdźców kwiatami. Dlatego nie przepadam za tak podawanymi informacjami – wolę poczytać gazetę.

Oczywiście wspominam o tym przy okazji, bo pewnie nie tylko mnie to dziwi. Poza tym będzie oczywiście przepis na coś bardzo dobrego i na tyle ładnego, że można to nawet wręczyć w prezencie – pomarańcze w syropie. Można w ten sam sposób przygotować plastry cytryn.  Pyszne i świetne jako dodatek do herbaty do ciasta lub do jakiegoś deseru.

 

Pomarańcze w syropie

 

ok. 500 g niedużych pomarańczy

1 szklanka wody

1 i 1/2 szklanki cukru

 

Pomarańcze umyć szczoteczką i wymoczyć przez kilka godzin w misce z wodą, parę razy zmieniając w trakcie moczenia wodę. Chodzi o to, by pozbyć się wszelkich chemicznych zanieczyszczeń, a i skórka będzie bardziej miękka (ja moczyłam ok. 5 godzin).

Zagotować wodę, wsypać cukier, wymieszać do rozpuszczenia i plastry pomarańczy o grubości ok. 1/2 cm. Zagotować, zestawić z ognia i odstawić do następnego dnia. Następnego dnia pomarańcze jeszcze raz zagotować, a trzeciego dnia plastry w syropie zagotować, gorące ułożyć w wygotowanych słoikach i zalać syropem. Słoiki zamknąć, odwrócić do góry dnem i ostudzić.

 

 

 

 

Pączki hiszpańskie (z ciasta parzonego)

 

Trudno jest kupić naprawdę dobre pączki. Pamiętam Tłuste Czwartki sprzed wielu lat. Przepyszne pączki można było „wystać” w bardzo długiej kolejce na warszawskiej Starówce przy ul. Piwnej. Pamiętam stanie w ogonku na mrozie. Gdy się tak długo stało, to już nie po to, by kupić 3 albo 5 pączków. Z każdym odstanym kwadransem narastało przekonanie,  że tych pączków powinno być więcej. A gdy już się weszło do cieplutkiej cukierni i stało wąchając oszałamiający zapach świeżo usmażonych pączków i skórki pomarańczowej, nabierało się mocnego przekonania, że pączków powinno być przynajmniej 10 – całe pudełko. A takich cudownych pączków jak w tamtej cukierni, nigdy już nigdzie nie udało mi się kupić. Tamte były jeszcze gorące, mięciutkie, oblane równiutko lukrem – można to powtórzyć chyba tylko w domu.

Pączki hiszpańskie pojawiły się na mieście dużo później i z miejsca je polubiłam, od pierwszego kęsa. Zrobiłam je teraz, bo zbliża się Tłusty Czwartek, ale ten przepis z bloga Pieguskowa Kuchnia testowałam już wcześniej i mogę polecić (tylko lukier zmieniłam). Pączki są pyszne, rosną jak na drożdżach i należy jedynie uważać, żeby nie przedawkować.

 

Pączki hiszpańskie

 

250 ml wody

100 g masła

200 g mąki tortowej

4 jajka

szczypta soli cukier waniliowy

olej do smażenia

 

Lukier Neli Rubinstein

 

1 łyżka rumu

1 łyżka wody

1 szklanka cukru pudru

1 łyżeczka soku z cytryny

 

Rum podgrzać z wodą i wlać do naczynia z cukrem. Dodać sok z cytryny i dobrze wymieszać. Masa powinna mieć taką konsystencję, aby można ją było łatwo rozsmarować. Jeżeli by była zbyt gęsta, trzeba dodać odrobinę gorącej wody.

 

W garnku zagotować wodę z masłem. Gdy zacznie wrzeć, wsypać mąkę z solą i energicznie mieszać do chwili, gdy ciasto stanie się jednolite i zacznie odstawać od ścianek garnka. Zestawić i ostudzić. Do chłodnego dodać cukier waniliowy, wbijać po jednym jajku i miksować do czasu, aż ciasto zrobi się jednolite.

Przygotować kwadraty z papieru do pieczenia (można posmarować je olejem). Ciasto przełożyć do szprycy i wyciskać na papier niewielkie kółka.

Na głęboki olej rozgrzany do temp. 180º C kłaść ostrożnie pączki papierem do góry i po chwili wyjmować papier. Pączki smażyć na średnim ogniu, aż się zarumienią (trzeba uważać, by się zbyt szybko nie rumieniły, bo będą za bardzo przyrumienione, a surowe w środku).

Pączki wykładać na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem, a następnie posmarować lukrem (najlepiej za pomocą pędzla).

 

 

 

 

 

Daiquiri

Następny przepis z Kuby. Daiquiri to jeden z ulubionych drinków Hemingwaya. Nie dociekajmy jak się skończyło dla pisarza spożywanie nadmiernej ilości alkoholu. Trochę przesadzał tym bardziej, że używał podwójnej ilości rumu. W karnawale również my możemy sobie czasem pozwolić na egzotycznego drinka. Zwłaszcza, że jest zimno, a rum z cytryną mogą zapobiec przeziębieniu 🙂

Ja piłam tego drinka w cieple, słuchając kubańskich rytmów na żywo, ale od czego mamy internet i płyty – można stworzyć sobie nastrój.

 

Daiquiri

 

30 ml białego rumu

20 ml soku z cytryny lub limonki

10 ml syropu sporządzonego z cukru i wody

kilka kostek lodu

 

Wszystkie składniki wymieszać w shakerze (w braku shakera równie dobrze można użyć słoika z zakrętką), a następnie nalać do kieliszka koktajlowego.

 

 

 

 

 

 

 

 

Kuba – rzut oka na Hawanę i okolice

Zachwyciłam się Habana Vieja (Starą Hawaną). Nawet nie podejrzewałam, że jest taka piękna, a przecież została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Wiele budynków popadło w ruinę, ale wspaniała zabudowa kolonialna jest pieczołowicie odnawiana. Środki na renowację zapewnia fundusz, do którego trafia 1-2% obrotów hoteli i restauracji dzielnicy oraz niektórych usług, np. dorożek.

Na zdjęciu powyżej Gran Teatro de la Habana.

Pochodząca z czasów amerykańskich wybudowana w 1929 r. kopia amerykańskiego Kapitolu – Capitolio Nacional obecnie jest remontowana.

Wszechobecne na Kubie pranie wywieszone na zewnątrz może nie upiększa otoczenia, ale w wilgotnym klimacie jest raczej koniecznością. Nasza drobna przepierka wisiała w pokoju 2 dni i ciągle była mokra. Pomogło dopiero wywieszenie ciuchów na słońce.

La Bodeguita – jedna z ulubionych knajpek Ernesto Hemingwaya, gdzie pijał Mojito i Daiquiri.

Katedra w Hawanie, gdzie znajduje się m. in. figura Jana Pawła II

Katolicyzm jest religią dominującą na Kubie, chociaż po rewolucji dobra kościelne zostały znacjonalizowane i 80% księży opuściło wyspę. Dopiero w latach 90. partia złagodziła swój stosunek do Kościoła, a po wizycie Jana Pawła II w 1998 r. przywrócono obchody świąt Bożego Narodzenia, pojawiły się choinki i Mikołaje.

Pomimo chrystianizacji, której byli poddawani afrykańscy niewolnicy przez Hiszpanów, zachowali oni jednak również swoje rytuały i czcili swoje bóstwa kultu Lucumí utożsamiając je ze świętymi katolickimi. Z tego połączenia kultów powstała santeria. Jej wyznawcy (yabos) ubierają się na biało i czczą np. Matkę Boską jako boginię Oszun. Wróżą z muszelek. Wróżba ta nazywa się kauri. Ja kupiłam sobie podwójną laleczkę Chango albo Szango utożsamianą ze św. Barbarą.

  

Yabos uważają, że należy unikać wychodzenia na dwór wcześnie rano przed świtem, bo wówczas na ulicach przebywa zły duch Echus. Dobre duchy są przyciągane poprzez kąpiel w perfumach, kwiatach mariposy (narodowy kubański kwiat) i w cascarilli – maleńkich bezach robionych ze sproszkowanych skorupek jajek.

Najwspanialszy cmentarz, jaki widziałam – Cristobal Colón, gdzie w przepięknych marmurowych grobowcach spoczywają poeci, rewolucjoniści i inni zasłużeni Kubańczycy.  Z powodu braku miejsca, rodziny tych mniej zasłużonych po dwóch latach od pogrzebu są wzywane do zabrania szczątków swoich bliskich, by zrobić miejsce dla innych.

Grób Polaka Karola Roloffa-Miałowskiego, zmarłego w 1907 r. generała armii kubańskiej walczącego o wyzwolenie Kuby spod panowania hiszpańskiego. Po wojnie do końca swojego życia był ministrem skarbu na Kubie.

Castillo de la Real Fuerza – XVI-wieczna twierdza otoczona fosą, a bliżej cocotaxi – śmieszny pojazd mieszczący kierowcę i 2 pasażerów. Cenę za przejazd ustala się z kierowcą przed kursem. MDK, który uwielbia się targować, bardzo chciał, żebyśmy pojechali cocotaxi. Młoda dziewczyna za kierownicą podała cenę 10 peso. MDK natychmiast przystąpił do targów i powiedział, że nie da więcej niż 5 peso. Pomimo dalszych rozmów dziewczyna nie zgodziła się. Kiedy odchodziliśmy, jeszcze z daleka MDK z kierowcą pokazywali sobie na palcach, ile ten kurs powinien kosztować. W końcu dziewczyna przystała na 7 peso i poprosiła pasażera, który już zdążył wsiąść do jej cocotaxi, by się przesiadł do następnej. Kiedy już nas dowiozła do celu i wysiedliśmy, MDK dał jej 8 peso. Przez chwilę patrzyła zaskoczona, a potem głośno się roześmiała. Nam też było wesoło.

Dom Ernesta Hemingwaya ok. 12 km od Hawany. Dom jest pełen pamiątek po pisarzu, a leży na dość dużym terenie, gdzie Hemingway sprowadzał drzewa z całego świata.

Na terenie posiadłości można obejrzeć jacht pisarza, jego basen, a także nagrobki ulubionych psów.

O Kubie można napisać bardzo dużo i wskazać mnóstwo ciekawych miejsc, które warto obejrzeć. Żeby opowieść o wyspie nie była za długa, wycięłam sporo zdjęć dotyczących różnych miejsc, trzciny cukrowej czy cygar. Do bardzo wielu miejsc nie dotarłam, bo byliśmy tam zbyt krótko, niestety.

 

 

Kuba – kraj bez McDonalda

Kuba powitała nas chłodno. Nad oceanem wisiały chmury tak ciemne jak nad Bałtykiem, wiał zimny wiatr i nie było tak, jak powinno. „Kuba, wyspa jak wulkan gorąca” przypomniałam sobie szczękając zębami pod cienkim prześcieradełkiem stwierdzając, że te Karaiby to przereklamowane. Dobrze, że była jeszcze narzuta i ciepłe koce. I rum. Pewien Polak z Kanady pocieszył nas, że i tak mamy szczęście, bo trzy dni przed naszym przyjazdem temperatura spadła z 33º C do 18 i lało. Na szczęście deszcz nie padał w czasie naszego pobytu i z dnia na dzień robiło się coraz cieplej. Zaczęło świecić słońce i ociepliło się na tyle, że można było się kąpać i plażować, ale upałów nie doświadczyliśmy.

Właściwie to jechałam na Kubę bez entuzjazmu. MDK chciał tam jechać, a ja miałam opory. Pamiętałam Polskę w czasach, gdy w półkach był tylko ocet i groszek zielony, a o Kubie myślałam jak o Rumunii pod koniec lat 80. tylko cieplejszej. Wyobrażałam sobie smutnych, szarych ludzi stojących w kolejkach po wszystko.

Pomyliłam się. Ludzie byli bardzo sympatyczni, życzliwi, uśmiechnięci, rozśpiewani i roztańczeni. Gdziekolwiek nie pojedziecie, usłyszycie śpiewaków ulicznych wykonujących pieśń Guantanamera, czyli opowieść o dzielnej wiejskiej dziewczynie z Guantanamo. Na weselach podpici goście potrafią o tym śpiewać dodając coś nowego nawet 2 godziny!

W Hawanie całkiem sporo dobrze ubranych młodych ludzi. A kolejek nie było z tej prostej przyczyny, że nadal obowiązuje na Kubie system kartkowy. Każdy Kubańczyk posiada libretę – książeczkę na przydział następujących artykułów: jajka, pieczywo, kurczak, wieprzowina, sól, ziemniaki, ryż, mydło, fasola oraz papier toaletowy. Co pewien czas odżywa na wyspie dyskusja o zniesieniu kartek, ale wiele, zwłaszcza starszych osób, protestuje. Trudno się nawet dziwić. System kartkowy obowiązuje od kilkudziesięciu lat, artykuły na kartki są znacznie tańsze niż te w sklepach bez kartek (takich jak kiedyś u nas sklepy komercyjne), co przy tutejszych pensjach  wynoszących w przeliczeniu 8,70-26,00 USD (przeliczyłam na dolary, bo myśmy w Polsce zarabiali kiedyś po ok. 20 USD, ale tam amerykańskie wrogie dolary nie są nigdzie przyjmowane, walutą jest peso), a zwłaszcza groszowych emeryturach jest dla ludzi jedyną szansą zaopatrzenia. Inna rzecz, że kartki nie dają gwarancji kupienia swojego przydziału, bo dostawy są bardzo skąpe.

Niebieskie meduzy na plaży wyglądają jak torebki z jakimś napojem z ozdobnym zamknięciem.

Pierwszy raz w życiu byłam w hotelu, gdzie w każdych drzwiach był wizjerek.

Pamiątki to głównie Che Guevara: na pocztówkach, okładkach książek, kalendarzach, koszulkach, ale też na ścianach domów. Fidela Castro było niewiele: trochę na pocztówkach i nielicznych książkach, jakaś gazetka ścienna w którymś muzeum poświęcona el comendante, zero pomników. Dowiedzieliśmy się, że Fidel Castro nie życzył sobie pomników. Ciekawostką jest, że nie potrafił tańczyć salsy, co niektórzy mieli mu za złe, bo przecież każdy Kubańczyk powinien mieć salsę we krwi!

W wielu miejscach można zobaczyć różne hasła rewolucyjne: na ścianach domów albo tu przy drodze wielką pięść wymierzoną w USA. Zdjęcie robiłam przejazdem przez szybę – że też akurat tutaj postawili ten słup!

Miasteczko Matanzas – widać ślady dawnej świetności, niszczejące piękne domy, chociaż niektóre odnowione. To duża rzecz w kraju, gdzie zdobycie materiałów budowlanych i farb jest takie trudne.

Pełno tu rowerów, dorożek i bicitaxi (skrzyżowanie roweru z dorożką), bo z paliwem krucho.

Wystawa sklepu. Te papierowe łańcuchy, złocenia i paczka z zieloną kokardą to dekoracja świąteczna przed Bożym Narodzeniem.

Jaka wystawa, takie i wnętrze sklepu.

Warto wybrać się na wycieczkę do Trinidadu – starego pięknego hiszpańskiego miasta wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Polecam też odwiedzenie Cienfuegos.

Dla tych, którzy chcieliby się dowiedzieć więcej o Kubie bardzo polecam książkę „To właśnie Kuba”. Autorka, Lea Aschkenas jest Amerykanką, która mieszkała na Kubie, wyszła za mąż za Kubańczyka i napisała sporo ciekawych rzeczy o Kubańczykach i o życiu na wyspie. W Kubańczykach jest mieszanka melancholii i optymizmu. Wielu z nich pomagają krewni mieszkający w USA, natomiast ciężko jest tym, którzy muszą sobie radzić sami. Kubańczycy zarabiają bardzo mało, więc szukają nielegalnych źródeł dochodów – negocios, np. oferują turystom cygara (przeważnie podrabiane) lub proponują turystom jakieś usługi.

 

 

 

Mojito i szczęśliwego Nowego Roku 2018!

Prawie już przeszłam ten męczący stan zagubienia w czasie po powrocie z Kuby, kiedy trzeba się przestawić o 6 godzin i nie wie się, kiedy spać, kiedy jeść i co ze sobą począć w nowym czasie. Niebawem opowiem o Kubie, ale na razie chcę złożyć wszystkim najserdeczniejsze życzenia z okazji Nowego Roku i przedstawić bardzo popularny w tym kraju long drink mojito (czyt. mohito). Ciekawe, że drinki z kubańskim rumem piją tam z radością osoby zwykle pijące mało lub wcale i ja też próbowałam z wielkim zadowoleniem różnych drinków, chociaż zwykle piję alkohol w ilościach niewielkich albo wcale. Przed wyjazdem na Kubę byłam zaskoczona, że znajome osoby, których bym nigdy nie podejrzewała o picie czegokolwiek były zachwycone drinkami na Kubie, ale już nie jestem zaskoczona tylko mile wspominam. Dlatego jeśli ktoś się wybiera na Kubę to mogę tylko powiedzieć – jedźcie i pijcie!

Wspominając tamtejsze drinki, o których będę jeszcze pisała, na ten Nowy Rok 2018 z przyjemnością podaję przepis na mohito. Może nie będzie smakował u nas tak jak na Kubie, ale i tak warto spróbować. Dodam jeszcze, że do drinków używany jest biały rum, natomiast rum o barwie herbacianej używany jest po prostu do picia.

 

Mojito

 

kilka gałązek świeżej mięty

20 ml soku z cytryny lub z limonki

10 ml syropu z cukru

40 ml białego rumu

garść pokruszonego lodu

troszkę wody gazowanej

 

Ten drink przygotowuje się od razu w szklance. Trzeba wrzucić gałązki mięty i trochę je utłuc, np. tłuczkiem od moździerza. Dodać sok cytrynowy i syrop z cukru, wsypać pokruszony lód, dolać rum i wymieszać, a następnie dolać trochę wody gazowanej.

 

 

 

 

 

 

 

Kwiatowe bułeczki

Kwiatów w naturze coraz mniej, więc trzeba sobie radzić w inny sposób. Dlatego zrobiłam kwiatowe bułeczki. A jak ja się biorę za zrobienie kwiatków, to zawsze wychodzą mi róże.

Kwiatowe bułeczki

15 g świeżych drożdży

mleko

280 g mąki

1 łyżka cukru

1 jajko

1/4 łyżeczki soli

3 łyżki masła

Drożdże rozrobić w misce w 1/4 szklanki ciepłego mleka i zostawić na 15 minut, aż drożdże zaczną pracować. Wówczas wsypać cukier oraz sól i wymieszać.

Do miski z drożdżami dodać 280 g mąki, 1 jajko, 3 łyżki roztopionego masła i wyrobić, dodając tyle mleka, by ciasto było miękkie. Miskę przykryć ściereczką i pozostawić ciasto do wyrośnięcia na 30 minut.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 4 części.

Brać po kolei po kawałku ciasta i rozwałkować każdy na grubość ok. 2 mm.

Wycinać kółka foremką (moja ma 8,5 cm), kłaść 4 jedno na drugie i zwijać w rulonik.

Każdy rulonik przeciąć na pół.

Każdą połówkę postawić i trochę rozwinąć płatki róży.

Włożyć róże do foremki do muffinek wysmarowanej masłem i pozostawić na 10-15 minut do wyrośnięcia. Roztrzepać widelcem w miseczce jajko z mlekiem, a następnie posmarować każdą różę pędzelkiem.

Piec w piekarniku rozgrzanym do temp. 220º C ok. 7-10 minut.

Wpis z 22.10.2017 r.

Sernik złota rosa

W tym tygodniu było pięknie – słonecznie i cieplutko. Teraz już trochę wieje, a jak ktoś dowcipny zauważył, najgorszy jest wiatr, bo jak jest wiatr to nawet gdy jest ciepło to jest zimno.

U mnie kolejny sernik. Miało być inne ciasto, ale gdy zobaczyłam ten sernik to już wiedziałam, że muszę go zrobić. Znalazłam go na blogu Wszystko Smaczne. Nie zawiódł naszych oczekiwań – jest tak dobry jak wygląda, a do tego bardzo ładny z tymi złotymi kroplami. W dodatku jego przygotowanie jest dosyć proste. Po wyjęciu z piekarnika nie było na serniku złotej rosy, co mnie zmartwiło, ale kropelki „rosy” pojawiły się po wystudzeniu ciasta.

Sernik złota rosa

Ciasto:

125 g masła

1/2 szklanki cukru

2 szklanki mąki pszennej

2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

2 jajka

2 łyżeczki domowego cukru waniliowego lub cukru wanilinowego

Masa serowa:

1 kg sera mielonego z wiaderka

2 łyżeczki domowego cukru waniliowego lub cukru wanilinowego

1/2 szklanki cukru

2 jajka

4 żółtka

1/2 litra mleka

2 budynie waniliowe bez cukru

1/2 szklanki oleju

Pianka:

4 białka

1/2 szklanki cukru

Przygotowanie ciasta:

Mąkę połączyć z proszkiem do pieczenia i przesiać do miski.

Dodać cukier, cukier waniliowy, jajka, pokrojone w kosteczkę masło i zagnieść ciasto (ja włożyłam je na 1/2 godziny do lodówki).

Blaszkę  24 x 36 cm wylepić przygotowanym ciastem.

Masa serowa:

Ser mielony z wiaderka przełożyć do miski, dodać cukier, cukier waniliowy, 2 jajka, 4 żółtka i olej, dokładnie zmiksować.

Budynie waniliowe rozmieszać w 1/2 litra mleka, a następnie dodać do masy serowej.

Ponownie zmiksować – masa będzie bardzo rzadka, ale taka ma być.

Masę serową wylać na wyłożony spód ciasta i włożyć blaszkę do piekarnika nagrzanego do temp. 180º C. Piec 45 minut.

Białka ubić na sztywną pianę, a następnie ubijać stopniowo dodając cukier.

Po upływie 45 minut wyjąć ciasto z piekarnika i wyłożyć na nim ubitą na sztywno pianę.

Blaszkę ponownie wstawić do piekarnika, zmniejszyć temperaturę do 160 stopni i piec kolejne 15-20 minut do lekkiego zarumienienia pianki.

Nie podpiekać zbyt mocno, bo na wierzchu sernika nie pojawi się złota rosa.

Po upieczeniu sernik pozostawić w lekko uchylonym piekarniku przez ok. 20 minut, a następnie wyjąć ciasto i pozostawić do całkowitego wystudzenia.

Przechowywać w lodówce.

 Wpis z 19.10.2017 r.

Zupa z pieczonej papryki z bryndzą

Jak tak patrzę na nowe części miast to architektura się uwsteczniła. Te proste blokowiska albo beton + szkło nijak się mają do starych, pięknych kamieniczek. A ponieważ lubię oglądać stare miasta i kamienice, więc z przyjemnością jeżdżę do Kalisza, Wrocławia czy Krakowa, żeby sobie pochodzić po ich starych częściach i nacieszyć panującą tam atmosferą.

Przepis na tę zupę dostałam kiedyś właśnie w Krakowie na Kazimierzu. W hotelu „Eden” dwie siostry karmiły nas po prostu fantastycznie. Zatrzymaliśmy się tam przypadkiem, bo akurat były wolne miejsca, ale okazało się to kulinarnym zrządzeniem losu.

Zupa jest wspaniała i aromatyczna. Warto ją zrobić dopóki jeszcze trwa sezon paprykowo-pomidorowy.

Zupa z pieczonej papryki z bryndzą

1,5 kg papryki

1 główka czosnku, obrana

3 łodygi selera naciowego

4 pomidory

50 g masła

2 l bulionu warzywnego

sól, pieprz, cukier

drobno posiekane zioła: lubczyk, natka pietruszki i troszkę bazylii

oliwa

na „bryndzę”:

ok. 1/2 kostki sera śmietankowego tłustego

1 średni oscypek

1/2 pora

1 ząbek czosnku

śmietana

pieprz

Pomidory sparzyć, obrać ze skórki i pokroić na ćwiartki.

Papryki umyć, przeciąć na pół, oczyścić z pestek.

Warzywa ułożyć w żaroodpornym naczyniu, skropić oliwą, włożyć do piekarnika i piec w temp. 175º C, aż się zarumienią.

W rondelku rozpuścić 50 g masła, wrzucić pieczone warzywa i lekko je przysmażyć, by jeszcze intensywniej wydobyć smak, zalać 2 l wywaru warzywnego i gotować ok. 10 minut. Przyprawić solą, pieprzem i cukrem. Zmiksować blenderem, zabielić śmietanką, dodać zioła (lubczyk, natkę i troszkę bazylii).

Przygotowanie „bryndzy”

ser, oscypek, por i czosnek zmiksować w blenderze. Dodać troszkę śmietany i pieprz (soli nie dodawać, bo oscypek jest słony).

Do zupy na talerzu dołożyć „łezkę” z dużej łyżki kuchennej.

Wpis z 12.10.2017 r.

Lasagne grzybowe

Mój stosunek do świata jest wprost proporcjonalny do stopnia wyspania. Dzisiaj był po prostu wspaniały. Wyspałam się, słońce pięknie świeciło, chciało się żyć!

Z wczorajszego grzybobrania część grzybków ususzyłam, a z części zrobiłam lasagne. Danie jest pyszne. Kiedyś widziałam podobne gdzieś w internecie, potem je przetwarzałam i teraz robię takie:

Lasagne z grzybami

Składniki na 4 lasagne:

12 płatów makaronu na lasagne

400 g podgrzybków (mogą być mieszane z koźlakami czy zajączkami)

400 g pieczarek

70 g cebuli

olej

1/2 szklanki sosu pomidorowego

2 łyżki posiekanej zielonej pietruszki

sól, pieprz

Sos beszamelowy:

1/2 l mleka

4 łyżki mąki

szczypta pieprzu białego

3 szczypty gałki muszkatołowej

sól

Na wierzch:

150 g sera żółtego (pół na pół parmezanu i ementalera lub królewskiego)

trochę listków bazylii

Grzyby umyć, pokroić na plasterki i podsmażyć z cebulą pokrojoną w kostkę na gorącym oleju. Dodać sos pomidorowy, pietruszkę, sól, pieprz i wymieszać. Zestawić z ognia.

Przygotować sos. Odlać do kubeczka 1/2 szklanki mleka, dodać 4 łyżki mąki i wymieszać. Pozostałe mleko zagotować w stalowym rondelku, dodać mleko z mąką i gotować mieszając kilka minut, aż zgęstnieje do konsystencji gęstej śmietany. Wówczas dodać sól, pieprz biały i gałkę muszkatołową.

Płaty makaronu ugotować w dużej ilości posolonej wody z 1 łyżką oleju.

Naczynie żaroodporne albo po prostu długą keksówkę (mnie wchodzą do niej rzędem dwie lasagne) wysmarować olejem i wykładać kolejno:

– makaron,

– sos beszamelowy,

– grzyby,

– makaron,

– sos beszamelowy,

– grzyby,

– makaron,

– sos beszamelowy,

– obydwa sery starte na drobnej tarce.

Piec 30 minut w temperaturze 200º C. Po upieczeniu posypać świeżą bazylią.

Wpis z 01.10.2017 r.

Sernik na zimno z owocami

Ostatnio w nielicznych chwilach wolnych zbieram grzyby, ale bardzo polecam pyszny serniczek, znaleziony na stronie http://zcukrempudrem.blogspot.com

Warto spróbować dopóki można kupić świeże owoce.

Sernik na zimno z owocami

600  g mielonego sera na sernik lub twarożku, np. Piątnicy lub Turka

400 ml śmietany kremówki 30%

6 kopiastych łyżek cukru pudru

2 łyżki cukru z wanilią

1 łyżeczka soku z cytryny

2 i 1/2 kopiastych łyżek żelatyny + 1/3 szklanki gorącej wody

dodatkowo:

ok. 100 g okrągłych biszkoptów

700 g dowolnych owoców

2 opakowania dowolnej galaretki

Serek wyjąć z lodówki na ok. godzinę przed rozpoczęciem przygotowania sernika, by uzyskał temperaturę pokojową.

Żelatynę rozpuścić w wodzie i schłodzić do temperatury pokojowej (ma być płynna).

Do dużej miski wlać śmietankę, dodać twaróg i zmiksować na jednolitą masę – niezbyt długo, tylko do połączenia składników. Wsypać oba cukry, dodać sok z cytryny, krótko utrzeć (najlepiej łyżką).

Tortownicę o średnicy 24 cm wyłożyć biszkoptami (można też ułożyć owoce na bokach sernika).

Do schłodzonej żelatyny dodać 1 łyżeczkę masy serowej, wymieszać, a następnie wlać jednym ruchem do całości miksując na najwyższych obrotach.

Masę rozprowadzić delikatnie na biszkoptach i wyrównać powierzchnię, schłodzić w lodówce.

Obie galaretki rozpuścić w ok. 800 ml gorącej wody, schłodzić.

Na stężałej masie twarogowej ułożyć owoce, a następnie zalać je tężejącymi galaretkami.

Schłodzić porządnie w lodówce.

Wpis z 24.09.2017 r.

Koniec lata i lasagne

18.09.2017

DOROPOM 159.JPG

 

Zastanawiałam się jak tu pożegnać to ponure lato, jak przywołać chociaż wspomnienie słońca. Teraz cieszy mnie nawet błękitna dziurka w szarych chmurach. Wymyśliłam lasagne. W tym daniu jest nie tylko włoskie słońce, ale też kalorie, których nagle zapragnęłam.

Śmieszy mnie wszechobecna popkultura, która powoduje, że robiąc lasagne myślę nie tylko o słonecznym włoskim południu, ale też o uwielbiającym to danie kocie Garfieldzie. Nie żebym była fanką tego kota – po prostu obejrzałam kilka filmów o nim i zapamiętałam, że lasagne to dla niego największy przysmak.

Przepis dostałam kiedyś od koleżanki i robiłam lasagne wiele razy. Kiedyś bardziej podgotowywałam makaron i robiłam to danie z mniejszą ilością sosu pomidorowego. Teraz kładę suche płaty makaronu, zalewam wszystko sosem pomidorowym i dolewam trochę wody – wszystko przejdzie aromatem nadzionka. Podgotowuję tylko płaty makaronu na wierzch.

 

Lasagne

 

płaty makaronu na lasagne

oliwa

250 g podsmażonych pieczarek (po grecku) lub surowych (po włosku)

100 g sera żółtego: mozarella + gouda lub ementaler

sos pomidorowy

 

Przygotować sos bolognese:

500 g mielonej wołowiny

5 pomidorów + 1/2 słoiczka sosu pomidorowego

oregano, tymianek, bazylia, sól, pieprz, cukier, 1 ząbek czosnku

ok. 100 g cebuli

rosół

kawałek korzenia selera (ok. 50 g)

ewentualnie trochę startej marchwi (nie dodawałam)

Na patelni rozgrzać trochę oliwy i przez 10-20 minut smażyć wołowinę. Następnie dodać seler (ewent. marchew) starty na tarce „w łezkę”, podsmażać kilka minut i dołożyć posiekaną cebulę. Dodać obrane i pokrojone w kostkę pomidory. Zalać wszystko rosołem (lub wodą) i dusić na małym ogniu co najmniej przez 2 godziny pod przykryciem. Na koniec odkryć, wsypać przyprawy, zioła i przeciśnięty przez praskę czosnek, wymieszać i dusić jeszcze przez 5 minut.

 

Przygotować sos beszamelowy:

2 łyżki masła

2 łyżki mąki

1 szklanka mleka

sól, szczypta pieprzu białego, 2 szczypty gałki muszkatołowej

Masło roztopić w rondelku (najlepiej stalowym) na małym ogniu, dodać mąkę i całość podgrzewać ok. 2 minuty. Dodać mleko i mieszać aż do zgęstnienia. Gdy zgęstnieje, dodać przyprawy i wymieszać.

 

W naczyniu wysmarowanym oliwą (ja to robię w jednym naczyniu, gdzie mieszczą się 2 lasagne i w podłużnej keksówce, gdzie mieszczą się 3) – układać warstwami:

– makaron

– sos beszamelowy

– sos bolongnese

– pieczarki

– starte i wymieszane sery

– makaron itd.

Ostatnią warstwę posypać żółtym serem. Można posypać parmezanem. Zalać sosem pomidorowym.

Piec 30 minut w temperaturze 200º C.

 

 

 

PB100009.JPG

 

 

 

Wzmacniający miód pokrzywowy

Gdy pisałam niedawno o pokrzywie, natknęłam się w „Wiadomościach Zielarskich” na przepis na miód pokrzywowy. Miód ten ma niezwykłe właściwości. Opisywane są przypadki powstrzymania u kilku chorych rozwoju gruczolaka prostaty, a także rozwój raka sutka w I stopniu klinicznym już po tygodniu stosowania miodu pokrzywowego. Ponadto obniża on i wyrównuje ciśnienie tętnicze. Stwierdziłam więc, że warto nawet profilaktycznie pojeść tego miodu na wzmocnienie odporności organizmu. Pogoda jest kapryśna, ja niedawno byłam mocno przeziębiona, dlatego miód zrobiłam.

Miód pokrzywowy można zrobić ze świeżych, zmiksowanych lub przepuszczonych przez maszynkę liści pokrzyw i orzecha włoskiego, ale uznałam, że prościej będzie z suszonych według receptury doc. dr hab. Aleksandra Ożarowskiego. Należy sproszkować w młynku równe ilości liści pokrzywy i liści orzecha włoskiego. Do 500 g ogrzanego płynnego miodu dodać 3-4 łyżki sproszkowanych ziół i wymieszać. Jeść po 1 łyżeczce 2-3 razy dziennie po jedzeniu.

O innych właściwościach pokrzywy pisałam tu:

http://dorodnepomidory.bloog.pl/id,361245908,title,Pokrzywa-roslina-towarzyska-i-wszechstronna,index.html

Wpis z 12.09.2017 r.