Archiwum autora: Iwona

Pierogi szwedzkie

To są pieczone pierogi i naprawdę pochodzą ze Szwecji. Pisała o nich Astrid Lindgren w „Dzieciach z Bullerbyn”. Jadł je Bosse, żeby dostać obwarzanka, ale są tak sycące, że jak zjadł kilka pierogów – upragniony obwarzanek już mu się nie zmieścił. Książkę czytałam wieki temu, ale tamtą historię z pierożkami nadal pamiętam. Dlatego chętnie pierożki zrobiłam, gdy znalazłam przepis na Mirabelkowym blogu. Najpierw zrobiłam z połowy składników podanych w przepisie, a następne razy robiłam już z całości.

Pierogi są bardzo smaczne oraz praktyczne w sensie spożycia gdziekolwiek. Można je zabrać do pracy lub do szkoły, ale też, jak w dzieci z Bullerbyn, na wycieczkę.

Pierogi szwedzkie (16 sztuk)

Ciasto:

500 g mąki
30 g świeżych drożdży
1 szklanka ciepłego mleka
1 żółtko
80 g roztopionego masła
1 łyżeczka cukru
szczypta soli

Farsz:
1 kg pieczarek,
2 cebule,
2-3 łyżki oleju,
sól, pieprz, ostra papryka w proszku,
białko (do posmarowania pierogów)
czarnuszka  (lub czarny sezam) do posypania

Przygotowanie ciasta

Drożdże rozkruszyć w garnuszku, dodać 1 łyżeczkę cukru, kilka łyżek ciepłego mleka i łyżkę mąki. Odstawić w ciepłe miejsce na ok. 15 minut, aż zaczyn zacznie rosnąć.
Do miski przesiać resztę mąki, dodać zaczyn, żółtko, ciepłe mleko i szczyptę soli. Wymieszać i zagnieść, następnie stopniowo wlewać roztopiony tłuszcz i wyrabiać, aż ciasto będzie jednolite i zacznie odchodzić od ręki. Miskę przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na 30-40 minut.

Przygotowanie farszu

Cebulę posiekać, zeszklić na rozgrzanym oleju, dodać posiekane pieczarki i smażyć, aż odparują. Doprawić solą, pieprzem i ostrą papryką – farsz powinien być pikantny. Zostawić do lekkiego przestygnięcia.

Ciasto przełożyć na blat lub stolnicę, podzielić na pół. Każdą z porcji cienko rozwałkować i pokroić na prostokąty ok. 8 x 20 cm lub trochę większe. Nakładać farsz i zrolować, dokładnie zaklejając krawędź i boki.
Układać na płaskiej blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Każdego pieroga posmarować białkiem i posypać czarnuszką lub sezamem.
Piec w temp. 180° C aż będą rumiane (ja piekłam 20 minut, a wg przepisu 30 minut).

Wpis z 23.04.2017 r.

P1010011.JPG

Mazurek serowy z jogurtów greckich z ksylitolem

Właściwie ten mazurek powstał dzięki Agacie, która co roku jeździła po mazurki do jakiejś specjalnej cukierni, a ja starałam się dojść, jak je zrobić. Oczywiście ten mazurek można zrobić z serem i cukrem, ale ja miałam akurat odcieknięty twarożek z jogurtów greckich.

Mazurek serowy

Ciasto:

300 g mąki

150 g masła

2 żółtka

80 g ksylitolu

Do mąki dodać zimne masło i posiekać je drobno, dodać żółtka utarte z cukrem, szybko wyrobić, zrobić kulę i włożyć ją na 1/2 godziny do lodówki. Następnie rozwałkować (lub wylepić ręką) ciasto na wielkość dużej blachy (25 cm x 35 cm), pozostawiając część ciasta na wałeczki dookoła i w środku (wychodzą 2 mazurki).

Piec w piekarniku rozgrzanym do temp. 180º C ok. 5 minut.

Twaróg:

2 duże kubeczki jogurtów greckich (660 g) – uzyskałam 420 g twarożku, następnym razem z jogurtów innego producenta uzyskałam jedynie 337 g, więc dołożyłam inny twaróg, aby uzyskać 420 g

250 g ksylitolu

1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

4 białka ubite na sztywno

Na garnku położyć sitko, wyłożyć je ściereczką lub kilka razy złożoną gazą i włożyć tam jogurty. Ściereczkę zawinąć i całość włożyć do lodówki na 48 godzin, by jogurty odciekły.

Uzyskany twarożek zmiksować z ksylitolem, ekstraktem z wanilii i delikatnie wmieszać łyżką pianę z białek.

Masę serową wyłożyć na podpieczone ciasto i piec w piekarniku rozgrzanym do temp. 180º C ok. 30 minut.

Pomada:

60 g masła

75 g ksylitolu

35 g mleka w proszku

1 łyżka wody

Masło rozpuścić w rondelku, dodać ksylitol, wodę i mleko w proszku. Całość mieszać, aż wszystkie składniki się połączą, a pomada będzie gęsta i gładka. Na upieczonego mazurka wyłożyć jeszcze ciepłą pomadę i równomiernie rozprowadzić na całej powierzchni. Odstawić na chwilę do ostygnięcia i udekorować.

Wpis z 09.04.2017 r.

P1010001-001.JPG

Przedświątecznie

Weekend był prześliczny i wręcz letni. Miałam wrażenie, że całe miasto wyruszyło na słońce. Marzy mi się taka pogoda na Wielkanoc. Myślę już, co by tu zrobić dobrego do jedzenia.

Nie wiem, czy Tatarzy w ogóle widzieli taki sos, ale często i chętnie jest podawany na świąteczny stół obok chrzanu, musztardy i majonezu. Świetnie pasuje do jajek, wędlin czy ryb. Dlatego pomyślałam sobie, że trzeba przetestować różne przepisy na sos tatarski. Smakował mi sos z bloga http://poproszedokladke.pl i dzisiaj właśnie ten sos.

Sos tatarski

10 bardzo małych ogóreczków konserwowych lub 5 trochę większych

10 małych grzybków konserwowych

2 łyżki posiekanego drobnego szczypiorku

2 łyżki posiekanego koperku

4 łyżki gęstego jogurtu naturalnego

2 łyżki majonezu

1 łyżeczka ostrej musztardy, np. Dijon

1/2 łyżeczki cukru

spora szczypta pieprzu

ewentualnie odrobina soli

Ogórki i grzybki dosyć drobno posiekać, ale nie na papkę.

Jogurt wymieszać z majonezem i musztardą. Dodać cukier i pieprz, a następnie posiekany szczypiorek i koperek oraz ogórki i grzybki. Całość wymieszać i w razie potrzeby dodać troszkę soli.

Przed podaniem schłodzić w lodówce.

Wpis z 03.04.2017 r.

P1010011-003.JPG

Wiosna, zmiana czasu i pasta do chleba

Przyszła długo oczekiwana wiosna i z mety zabrała nam godzinę snu. Strasznie nie lubię przestawiania czasu. Nie lubię nawet wtedy, gdy nam dają dodatkową godzinę, bo mam dobrze nastawiony zegarek wewnętrzny i wszystko mi się rozjeżdża – spanie, jedzenie, praca. Przez dobry tydzień nie mogę się pozbierać. Kiedyś jesienią dziennikarz pytał ludzi na ulicy „Co pan/pani robi z dodatkową godziną”. Jeden pan powiedział tak: „Jestem zegarmistrzem, więc przychodzę do zakładu, przestawiam wszystkie zegarki. Potem biorę stołeczek, przestawiam po kolei zegary wiszące i tak mi mija godzina”. Teraz ten pan musi wszystkie zegary przestawić i nikt mu nawet nie da na to dodatkowego czasu. Z zazdrością myślę o tym, że są takie kraje na świecie, gdzie się nie przestawia czasu. W Polsce długie lata też nie przestawiano, a zaczęto dopiero chyba pod koniec lat 70.

Nic nie poradzę na czas, więc zajęłam się czym innym. Poza spacerem i innymi sprawami, zrobiłam pastę do chleba. Bardzo mi niedawno smakowała, więc powtórzyłam. Pierwszy raz zrobiłam, bo miałam ugotowaną resztę ryżu, a teraz zrobiłam od początku.

Pasta z czerwonego ryżu, czerwonej soczewicy i pieczarek

50 g czerwonego ryżu

50 g czerwonej soczewicy

130 g pieczarek

1 niewielka cebula

sól, pieprz

olej

Ryż i soczewicę ugotować w oddzielnych garnkach, wodę odlać. Pieczarki umyć i poddusić z cebulą na niewielkiej ilości oleju. Wszystko ostudzić, dodać przyprawy i zmiksować w blenderze na gładką pastę, dodając troszkę wody, żeby dało się miksować.

Wyszły mi dwa słoiczki pasty, więc jeden zamroziłam.

Wpis z 26.03.2017 r.

Domowa pasta do zębów

Fluor jest pierwiastkiem silnie toksycznym, ale przyjmuje się, że w niewielkich ilościach niezbędnym dla naszych zębów i kości. Dlatego od lat dodawany jest do wody oraz do past do zębów, płynów do płukania ust, jest obecny w nitkach dentystycznych i preparatach stomatologicznych.

Trzeba powiedzieć, że fluor występuje naturalnie w organizmie oraz jest obecny w naszej diecie: głównie w rybach i innych stworzeniach morskich, ale też w herbacie, produktach zbożowych, warzywach liściastych, ziemniakach, serach podpuszczkowych i orzechach. W związku z uprzemysłowieniem jest go coraz więcej w naszym powietrzu i glebie. Wielu naukowców zwróciło już uwagę na to, iż obecnie nie ma podstaw do obaw, że fluoru jest zbyt mało, natomiast istnieją obawy, że może być go zbyt dużo. Nadmiar fluoru jest bardzo szkodliwy i może powodować uszkodzenia zębów i kości, alergie, zaburzenia koncentracji i trudności z zapamiętywaniem, depresję,  zaburzenia pracy trzustki, nerek oraz tarczycy, może też uszkadzać narządy rozrodcze i powodować bezpłodność albo też uszkadzać płód, może też prowadzić do powstania nowotworów. Blokuje wchłanianie magnezu przez organizm. W skrajnych przypadkach może wystąpić fluoroza zębów i kości. Początkowo objawia się to pojawianiem się białych plamek na zębach, następnie szkliwo ciemnieje i pęka. Kości stają się bardziej kruche.

Czytałam, że Belgia wystąpiła do Komisji Europejskiej, aby zabronić stosowania dodatków fluorowych w całej Unii Europejskiej, ale na razie bez powodzenia.

Pasty do zębów zawierają nie tylko fluor, ale także inne chemiczne dodatki, chociaż można już kupić pasty nie zawierające fluoru. Zrobiłam przegląd różnych środków służących do mycia zębów oraz higieny jamy ustnej:

– olej kokosowy nierafinowany – ma działanie antybakteryjne, przeciwpróchnicze i wybiela zęby. Aktorka Gwyneth Paltrow mówi, że po przebudzeniu nie myje zębów tylko płucze usta olejem kokosowym.  Ssanie oleju jest bardzo zdrowe, ale to osobny temat. Do ssania nadają się też inne oleje, natomiast ze względu na swoje właściwości oraz konsystencję olej kokosowy do zrobienia pasty do zębów nadaje się najlepiej,

– soda oczyszczona – ma działanie antybakteryjne, wybiela zęby usuwając kamień i osad; czytałam, że niektórzy stosują ją wraz z wodą utlenioną, ale nie próbowałam,

– ksylitol – ma działanie antybakteryjne, zapobiega próchnicy i poprawia smak pasty,

– mięta – napar do płukania lub olejek miętowy – ma działanie antybakteryjne, jest dobra do odświeżenia oddechu, stosowana w stanach zapalnych błony śluzowej jamy ustnej i stanach zapalnych dziąseł,

– goździki – olejek, proszek lub napar – uśmierzają ból zęba,

– kakao zawiera substancje zapobiegające próchnicy zębów,

– rozmaryn – odświeża oddech i działa antyseptycznie, miętowo-rozmarynowy napar jest dobry do płukania ust,

– korzeń truskawki wysuszony i sproszkowany – wybiela zęby,

– cynamon – ma właściwości antybakteryjne, przeciwgrzybicze i poprawia smak pasty, ale nie każdemu służy i nie każdy go lubi,

– szałwia lekarska – napar do picia i płukania przy ropniach zębów, stanach zapalnych jamy ustnej, krwawieniu i owrzodzeniu dziąseł, zaniku dziąseł,

– skrzyp – napar dobry do płukania przy zapaleniu błony śluzowej ust, zapaleniu pryszczykowym jamy ustnej, próchnicy, krwawieniu z dziąseł, stanie zapalnym dziąseł. Ja dodaję zawsze trochę suszonego skrzypu gdy mielę skorupki, a potem jem proszek ok. ¼ łyżeczki dziennie. Gdy w grudniu byłam na przeglądzie u dentystki, znowu nie miałam ani jednej dziury w zębach. Przekonałam się też, że i kości mam mocniejsze. Oczywiście nie należy jeść zbyt dużo słodyczy. O skorupkach pisałam kiedyś tu:

Szanujmy skorupki

Domowa pasta do zębów

 

½ szklanki oleju kokosowego nierafinowanego

4 łyżki sody oczyszczonej

1 łyżka ksylitolu

Olej kokosowy podgrzać na tyle, by można było wymieszać go z pozostałymi składnikami. Gdyby nam się podgrzało za bardzo i olej stał się zbyt płynny, należy go zdjąć z ognia i pozwolić mu trochę zastygnąć, bo w płynnym oleju dodatki opadną na dno. Do podstawowej pasty można dodać:

20 kropel olejku miętowego lub

5 łyżek sproszkowanego korzenia truskawki lub

2 łyżki kakao lub

którykolwiek inny z ww. dodatków w proszku lub olejku.

Pastę umieścić w płaskich, szerokich słoiczkach. Aktualnie używany ustawić w łazience, a pozostałe przechowywać w lodówce. Nakładać na szczotkę szpatułką.

Wpis z 19.03.2017 r.

PB100019.JPG

„Bądź twórcą swojego zdrowia”

Książka Bożeny Żak-Cyran „Bądź twórcą swojego zdrowia” wydana przez Wydawnictwo GALAKTYKA okazała się niezwykle interesująca i bardzo dziękuję Wydawnictwu za tę pozycję.

Autorka jest dietetyczką i dietoterapeutką z wieloletnim doświadczeniem, autorką ośmiu książek poświęconych odżywianiu. Przeczytanie ostatniej książki, zawierającej wiele cennych spostrzeżeń i wskazówek praktycznych, zachęciło mnie do zapoznania się także z poprzednimi pozycjami.

Bożena Żak-Cyran podchodzi do uzdrawiania w sposób, który cenię: widzi całego człowieka – nie tylko jego talerz, ale też psychikę i emocje, które mają ogromny udział w powrocie do zdrowia lub nie dopuszczeniu do choroby. Już Hipokrates pisał, iż „Nie istnieje taka choroba ciała, która byłaby oddzielona od duszy”, a medycy-kapłani uważali, że żal, rozpacz i złe myśli mają duży destrukcyjny wpływ na ciało, a zatem niezbędne dla zdrowia są spokój, ufność i optymizm. Współczesne badania potwierdzają to w całej rozciągłości, a autorka książki obszernie omawia. Podobno człowiek ma w 90% ciągle te same myśli! Z książki można się dowiedzieć jak to zmienić i co zrobić, by nasza psychika wpływała pozytywnie na nasze zdrowie.

Istotną informacją dla czytelników jest ta, że komórki organizmu podlegają ciągłej odnowie. Z książki można się dowiedzieć, jakie można podjąć działania, by nasze nowe komórki były zdrowe.

Obszernie omówiona jest kwestia przewodu pokarmowego jako niezwykle ważnej części organizmu. Warto się dowiedzieć jak działa, jak o niego dbać, jak go oczyszczać i odkwaszać. Co robić, by właściwe funkcjonowała wątroba i w jaki sposób pozbyć się groźnych dla zdrowia złogów. Z książki można dowiedzieć się krok po kroku, jak przeprowadzić oczyszczanie wątroby i pęcherzyka żółciowego. Ja zamierzam oczyścić w tym roku swoją wątrobę zgodnie ze wskazówkami z książki, gdyż „kamienie żółciowe w wątrobie są jedną z głównych przyczyn zapadalności na różne choroby”, w tym autoimmunologiczne.

Autorka pisze też w książce jak usprawnić mózg, jaka jest tajemnica długowieczności, jaką dietę stosować i w jaki sposób spożywać posiłki, by dobrze nam służyły. Jakie pokarmy i napoje są dla człowieka najbardziej wskazane. W dalszej części proponuje wiele różnych technik medytacji i wizualizacji mających na celu pobudzenie energii i mocy, zmniejszenie zmęczenia, uspokojenie, poprawienie stanu psychiki i fizjologicznych funkcji organizmu.

Część książki zawiera przepisy na wiele zdrowych dań i deserów. Na kolorowej wkładce zamieszczone są zdjęcia niektórych potraw.

Na koniec zacytuję jedno zdanie z książki, które uważam za istotny przekaz tej pozycji: „Niezależnie od tego, jaka jest nasza sytuacja zdrowotna, nigdy nie jest za późno, by dokonać zmian”.

Uważam, że każdy, komu zależy na własnym zdrowiu, powinien przeczytać tę książkę.

Wpis z 11.03.2017 r.

S6300749-001.JPG

Sałatka ze szpinakiem, czarną soczewicą i serem halloumi

Karnawał się skończył i zima prawie też. Dzień był dzisiaj przepiękny, prawdziwie wiosenny i od razu ma się ochotę na coś lekkiego. Poza tym trzeba zrzucić to, czego jest za dużo. Ten przepis świetnie się nada na cieplejsze dni. Znalazłam go na blogu Moja Mała Kuchnia i sałatkę zrobiłam już dwa razy. Raz ze słonecznikiem, a następnym razem z orzeszkami piniowymi i ten drugi wariant jeszcze bardziej mi się spodobał. Sałatka naprawdę warta polecenia.

Sałatka ze szpinakiem, czarną soczewicą i serem halloumi

1 opakowanie świeżego szpinaku

1/3 szklanki czarnej soczewicy

pomidorki koktajlowe – ile kto lubi

1 kostka sera halloumi

1/3 szklanki prażonego słonecznika lub dowolnych orzechów

oliwa i oliwa z dodatkiem chili

Liście szpinaku (ja trochę posiekałam, bo były większe) włożyć na dno miski. Polać go odrobiną oliwy z dodatkiem chili. Na szpinak wrzucić ugotowaną i osączoną czarną soczewicę (trochę zostawić na później). Następnie pokroić pomidorki koktajlowe na połówki lub ćwiartki i dodać do sałatki. Ser halloumi pokroić na plastry (ja pokroiłam w kostkę) i też dodać. Całość posypać prażonym słonecznikiem i resztką soczewicy i polać oliwą.

Według przepisu można jeszcze dodać dynię piżmową, paprykę marynowaną i buraka.

Wpis z 04.03.2017 r.

Zupa cebulowa

Nabrałam ochoty na dobrą, treściwą zupę. Przejrzałam różne przepisy i zdecydowałam się na zupę cebulową. Ta zupa jest dla mnie o tyle kłopotliwa, że nie bardzo lubię zapiekane w niej grzanki. Teraz podjęłam kolejną próbę zapieczenia grzanek w środku, ale zarzucę już te próby i będę jednak podawać grzanki oddzielnie, bo te zapiekane w zupie zawsze trochę nasiąkną, a takie mnie nie zachwycają. Grzanka to grzanka – powinna być chrupiąca.

Tym razem skorzystałam w największym stopniu z przepisu Pascala. Sama zupa posypana żółtym serem i zapieczona bardzo mi smakuje.

Zupa cebulowa

1 l wywaru z warzyw

10 cebul

trochę oliwy lub oleju rzepakowego

20 g masła

1 łyżka mąki

80 g sera gruyere, startego na tarce o grubych oczkach

1 liść laurowy

grzanki z kilku kromek bułki

Oliwę rozgrzać w garnku, dodać masło, wrzucić cebulę pokrojoną w kostkę. Dusić, aż cebula trochę się przyrumieni. Dodać mąkę i smażyć kilka minut, mieszając. Dodać wywar, zagotować, wrzucić liść laurowy i gotować 15 minut. Następnie wlać zupę do żaroodpornych miseczek, włożyć do każdej grzankę, posypać startym serem i piec w temp. 220º C, aż ser się roztopi i troszkę przyrumieni.

Wpis z 26.02.2017 r.

P1010006-002.JPG

Mrowisko (kuchnia litewska)

Chodziło za mną od kiedy je zobaczyłam. Potem o nim zapomniałam, ale znowu pojawiło się w moim polu widzenia, bo zaczęli je sprzedawać w cukierni koło mojej pracy i widuję je teraz każdego dnia. Mrowisko. Tak nazywa się kopiec ułożony z faworków, polany pysznym syropem, posypany makiem i rodzynkami.

Postanowiłam sama zrobić mrowisko i dzisiaj nadszedł ten dzień, kiedy stałam się posiadaczką aż trzech mrowisk. Przepis znalazłam na blogu Wyroby Domowe.

Mrowisko

Syrop:

1/2 kostki margaryny (ja użyłam 125 g masła)

3/4 szklanki cukru (użyłam ksylitolu)

1 łyżka gęstej śmietany

3 łyżki miodu

1 cukier waniliowy

Wszystkie składniki wrzucić do garnka (miód i śmietanę na końcu) i doprowadzić do wrzenia mieszając. Po zagotowaniu odstawić do wystudzenia.

Ciasto:

3-4 szklanki mąki

1/2 paczki małego proszku do pieczenia

10 żółtek i 1 jajko

1 łyżka cukru pudru

1 łyżka śmietany

1 łyżka masła

3 łyżki spirytusu

Do smażenia:

smalec lub olej

Wszystkie składniki dokładnie wyrobić. Ciasto powinno być gładkie i elastyczne. Długo wyrabiać ręką, a potem wytłuc wałkiem.

Blat posmarować olejem. Z ciasta odrywać niewielkie kule, rozwałkować po kolei bardzo cienko i kroić radełkiem na niewielkie nieregularne kawałki. Resztę ciasta przykrywać, by się nie zsychało.

Pomp 009.JPG

Dodatki:

mak

rodzynki (najlepiej wcześniej namoczone w alkoholu)

wiórki kokosowe (nie używałam)

Kawałki ciasta smażyć na średnio gorącym tłuszczu i wykładać na ręczniki papierowe.

Po usmażeniu wszystkich kawałków układać je warstwami. Każdą warstwę polać syropem (syrop lekko przed tym podgrzałam i wymieszałam, a każdy kawałek ciasta smarowałam leciutko pędzlem), posypać dodatkami.

Wpis z 19.02.2017 r.

Sernik nowojorski

Walentynek można nie obchodzić (chociaż przyjemniej jest jednak obchodzić), ale co szkodzi zjeść coś pysznego? Ten sernik jest nadzwyczajny i to z kilku powodów. Po pierwsze jest przepyszny, po drugie jest przepyszny, a po trzecie nie opada. Robiłam go ostatnio kilka razy na powtarzaną co pewien czas prośbę, żeby upiec TEN sernik i nie opadł ani razu. Powinno się go piec w kąpieli wodnej, ale pomimo uszczelniania kolejnych tortownic, kąpiel wodna uciekała szybciej lub wolniej. Nie miało to jednak żadnego wpływu na sernik i następnym razem chyba z niej zrezygnuję.

Jedyny problem z tym sernikiem jest taki, że po upieczeniu trzeba go zostawić w lodówce na co najmniej 12 godzin.

Przepis znalazłam na blogu Moje Wypieki.

Sernik nowojorski

Składniki na spód:

70 g masła, roztopionego

140 g ciastek digestive, pokruszonych

Ciastka rozdrobnić wałkiem na piasek, wymieszać z roztopionym masłem. Tortownicę o średnicy 23 cm wysmarować na bokach masłem. Masę ciasteczkową wcisnąć na dno, wyrównać i schłodzić pół godziny w lodówce.

Składniki na masę serową:

900 g serków kremowych, klasycznie philadelphia

250 g cukru (używam ksylitolu)

3 łyżki mąki pszennej

1 i 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

skórka otarta z 1 cytryny

1 i 1/2 łyżeczki soku z cytryny

3 duże jajka

1 żółtko

200 ml kwaśnej, gęstej śmietany 18%

Wszystkie składniki umieścić w misie miksera i zmiksować do gładkości. Nie trzeba miksować długo, tylko do połączenia składników.

Wylać masę na schłodzony spód.

Zagotować wodę w czajniku. Owinąć formę z sernikiem podwójnie folią aluminiową. Formę umieścić w większej formie lub naczyniu żaroodpornym, do którego nalać wody do połowy wysokości formy z sernikiem.

Piekarnik nagrzać do 180º C. Wstawić formę z sernikiem i piec przez 10 minut, następnie obniżyć temperaturę do 110º C i piec dodatkowe 30 minut (lub dłużej, dopóki cała powierzchnia sernika nie będzie ścięta – sprawdzać dotykając delikatnie patyczkiem powierzchnię sernika na środku – ja piekłam ponad godzinę).

Wyłączyć piekarnik, sernik pozostawić w nim do przestudzenia na 1 godzinę, lekko uchylając drzwiczki. Wyjąć z piekarnika, ostudzić w formie. Posmarować polewą z kwaśnej śmietany, równo na całej powierzchni. Schłodzić w lodówce przez minimum 12 godzin.

Polewa z kwaśnej śmietany:

220 ml kwaśnej śmietany 18%

1 łyżka cukru

2 łyżeczki soku z cytryny

Wszystkie składniki wymieszać do gładkości

Wpis z 12.02.2017 r.

Pyszne leniwe pierogi mojej Mamy (bez bicia piany)

05.02.2017

Te pierogi (dlaczego pierogi właściwie?) leniwe jadłam tylko u Mamy. Robi się je bardzo szybko, więc obiad jest może być gotowy w ciągu 15 minut. Trzeba tylko nabyć biały ser, z którego nie leje się woda, bo wtedy należałoby dodać sporo mąki, a chodzi o to, by mąki było jak najmniej. Jeśli mąki będzie za dużo – pierogi będą twarde, a przecież mają być mięciutkie i pyszne.

Takie leniwe lubię też za to, że nie trzeba ubijać piany, co skraca i upraszcza przygotowanie dania.

 

Leniwe pierogi

 

160 g zwartego sera białego

30 g mąki + trochę do podsypania

1 jajko

Nalać wody do większego garnka i postawić na gazie, by się zagotowała.

Jajko wbić do głębokiego talerza i ubijać widelcem, aż na całej powierzchni pokażą się bąbelki. Wtedy dodać twaróg, rozgnieść widelcem i wymieszać z ubitym jajkiem. Na końcu dodać mąkę i ręką wyrobić ciasto (niedługo – do połączenia składników).

Blat oprószyć mąką. Z ciasta utoczyć wałki grubości palca, a następnie pokroić je skośnie na kluski. Gdy woda się zagotuje, osolić ją i nalać troszkę oleju, żeby leniwe się się sklejały. Wrzucać leniwe partiami. Po wrzuceniu zamieszać zawartość garnka, zmniejszyć ogień i gotować jeszcze przez parę sekund. Wyłowić łyżką cedzakową.

Na talerzu polać zrumienioną na maśle bułeczką tartą i posypać cukrem.

 

 

 

Chipsy z jarmużu

Kilka razy przeszukałam mój blog, bo byłam przekonana, że kiedyś już pisałam o chipsach z jarmużu. Alicja zrobiła, poczęstowała mnie i bardzo mi smakowały. Od tego czasu w sezonie jarmużowym często je piekę i przyjemnie chrupię. Znalazłam je na innych blogach, ale na moim nie – dlatego nadrabiam tę niedoróbkę. Jeśli ich nie próbowaliście – bardzo namawiam, bo jarmuż jest pyszny i zdrowy. Kiedyś o tym pisałam.

Liście trzeba umyć i wysuszyć. Jak mam duże liście, to wkładam łodygi do wazonu i liście sobie schną. Jeśli kupię kawałki liści na tacce, to trudno – myję, zostawiam, żeby odciekły, osuszam ściereczką. Następnie szybko nacieram liście olejem rzepakowym – palcami, bo pędzlem będzie zbyt tłusto. Po prostu przy karbowanych liściach inaczej nie uda się rozprowadzić cienkiej warstwy oleju.

Piekarnik rozgrzać do temperatury 130º C, blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Liście podrzeć na mniejsze kawałki, grubsze nerwy wyrzucić.

Kawałki liści rozłożyć na blaszce i piec czujnie, czyli sprawdzać ręką co jakiś czas, czy któryś listek nie jest już sztywny i upieczony.

Gotowe chipsy dobrze jest wrzucić do dużej miski, posypać trochę solą i delikatnie przemieszać w misce. Można też posypać curry.

Wpis z 29.01.2017 r.

S6300749-001.JPG

Deser kasztanowy z bitą śmietaną

Gdy letni bób się skończy, zaczynają się jesienne kasztany jadalne. Bardzo lubię kasztany i jadam je za każdym razem, gdy się nadarzy okazja. Kiedyś były bardzo drogie, więc kupowałam tylko trochę do upieczenia. Czasem wybierałam się jesienią do ogrodu botanicznego, gdzie rośnie duży, stary kasztan i można było trochę tych brązowych dobroci pozbierać.

Teraz można kupić kasztany nawet w Biedronce. Cena mocno spadła, kupuję je częściej i zrobiłam kilka deserów. Nawet ostatnio udało mi się jeszcze kupić kasztany w Auchan. Te styczniowe nie są takie dobre jak jesienne. Przed przygotowaniem trzeba zalać wodą i wyrzucić te podsuszone, które wypłyną na powierzchnię. Nadal najbardziej lubię kasztany pieczone, ale warto spróbować deserów, np. z Francji i Włoch. Przetestowałam kilka przepisów na kasztany. Dzisiejszy pochodzi z książki „Desery z różnych stron świata”, którą napisała Francesca Massa i jest to przepis mistrza Artusiego.

Deser jest trochę czasochłonny, bo ugotowane kasztany trzeba obrać z łupin i przetrzeć (nie trzeba ich przecinać jak do pieczenia – nie wybuchną i zachowają więcej witamin). Łatwiejsze do obierania są kasztany świeżo wyjęte z wody. Dlatego nie odlewam wody, tylko zestawiam garnek z ognia i wyjmuję je pojedynczo.

Deser kasztanowy z bitą śmietaną

500 g dużych, zdrowych kasztanów

130 g cukru pudru

60 g czekolady

3 łyżki likieru cytronowego (ja użyłam nalewki na mandarynkach)

300 g bitej śmietany

Kasztany w łupinach ugotować w wodzie (gotowałam 50 minut), następnie obrać i jeszcze gorące przetrzeć przez sito (najlepiej metalowe). Czekoladę zetrzeć na tarce.

Zagnieść ciasto z kasztanów, cukru pudru, czekolady i likieru.  Wziąć duży okrągły półmisek, na środku umieścić odwrócony spodeczek i przetrzeć masę przez sito, obracając co jakiś czas półmisek, by spadając z sita równomiernie się rozłożyła. Usunąć spodek ze środka i w powstałe zagłębienie nałożyć 300 g bitej śmietany.

Wpis z 24.01.2017 r.

Kurczak Yassa

Nie wiem, czy to trudności pourlopowe, czy ciemności, a może spóźniony blue tuesday? Przy wszystkich porannych problemach decyzyjnych i zwykłej rozlazłości, za sukces uznałam, że się w końcu w coś ubrałam i wyszłam do pracy. Później było już lepiej, ale poranek był naprawdę koszmarny.

Chcę powiedzieć, że nie wróciłam do Was z pustymi rękami. Przywiozłam przepis na kurczaka od pewnej przemiłej Kreolki z Senegalu.

W kuchni senegalskiej wyraźne są wpływy francuskie, portugalskie i włoskie. Jada się tu dużo ryb i owoców morza, omlety, pizze, ryż z różnymi sosami i dużo bagietek. Zup nigdzie nie dostawaliśmy, a na deser były podawane przeważnie owoce, głównie arbuzy, banany, pomarańcze, papaje i ananasy, chociaż zdarzały się desery budyniowe.

„Nasza” Kreolka serwowała w swoim hoteliku ryby (karpia czerwonego, doradę, miętusa, barakudę), kraby faszerowane, krewetki z czosnkiem smażone w oleju palmowym, kurczaka yassa i kurczaka w sosie imbirowo-cebulowym. Najbardziej popularny w Senegalu jest kurczak yassa, theboudien – kurczak z rybą (pisany na różne sposoby) i thiebou yapp – ryż z mięsem. Do wszystkiego dostawaliśmy sos cebulowy i był bardzo smaczny. Oczywiście z dodatkiem kostek rosołowych, bo kostki są w Senegalu i w Afryce Zachodniej bardzo popularne. Mieliśmy też okazję pić café touba – kawę parzoną po turecku z kardamonem, pieprzem gwinejskim i imbirem (to nie jest moja ulubiona kawa).

Do kurczaka yassa z tego przepisu dodaje się zioła prowansalskie. Z tego, co widziałam, niekoniecznie te zioła są dodawane do kurczaka, ale w senegalskich sklepach dostępne są zioła francuskie, a mąż „naszej” Kreolki jest Francuzem, więc i kurczak ma francuski dodatek.

Kurczak yassa bardzo nam smakował w Senegalu, a ten domowy też jest pyszny i na pewno będę go robiła częściej, chociaż użyłam troszkę mniej cebuli, czosnku i papryki. Kurczak jest też pyszny po prostu upieczony w marynacie.

Nie korzystam z kostek rosołowych, więc zamiast tego dodałam pół szklanki esencjonalnego rosołu, ale podaję przepis oryginalny.

Kurczak yassa

1 kurczak

4 cebule

1 główka czosnku

2 papryki

sok z 2 limonek

2-3 łyżki musztardy Dijon

2 suszone ostre papryczki (ja dosypałam trochę ostrej papryki w proszku)

pieprz, sól, zioła prowansalskie

olej

2 kostki rosołowe (ja użyłam 1/2 szklanki rosołu)

Przygotowanie

Dzień wcześniej wymieszać w misce, w której zmieści się kurczak, składniki marynaty: 2-3 łyżki musztardy, sok z limonki, 2-3 łyżki oleju, 3 ząbki czosnku, rozgniecione, suche, pokruszone papryczki, drobno pokrojone cebule, zioła prowansalskie, 2 kostki rosołowe.

Kurczaka umyć, włożyć do miski i posmarować marynatą. Miskę owinąć folią spożywczą i włożyć na noc do lodówki.

Rano wyjąć kurczaka z marynaty i usmażyć na patelni, grillu lub upiec w piekarniku (ja upiekłam w naczyniu żaroodpornym z pokrywą).

W garnku na oleju udusić pokrojoną cebulę, po ok. 30 minutach dodać pokrojoną paprykę. Jak wszystko będzie miękkie, dodać pozostałą marynatę + 2 łyżki musztardy oraz 2-3 ząbki czosnku i sok z limonki. Do tego sosu włożyć podsmażonego kurczaka i dusić 45 minut.

Podawać z ryżem.

Wpis z 17.01.2017 r.

Gwinea Bissau

Gwinea Bissau jest jednym z najbiedniejszych państw Afryki, a także jednym z 10 najbiedniejszych krajów świata. W tej byłej kolonii portugalskiej obowiązuje język urzędowy portugalski, ale tylko 13% ludności potrafi mówić biegle po portugalsku. Przeważnie ludzie rozmawiają w języku kreolskim.

Ludność Gwinei Bissau zajmuje się rolnictwem i rybołówstwem, a najważniejszym produktem eksportowym są orzeszki nerkowca i orzeszki ziemne. Niestety, rząd podpisał bardzo niekorzystne umowy z Rosją i Chinami na połowy ryb, w związku z tym ryb jest coraz mniej dla miejscowych rybaków. Podpisano też niekorzystną umowę na dostawę orzeszków nerkowca z Portugalią i państwo to ma pierwszeństwo na dostawy orzeszków po niezbyt wysokich cenach. Kraj ma lasy mahoniowe, ale dano Chińczykom koncesję na ich wyrąb i można się spodziewać, że wytną oni lasy dla tego cennego drewna.

Nie ma tu emerytur, a zarobki są niskie, np. policjant zarabia ok. 35 USD na miesiąc. Dla ludzi najważniejszy jest system rodzinny i wzajemna pomoc (ważna również w Gambii i Senegalu). Więcej tu szamanów niż lekarzy.

Niewielu turystów dociera do Gwinei Bissau, ale władze stawiają na rozwój turystyki. Hotele należą jednak głównie do cudzoziemców: Francuzów, Portugalczyków i Holendrów.

W Gwinei Bissau działają kartele narkotykowe przemycające narkotyki z Ameryki Południowej. Temu procederowi sprzyja bieda i powszechna korupcja.

Stolicą Gwinei Bissau jest Bissau. Prawie niczego nie wolno tam fotografować, bo to tajemnica, ale Rondo Che Guevary można.

W restauracji przy Rondzie Che Guevary można zjeść pyszne świeże ryby i owoce morza, m. in. kilkunastocentymetrowe krewetki z grilla.

Jadąc przez Gambię, Senegal i Gwineę Bissau, widzieliśmy dużo kopców termitów. Niektóre kopce były naprawdę wysokie. Wysokość kopca odpowiada jego głębokości.

Archipelag Bijagos jest jedną z największych atrakcji Afryki Zachodniej. Składa się z 88 wysp na Oceanie Atlantyckim, z czego 23 jest zamieszkałych. Wyspy są przepiękne, przyroda dzika, zatoczki bajeczne. Na zdjęciu zatoczka na wyspie Rubane.

Widok na zatoczkę od strony wyspy.

Na wyspie odbywały się występy miejscowych tancerzy. Po występach jeden z nich, młody chłopak, podszedł do mnie, przedstawił się oraz wtuloną w niego dziewczynę. Powiedział, że podobają mu się moje kolczyki (mam takie małe sztyfciki z białego złota) i poprosił, żebym dała je jego dziewczynie.

– Ale to jest złoto – odpowiedziałam.

A on mi na to, że nie szkodzi.

Tak mnie zaskoczył, że nie wiedziałam, co powiedzieć. Chyba powinnam wytłumaczyć, ile czasu musiałam pracować, żeby te kolczyki kupić. Jak inaczej mógłby to zrozumieć chłopak z bardzo biednej afrykańskiej wioski?

Na sąsiedniej wyspie Bubaque jest nawet lotnisko. Z 4-osobowego samolociku można obejrzeć wyspy Bijagos z lotu ptaka. Pas startowy to droga gruntowa, gdzie przechodzą ludzie, dzieci i krowy.

Na koniec polski akcent w Bissau. Piłka nożna jest w Gwinei Bissau bardzo popularna, zwłaszcza od kiedy drużyna tego kraju zakwalifikowała się do rozgrywek Pucharu Narodów Afryki.

Wpis z 15.01.2017 r.

Senegal

Senegal był kolonią francuską do 1960 r. i do dziś zachował silne związki gospodarcze i wojskowe z Francją. Stolicą Senegalu jest Dakar i tam stacjonują wojska francuskie. W sklepach można kupić dużo francuskich towarów, a płaci się frankami CFA. Językiem urzędowym jest francuski, więc po anglojęzycznej Gambii trzeba sobie przypominać francuskie słówka.

Na zdjęciu miasteczko Cap Skirring.

Niespodziewany widok – bydełko przyszło, żeby się ochłodzić na pięknej, szerokiej plaży nad Atlantykiem.

Wycieczka na wyspę Ehidje zamieszkałą przez Diolów. Diolowie specjalizują się w rybołóstwie, ale też w produkcji wina palmowego.

Diolowie poczęstowali nas gotowanymi ostrygami w soku z limonek. Pyszne było. W dodatku ostrygi są bogate w wiele mikro i makroelementów. Najwięcej w nich jest potasu. fosforu, wapnia i sodu. Mają też sporo witamin. Pomyśleć tylko: w eleganckim świecie ostrygi są daniem wykwintnym, a tutaj to pokarm biedoty.

Ostrygi są tu wszędzie, bo przyczepiają się do korzeni mangrowców – dziwnych roślin lubiących słoną morską wodę.

Na wyspie Ehidje mieliśmy okazję obejrzeć fetysz, czyli drzewo obdarzone mocą nadprzyrodzoną, pod którym są składane ofiary dla bóstw. Ofiary mają tę moc wyzwolić.

Fetyszyzm jest jedną z pierwotnych form religii. Pojęcie to powstało w Afryce Zachodniej w XVI i XVII w. Fetyszami żeglarze z Portugalii nazywali amulety i talizmany. Później określenie to wprowadzono do religioznawstwa.

Zdjęcie wyszło trochę nieostre jako jedyne ze wszystkich zdjęć, więc pomyślałam sobie, że może bóstwa nie życzyły sobie fotografowania.

Po powrocie z wyspy zwiedziliśmy jeszcze wioskę Djembereng i mieliśmy okazję obejrzeć prawdziwe tam-tamy. To te dwa duże bębny z podłużnym wycięciem na górze. Tam-tam jest to wydrążony pień drzewa ze szczeliną na górze. Uderza się pałkami w jego różne elementy, by uzyskać różne dźwięki i przekazać je na duże odległości – nawet do kilkudziesięciu kilometrów (zasięg zależy od warunków terenowych oraz atmosferycznych).

Odbiorca wiadomości musi mieć własny tam-tam, by wiadomość odebrać. Możliwość odbioru nadawanej wiadomości zależy od rozmiaru i dokładnego wykonania komory rezonansowej bębna odbierającego. Rozmiar komory rezonansowej musi odpowiadać długości fali dźwięku emitowanego przez bęben nadający.

Do komunikacji najlepiej nadają się doliny, zwłaszcza rzeczne.

Niesamowity las kapokowy. Gdy go zobaczyłam, pomyślałam sobie, że gdybym miała kręcić film science fiction to na pewno wśród tych niesamowitych drzew. Drzewa, zwłaszcza w większej liczbie, robią wrażenie, bo są ogromne (dorastają nawet do 70 m wysokości). Także ich pnie są wielkie – mogą osiągać średnicę 3 m.

Później poczytałam sobie o tych roślinach i dowiedziałam się, że po polsku drzewo kapokowe to puchowiec pięciopręcikowy. Występuje w strefie tropikalnej oraz subtropikalnej i jest długowieczny. U niektórych odmian na korze i większych gałęziach znajdują się duże kolce.

Włókno puchowca (lub drzewa jedwabno-bawełnianego), zwane kapokiem jest bardzo lekkie, sprężyste i odporne na wodę. Kiedyś używano go do wypełniania kamizelek ratunkowych. Dzisiaj coraz częściej stosowane są tworzywa sztuczne, jednak nadal używa się go do wypełniania materaców, w tapicerstwie i do ocieplania. Z nasion tłoczy się olej.

W medycynie naturalnej różnych krajów do celów leczniczych używane są kora, liście, korzenie i pędy drzew kapokowych. Dla Majów był drzewem świętym.

Okazało się, że nie ja pierwsza uznałam puchowce za drzewa nieziemskie. Drzewa te były inspiracją dla twórców filmu „Avatar” do tworzenia drzew-domów.

Wpis z 14.01.2017 r.

Gambia – państwo jak rzeka

Gambia jest najmniejszym krajem Afryki kontynentalnej, graniczącym wyłącznie z Senegalem. Państwo jest położone po dwóch stronach rzeki Gambia i samo ma kształt rzeki. Przeciętna szerokość kraju to 40 km (w najszerszym miejscu 48 km). Rzeka Gambia płynie przez Gwineę, Senegal i Gambię, gdzie uchodzi do Atlantyku.

Gambia była w przeszłości ośrodkiem handlu niewolnikami. Kto oglądał film „Korzenie” o Kunta Kinte, chce zobaczyć, gdzie on mieszkał w Gambii. My też chcieliśmy, więc wybraliśmy się na Wyspę Kunta Kinte (przedtem Fort James), skąd płynął z innymi niewolnikami na statku do Stanów Zjednoczonych. Przypłynęliśmy ze stolicy Gambii Bandżul (ang. Banjul). Usłyszałam dwa wyjaśnienia nazwy Banjul. Jedno, że miasto wybudowano na miejscu starej wioski rybackiej, a banjolo, to liny wyrabiane przez ludność. Drugie, że banjul w języku mandinka oznacza wyspę bambusów, bo kiedyś rosły tam bambusy.

Nasza podróż statkiem trwała 3 godziny, a rzeka jest tak szeroka, że nie widać brzegów i mieliśmy wrażenie rejsu po oceanie.

Na wyspie można obejrzeć ruiny XVII-wiecznego fortu, który został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na wyspie osiedlili się jako pierwsi Niemcy bałtyccy oraz Łotysze z Księstwa Kurlandii będącego lennem Rzeczpospolitej. Rzeczpospolita była jednak w XVII w. zbyt zajęta wojnami w swoich granicach, by rozpatrywać propozycję wyłożenia pieniędzy na wyspę. Ale inni byli zainteresowani. Wyspa należała w historii do Holendrów, Anglików i Francuzów. Gambia została kolonią angielską i rywalizację o wyspę wygrali w końcu Anglicy.

Poniżej wioska Juffure, z której pochodził Kunta Kinte.

Na zdjęciu 7 i 8 pokolenie przedstawiane jako potomkowie Kunta Kinte.

Autor książki Alex Haley z braćmi i mieszkańcami wioski.

A teraz troszkę inaczej. Alex Haley twierdził, że napisał książkę o jednym ze swoich przodków, sam jednak przyznał, że pomieszał w niej fikcję z rzeczywistością. Przyznał, gdy przedstawiono na to dowody. Nie zmienia to jednak faktu, że stworzył pewien mit i mieszkańcy wioski świetnie go wykorzystują zarobkowo. Utworzyli całkiem efektywny system wyciągania pieniędzy od przybywających tu białych bankomatów. Zaczyna się prawie od razu od wyjścia ze statku na przystań. Turystów okrążają sprzedawcy pamiątek i towarzyszą im aż do wioski i z powrotem, ale nie są jedyni. Przyłącza się do nich duża gromada dzieci wołających jedno magiczne słowo „money!”.

Następnie dzieci się przegrupowują. Są rozstawione grupkami w drodze do wioski co kilkadziesiąt metrów. Kilkoro dzieci śpiewa, jedno tańczy, a przed nimi stoją duże metalowe miski na pieniądze.

I nie miejcie wątpliwości: dzieci nie są głodne ani obdarte. Są zdrowe, pogodne i pełne energii. W wiosce są ogródki i drzewa owocowe, a na rzece bogatej w ryby czekają łodzie rybackie. Wioska sprzedaje świadectwa, że się w niej było oraz prawo do robienia zdjęć w muzeum.

Żebranie przez dzieci jest problemem w całej Gambii i trudno będzie ten problem zwalczyć. Przewodnik wyjaśnił nam, że wielu dorosłych wysyła dzieci na ulicę, by żebrały. Gdy dzieci dorosną i nikt nie chce im już dawać pieniędzy, zostają rodzicami i wysyłają swoje dzieci, by żebrały. Tak zostały nauczone. Proceder praktykowany od pokoleń bardzo trudno jest wykorzenić.

Zdjęcie z Kololi – rybacy wyciągający sieci z Atlantyku.

Większe ryby rybacy zabierają, mniejsze – wrzucają z powrotem do oceanu, by podrosły. Szczególnie oryginalnie wyglądają sole (ta rybka na pierwszym planie) i krewetki (z lewej). Tak wielkich krewetek nigdzie poza Afryką Zachodnią nie widzieliśmy – mierzą po kilkanaście centymetrów.

Albert Market w Bandżul, to typowy kolorowy afrykański bazar, gdzie można kupić ubranie, jedzenie i pamiątki.

Przyjemnie jest patrzeć na ludzi w Gambii. Jest tu wiele pięknych kobiet i przystojnych mężczyzn. Ludzie są przeważnie przyjaźni. Ich hasło brzmi: „It’s nice to be nice” – „Miło jest być miłym”.

Na bazarze można kupić na przykład suszone kawałki owoców baobaba. Lubię owoce baobaba, bo mają dużo wapnia oraz witaminy C i są kwaskowe w smaku. Zachowałam sobie kilka pestek. Wsadzę do doniczki i może coś z nich wyrośnie?

Na targu można kupić takie figurki. Myślałam, że mają związek z voodoo, ale z przewodnika dowiedziałam się, że takie figurki mężczyzn z wbitymi w ciało gwoździami mają przypominać popularny do niedawna na gambijskich wsiach sposób karania złodziei. Taki sposób potraktowania ich miał odstraszać innych. Trzeba przyznać, że skutecznie, bo przestępców w Gambii jest rzeczywiście niewielu.

W Gambii jest sporo małp. W naszym hotelu też były i trzeba było uważać, by sobie czegoś nie upatrzyły i nie porwały ze sobą, bo odzyskanie takiej rzeczy graniczy z niemożliwością.

Widzieliśmy dużo ciekawych ptaków, np. sępy…

… i inne – znacznie ładniejsze.

Z ciekawostek podam jeszcze, że kobiety często noszą peruki, bo mają słabe włosy. Na pewno nie wzmacnia włosów noszenie na nich koszy albo wiader, co jest powszechną praktyką.

Wpis z 11.01.2017 r.

Sałatka z tuńczykiem

Teraz już wiem, że wyjeżdżam, cieszę się, że wyjeżdżam i mam mnóstwo załatwiania różnych spraw, żeby zdążyć przed wyjazdem. Życzę Wam pięknych, spokojnych, w miarę możliwości białych, a przede wszystkim bardzo radosnych Świąt. I bogatego Mikołaja.

A na świąteczny stół proponuję pyszną sałatkę z tuńczykiem. Pomysł podrzuciła mi Dorota i bardzo nam w domu sałatka smakowała. Dobrze, że zdążyłam trochę zjeść na początku, bo szybko zniknęła.

Sałatka z tuńczykiem, kukurydzą i ogórkami

1 puszka tuńczyka w sosie własnym (po odsączeniu ok. 120 g)

170 g kukurydzy z puszki

1 ogórek kiszony (ok. 50 g)

1 ogórek konserwowy (ok. 20 g)

majonez

Tuńczyka odsączyć, porozdzielać widelcem na mniejsze kawałki, dodać kukurydzę i ogórki pokrojone w kostkę. Dodać majonez lub majonez z jogurtem i wymieszać.

Wpis z 14.12.2016 r.

PB100005.JPG

Gluten – fakty i mity

Peter H.R. Green i Rory Jones napisali bardzo potrzebną książkę „Gluten na widelcu” o prawdach i mitach dotyczących glutenu. To kolejna interesująca pozycja wydana przez Wydawnictwo GALAKTYKA.

Doktor Peter H.R. Green jest dyrektorem Centrum Celiakii na Uniwersytecie Columbia, który specjalizuje się w tej chorobie od 25 lat, Rory Jones jest pisarką naukową, potrafiącą przekazywać informacje naukowe językiem zrozumiałym dla laików, a w dodatku od wielu lat cierpi na celiakię. Książka napisana przez takich autorów jest więc wiarygodnym źródłem wiedzy podanej w interesujący sposób.

Kto pamięta, że kiedyś w środkach masowego przekazu pisano i mówiono o tym, jak niebezpieczne są pomidory, bo rakotwórcze albo jajka, bo podnoszą poziom cholesterolu we krwi (dzisiaj można już przeczytać, że prawdopodobnie nawet obniżają ”zły” cholesterol) – ten teraz zupełnie spokojnie podchodzi do straszenia glutenem. W książce przytoczono wiele mówiące stwierdzenie: „Redaktor to ktoś, kto oddziela ziarna od plew, a potem przekazuje do druku plewy” (Adlai E. Stevenson). Ostatnio zainteresowanie glutenem bywa wręcz niezdrowe. Nazywany jest cichym zabójcą mózgu, oskarżany o wywoływanie demencji, autyzmu, Alzheimera, bólów głowy, mgły mózgowej, depresji, otyłości oraz wielu innych chorób i dolegliwości. Autorzy odpowiadają, że wiara w te informacje może otępiać komórki mózgowe jeszcze bardziej niż gluten i stwierdzają: „dobrze jest mieć otwarty umysł, ale nie na tyle, żeby wypadł z niego mózg”. Żeby się leczyć, najpierw konieczna jest diagnoza, a nie histeria czy po prostu moda.

Przesadne dbanie o zdrowe odżywianie również prowadzi do zaburzenia nazywanego ortoreksją (orthorexia nervosa). Ludzie eliminują ze swojej diety zdrowe produkty wierząc, że są niezdrowe, przez co pozbawiają swój organizm wielu potrzebnych składników odżywczych. Właśnie takie działania mogą ich wpędzić w chorobę.

Oczywiście są osoby chore na celiakię albo cierpiące na inne dolegliwości, gdy dieta bezglutenowa pozwala wyeliminować wynikające z choroby zaburzenia, ale nie wolno stawiać sobie samodzielnie diagnozy bez koniecznych badań, które autorzy wyszczególniają i omawiają. Alternatywne badania dostępne w internecie są kosztowne lecz bezwartościowe, gdyż nie został jeszcze ustalony biologiczny marker nadwrażliwości na gluten. Problemy zdrowotne wielu osób mogą być wywołane przez szereg innych czynników wywołujących podobne objawy, np. nietolerancja pokarmowa (np. laktozy, fruktozy lub inna), choroby przewodu pokarmowego albo jeszcze inne przyczyny, które trzeba ustalić na podstawie badań, zanim rozwinie się poważna choroba zupełnie nie związana z glutenem. Warto zapoznać się w książce z informacjami, jak zrównoważyć dietę po odstawieniu glutenu, by nie narobić spustoszenia w organizmie.

Dalej omówiono sam gluten i inne białka pszenicy, które mogą powodować podobne reakcje, za które obwiniany jest gluten oraz konsekwencje odstawienia produktów zawierających gluten. Dużo uwagi poświęcono produktom bezglutenowym, probiotykom, a także suplementom diety i konsekwencjom ich spożywania, zwłaszcza interakcjom z konkretnymi lekami. Autorzy omawiają przyczyny, dla których wiele osób przechodzi na dietę bezglutenową i odpowiadają na pytania, czy na tej diecie można schudnąć lub poprawić kondycję organizmu. Można się dowiedzieć, kiedy pomaga dieta bezglutenowa, a kiedy może poważnie zaszkodzić.

W książce opisana jest celiakia, jej przyczyny, objawy i sposoby diagnozowania. Ta choroba ma podłoże genetyczne, ale 30% osób w USA posiada geny pozwalające na rozwój celiakii, a tylko 1% na nią cierpi. Autorzy piszą też o przewlekłym stresie spowodowanym przestrzeganiem właściwej diety. Radzą, jak obniżyć poziom tego stresu. Ponadto piszą o opracowywanych przez naukowców środkach farmakologicznych, które mają pomóc osobom będącym na diecie bezglutenowej. Stwierdzają też, że „obecnie, wbrew twierdzeniom producentów, na rynku nie ma żadnych produktów dostępnych bez recepty, które mogłyby w pełni rozłożyć lub strawić gluten i zneutralizować jego wpływ na osoby z celiakią”.

W książce dużo miejsca autorzy poświęcili omówieniu działaniu układu pokarmowego. Jego rola w organizmie jest bardzo istotna: „potrafi wyraźnie dać do zrozumienia gospodarzowi, że ma kłopoty lub jest po prostu niezadowolony”. W przypadku dolegliwości przewodu pokarmowego przejście na dietę bezglutenową może nie usunąć prawdziwej przyczyny, natomiast może opóźnić właściwą diagnozę.

W książce zacytowano Craiga Ventera, biotechnologa, biochemika i genetyka : „Jeśli nie lubisz bakterii, to trafiłeś na złą planetę. To jest planeta bakterii”. Mikroflora jelitowa, czyli drobnoustroje komensaliczne od łacińskiego com- (razem, współ-) oraz mensa (stół). Po prostu nasza mikroflora spożywa z nami posiłki przy tym samym stole i reaguje na wszystko, co spożywamy. Jedne bakterie giną pod wpływem naszego jedzenia, a inne rozmnażają się. Mikroflora każdego z nas jest inna, zależy od naszego pożywienia, dzięki czemu możemy na nią wpływać, ale też od naszych genów. Zachwianie mikroflory ma wpływ na cały organizm. Wszelkie diety mają na mikroflorę duży wpływ. W książce omówiono wyodrębnione przez naukowców czynniki, które wpływają na mikroflorę, takie jak np. antybiotyki czy alergie pokarmowe.

Badany jest związek między mikroflorą a mózgiem i ich wzajemny wpływ. Mówi się nawet o drugim mózgu w jelitach. Rzeczywiście, to co jemy ma wpływ na nasze zdrowie, zachowania i nastrój. Mnie się od razu skojarzyło, że mamy zwoje mózgu i zwoje jelit. Jelita mają własny mózg, czyli jelitowy układ nerwowy. Z osi mózgowo-jelitowej bierze początek wiele zaburzeń i chorób układu pokarmowego. Naukowcy pracują nad „trenowaniem” receptorów w jelitach, które pozwoliłoby zapobiegać lub leczyć schorzenia układu pokarmowego. Omówiono też czynniki związane z naruszeniem integralności wyściółki przewodu pokarmowego, np. zespół cieknącego jelita. Czym jest spowodowane, jak się zmienia stopień przepuszczalności jelit i jak można poprawić działanie bariery jelitowej. A jak działa mózg? Jeśli wierzymy, że gluten nam szkodzi, to będzie nam szkodził, choćby żadne badania tego nie potwierdziły.

Książkę bardzo polecam wszystkim zjadaczom chleba, nie tylko osobom obawiającym się glutenu.

Peter H.R. Green, Rory Jones „Gluten na widelcu: jeść czy nie jeść – cała prawda o modzie na dietę bezglutenową”, GALAKTYKA, 2016.

Wpis z 11.12.2016 r.

S6300749-001.JPG

Pierogi drożdżowe z makiem

Wygląda na to, że znowu wyjedziemy znienacka, tylko nie wiem, kiedy ten znienacek nastąpi. Pewności też nie mam, ale może tak być. Dlatego na wszelki wypadek już podam przepis na drożdżowe pierogi z makiem, które mogą zastąpić makowca. Wiadomo, że coś z makiem na świątecznym stole być musi, bo mak jest symbolem płodności i dostatku. Jeśli by go nie było, to marne widoki. Lepiej sobie nawet nie wyobrażać konsekwencji.

Takie pierogi jadłam na Podlasiu i bardzo mi smakowały. Przywiozłam przepis do domu, a moja Mama też te pierogi polubiła i niejednokrotnie robiła – niekoniecznie na Święta.

Nadzienie makowe zrobione w domu jest najlepsze, ale jeśli brak nam czasu na jego zrobienie, można użyć gotowego maku z puszki.

Pierogi drożdżowe z makiem

Ciasto:

50 dag mąki

25 g drożdży

1 jajko

1 łyżeczka cukru

szczypta soli

ok. 1 szklanka wody (może troszkę mniej – zależy od mąki)

olej do smażenia

Nadzienie:

20 dag maku

4 łyżki cukru

dowolne bakalie (rodzynki, orzechy, skórka pomarańczowa)

Drożdże i cukier zalać w misce ciepłą wodą i wymieszać, aż się drożdże rozpuszczą. Gdy zaczną pracować (po ok. 10 minutach), dodać sól, mąkę i jajko. Wyrobić miękkie ciasto tak, by odchodziło od ręki, miskę włożyć do plastikowej torby i zostawić do wyrośnięcia.

Mak zalać wodą, wymieszać i odstawić na 10 minut. Następnie zlać delikatnie wodę z wierzchu, aby pozbyć się wszelkich zanieczyszczeń. Mak ponownie zalać wodą, zagotować i gotować na niewielkim ogniu przez ok. 15 minut. Następnie wyrzucić go na gęste sitko, odcedzić i poczekać, aż mak trochę podeschnie. Wtedy zmielić go z bakaliami (jeśli używamy rodzynek, to trzeba je przedtem sparzyć) i cukrem.

Wyrośnięte ciasto ponownie wyrobić, odrywać kulki o średnicy ok. 3 cm, rozpłaszczać je palcami aby uzyskać jak najcieńsze placuszki (nie rozciągać!), nakładać nadzienie i porządnie zaklejać. Kłaść na blacie wysypanym mąką i zakrywać ściereczką, żeby nie obsychały. Pozostawić na ok. 30-40 minut, aby podrosły, a potem smażyć w rondelku na gorącym oleju. Gdy ostygną, posypać cukrem pudrem.

Wpis z 04.12.2016 r.

P1010009-003.JPG

Szałwia lekarska

Szałwia lekarska (Salvia officinalis) rośnie w rejonie śródziemnomorskim, Azji Mniejszej i Syrii, a w Europie, Indiach, Syrii, na Sri Lance i Ameryce jest uprawiana (na zdjęciu jest wersja kolorowa, bo nie miałam całej zielonej w ogrodzie).

Szałwia była znana i używana już w starożytności. Pisali o niej m. in. Pliniusz Starszy, Hipokrates i Galen. Grecy parzyli „grecką herbatę”. Rozpowszechniona była w starożytnym Rzymie. W Europie Południowej szałwię nazywano „świętym zielem”. Z południowej Europy mnisi przenieśli ją na północ do ogrodów klasztornych. Była nazywana „europejską herbatą”. Napar z liści i kwiatów uważano za lekarstwo na żołądek i wzmocnienie. Przepisy na ciastka szałwiowe, czyli liście zapiekane w cieście, szeroko znane były w 1500 r. Zanim zaczęto importować herbatę, Anglicy pili szałwię. Karol Dickens pisał o luksusowych sosach z szałwii i cebuli do pieczonej gęsi. W wielu krajach stosowana jest od wieków w lecznictwie ludowym. Używano jej do praktyk magicznych. Wierzono, że zjadanie liści szałwii z wypisanymi formułkami zaklęć, chroni przed febrą oraz demonami i że szałwia zjedzona w maju może uczynić nieśmiertelnym. Uważano, iż uschnięcie krzaczka tej rośliny w ogrodzie wróży nieszczęście, a nawet po stanie szałwii w ogrodzie oceniano stan gospodarstwa. Piękną legendą jest ta, mówiąca o ucieczce Świętej Rodziny do Egiptu. Gdy spoczęła ona koło krzaka kwitnącej szałwii, ta otrząsnęła kwiecie, aby stworzyć wonny dywan. Za do Bóg obdarował szałwię możnością przynoszenia ulgi ludziom cierpiącym.

W Polsce szałwia uprawiana jest od kilkuset lat, ale często jako roślina roczna, bo w czasie dużych mrozów wymarza, więc trzeba ją przykrywać. Jeśli przetrwa zimę, metodą jej odmłodzenia jest coroczne ścinanie wczesną wiosną, przed rozpoczęciem wegetacji, wszystkich pędów nisko przy ziemi. Szałwię uważano u nas za lek uniwersalny, co wyraża przysłowie „Śmierć tego nie ubodzie, u kogo szałwia w ogrodzie”. Szałwia istotnie jest jednym z najbardziej wszechstronnych leków roślinnych.

Liście szałwii zawierają 1-2,5% olejku eterycznego, ale też m. in. garbniki, witaminę B1, kwas nikotynowy, nieokreślony środek estrogenny. Terminy zbiorów ziela w celach leczniczych (rano, po wyschnięciu rosy) znalazłam następujące: w maju, zanim zakwitnie, w końcu lipca, w II połowie sierpnia, ostatni raz we wrześniu, a nawet w połowie października. Interesujący się wierzeniami ludowymi Władimir Sołouchin w bardzo ciekawej książeczce „Zielsko” pisze, że wg tych wierzeń szałwia (i niektóre inne zioła) posiadają właściwości lecznicze jedynie wówczas, gdy są zbierane po krótkiej letniej nocy.

Liście należy rozłożyć cienką warstwą i suszyć w temp. do 35° C. Po wysuszeniu, przechowywać w szczelnym opakowaniu, w ciemnym, chłodnym i suchym miejscu.

Właściwości liści: bakteriobójcze, grzybobójcze, dezynfekujące, przeciwzapalne, wiążące i unieczynniające toksyczne związki w przewodzie pokarmowym, wykrztuśne, rozkurczowe, ściągające, działające pobudzająco na serce i nerwy, wzmacniające żołądek, ułatwiające trawienie, zmniejszające biegunkę, obniżające poziom cukru we krwi, dobre na dolegliwości wątrobowe, zmniejszające przekrwienie błon śluzowych i skóry i hamujące krwawienia z uszkodzonych drobnych naczyń krwionośnych.

W celach leczniczych sporządza się wyciągi z szałwii. Zwiększają one wydzielanie żółci, pobudzają zbyt skąpe miesiączkowanie. Nalewki lub wyciągi hamują wydzielanie potu, powodują zmniejszenie zbyt obfitego wydzielania mleka u matek karmiących, a ponadto mają działanie przeciwcukrzycowe, pobudzające korę nadnercza, moczopędne, uspokajające, przeciwnowotworowe i antyseptycznie, zwiększają ciśnienie krwi, ułatwiają zapłodnienie i oczyszczają krew.

Nalewki lub wyciągi stosowane zewnętrznie działają ściągająco i antyseptycznie, goją blizny i wzmacniają skórę. Bardzo korzystne jest płukanie jamy ustnej i gardła naparem z liści szałwii przy bólach zębów, zapaleniu okostnej, pleśniawkach, krwawieniu dziąseł, anginie i stanach ropnych gardła. Od wielu lat jest produkowana przez Herbapol świetna mieszanka ziołowa Septosan, w której skład oprócz szałwii, wchodzą też mięta pieprzowa i tymianek. Spotkałam się gdzieś ze starą recepturą, gdzie do ww. ziół dodawana była macierzanka.

Szałwia wchodzi w skład mieszanek ziołowych, m. in. dla chorych na gruźlicę i osób mających problemy trawienne.

Zgniecione liście szałwii są dobre do przykładania po ukąszeniach owadów, egzemach i owrzodzeniach nóg.

Liście, kwiaty i olejek eteryczny nie powinny być stosowane w nadmiarze, gdyż mogą być toksyczne dla układu nerwowego (dwukrotnie bardziej toksyczne od piołunu).

Szałwia jako przyprawa ułatwia trawienie, głównie mięs, wędlin czy tłustych ryb. Pokruszone liście dobrze jest dodawać do potraw z grochu i kapusty, ale też do konserw, marynat czy serów. Szałwii używano jako dodatku do wina i piwa.

W kosmetyce olejek szałwiowy (najlepszy produkowany jest w Dalmacji) stosowany jest do odkażania skóry, przeciwdziała przetłuszczaniu i rozszerzaniu porów, a także przeciwko wypadaniu włosów i łupieżowi. Liści używano dawniej do czyszczenia zębów, do przygotowywania wody do płukania ust i proszku do zębów. Liście były też używane do kąpieli niemowląt.

Liście są też podobno dobrym środkiem przeciw molom.

Oprócz szałwii lekarskiej, uprawiana jest też szałwia muszkatołowa. Jej liści używa się jako przyprawy do wermutu oraz win reńskich. Stosowana jest też w lecznictwie ludowym jako środek na poprawę trawienia i przy zapaleniu nerek.

Źródła:

1) Czikow P., Łaptiew J. „Rośliny lecznicze i bogate w witaminy”, PWRL, 1983,

2) Górnicka J. „Apteka natury”, AWM,

3) Kuźnicka B., Dziak M. „Zioła i ich stosowanie’, PZWL, 1987,

4) Mamczur F., Gładun J. „Rośliny lecznicze w ogródku”, PWRiL, 1988,

5) Nowiński M. „Dzieje upraw i roślin leczniczych”, PWRiL, 1983,

6) Rumińska A. „Rośliny lecznicze”, PWN, 1981,

7) Sołouchin W. „Zielsko”, Instytut Wydawniczy PAX, 1979,

8) „Ziololecznictwo” pod red. A. Ożarowskiego, PZWL, 1976.

Wpis z 02.12.2016 r.

Zioła do pizzy

Zgodnie z zapowiedzią, dzisiaj przyprawa do pizzy. Nie każdy lubi, ale ja chętnie dodaję zioła. Przeważnie stosuję suszone i pokruszone. Wśród przypraw mam słoiczek z gotową mieszanką i wystarczy posypać troszkę pizzę, żeby pachniało i dobrze się trawiło. Czasem dodaję tych ziół do innych włoskich potraw.

Przyprawa do pizzy

1 łyżeczka oregano

1 łyżeczka rozmarynu

1 łyżeczka tymianku

1 łyżeczka szałwii

1 łyżeczka bazylii

1/2 łyżeczki czosnku granulowanego

1/2 łyżeczki mielonego bertramu (niekoniecznie)

Wpis z 27.11.2016 r.

Pizza (kuchnia włoska)

Dzisiaj był prawdziwie wiosenny, ciepły dzień. Byliśmy na spacerze i widzieliśmy pączki oraz małe listki na drzewach i krzewach. Nawet cebulki krokusów w skrzynce na balkonie wypuściły kiełki. Niedługo się przekonają, że dały się nabrać na wiosnę.

Ale nie o tym chciałam dzisiaj napisać. Dzisiaj będzie z innej beczki, bo chyba wiosenny dzień sprawił, że nagle przypomniała mi się moja Babcia. Nawet Jej nie pamiętam, bo odeszła zanim byłam w stanie Ją zapamiętać, ale Mama mi kiedyś opowiedziała, jaki miała sposób na żonatych podrywaczy. Właśnie ten patent chciałabym dzisiaj sprzedać. Jak wiadomo, z żonatymi panami nie należy romansować, bo z tego tylko problemy mogą być. Moja koleżanka twierdziła, że przez żonatego przechodzi się jak przez dziecięcą chorobę – raz i nigdy więcej. Moja Babcia wcześnie wyszła za mąż i miała czworo dzieci, ale przecież o tym wiedziała. Zaznaczam, że do niechcianych kawalerów nie należy Jej metody stosować, bo może przynieść rezultaty odwrotne od zamierzonych.

Otóż moja Babcia, jak jakiś żonaty pan zaczynał ją podrywać, nie złościła się i nie tłumaczyła tylko pogodnie nawiązywała następującą rozmowę:

– Podobam się panu?

– Tak.

– Bardzo się panu podobam?

– Oczywiście.

– To niech pan się ze mną ożeni.

Zastosowałam tę metodę i z doświadczenia wiem, że jest znakomita. Reakcja pana, choćby przesympatycznego – bezcenna.

Po spacerze była pizza. Najbardziej lubimy w domu pizzę z salami, czerwoną papryką i pieczarkami. Na mojej pizzy zawsze jest też cebula i chociaż ten dodatek na włoskiej pizzy nie powinien się znaleźć, ale ja lubię. Chodzi jednak o ciasto i sposób pieczenia. Dobre ciasto to podstawa. Eksperymentując przez lata z ciastami z różnych przepisów, wypracowałam sobie własny przepis.

Ciasto na pizzę (2 duże pizze)

400 g mąki + mąka do podsypania na blacie

25 g drożdży

230-240 g ciepłej wody (ilość wody zależy od mąki)

1 łyżeczka cukru

1 łyżeczka soli

oliwa

Drożdże rozpuścić w ciepłej wodzie z 1 łyżeczką cukru i zaczekać 10 minut, aż zaczną pracować. Wówczas dodać mąkę, 1 łyżkę oliwy i sól. Ciasto powinno być miękkie i dobrze wyrobione tak, by odstawało od ręki. Wtedy trzeba je włożyć do miski, a miskę przykryć ściereczką i pozostawić w ciepłym miejscu na ok. 40 minut do 1 godziny, aby ciasto wyrosło. Gdy wyrośnie, podzielić je na pół. Każdą połowę jeszcze raz wyrobić i rozwałkować cienko na blacie posypanym mąką. Placki położyć na blachach wyłożonych papierem do pieczenia, zagiąć brzegi i dać im ok. 10 minut, aby odpoczęły i podrosły. Wtedy posmarować je lekko oliwą i sosem pomidorowym, na sosie położyć plasterki sera mozzarella i dalej to, co lubimy mieć na pizzy.

Pizzę należy też piec w odpowiedni sposób, żeby spód się za bardzo nie spiekał. Można używać kamienia do pieczenia, ale ja nie mam kamienia, więc używam dwóch blach złożonych razem. Pizzę wkładam do piekarnika nagrzanego do temp. 225º C i piekę ok.12-15 minut.

Lubię też używać ziół do pizzy, ale skład ziół podam następnym razem.

Wpis z 20.11.2016 r.

S6300749-001.JPG

Zupa grochowa z groszkiem zielonym

Moje ulubione słowo? Ciepło. Im jest zimniej, tym bardziej to sobie uświadamiam. Wczoraj nawet wyjrzało słońce i było naprawdę ładnie za oknem, ale jak wyszłam z domu i maszerowałam pod wiatr, oczy zaszły mi łzami. Przypomniałam sobie, jak kiedyś lubiłam sporty zimowe. Szczególnie łyżwy. Pierwsze w życiu wyjście na lód w celu nauki jazdy figurowej było bardzo pouczające, bo od razu wygrzmociłam się do tyłu. Miałam chyba 5 lat i niedaleko do ziemi, więc odbyło się to błyskawicznie. Tak samo szybko pojęłam, jaki jest lód i że należy uważać, żeby się znowu nie wywrócić. Potem, gdy nabrałam wprawy, jazda na łyżwach sprawiała mi wielką frajdę. Kiedy przestałam uczęszczać na te zajęcia i tak chodziłam zimą na różne lodowiska, aż przyszedł taki rok, że nie poszłam.

Teraz, gdy moim ulubionym słowem jest „ciepło”, pomyślałam o innej mojej pasji z przeszłości – robotach na drutach. Też w pewnym momencie przestałam dziergać swetry, a ponieważ zostały mi różne włóczki, to może się znowu przymierzę, chociaż ostatniej zimy robiłam sporo w technice decupage, a przedtem biżuterię. Pomiędzy czytaniem.

Na razie zrobiłam zupę grochową.

Ciekawa jestem Waszych pasji.

Zupa grochowa z groszkiem

150 g suchego grochu

1 średnia cebula

120 g groszku zielonego – latem może być świeży, teraz mrożony

1,2 l wywaru z warzyw lub rosołu

2 łyżki oleju rzepakowego

1 łyżka masła

1 łyżka majeranku

sól, pieprz

grzanki z bułki lub groszek ptysiowy, lub prażone pestki dyni

Groch ugotować, wodę odcedzić, groch ostudzić.

Cebulę pokroić i poddusić na 2 łyżkach oleju. Ostudzić.

Groch i cebulę zmiksować z 1,5 szklanki ostudzonego wywaru lub rosołu. Pozostały wywar lub rosół zagotować i dodać zmiksowany groch. Doprowadzić do wrzenia, dodać groszek zielony, 1 łyżkę masła, 1 łyżkę majeranku, sól i pieprz. Gotować razem 5 minut.

Podawać z grzankami, groszkiem ptysiowym albo prażonymi pestkami dyni, ale nie takimi z torebki plastikowej. Pestki z torebki zawsze pozostają gumiaste, a chodzi o to, by były chrupiące po uprażeniu, dlatego lepiej kupować pestki na wagę.

Wpis z 13.11.2016 r.

Kremowy sernik

Gdy spodziewamy się gości, trzeba przygotować coś dobrego. Ten lekki serniczek i miłe towarzystwo pozwoliły nam wczoraj zapomnieć o deszczu i sprawiły, że nawet nie zauważyliśmy wilgotnego mroku za oknem.

Przepis znalazłam na blogu mniam-mniam.blog.pl

Kremowy sernik

1 kg twarogu sernikowego
1 szklanka cukru
200 g miękkiego masła
2 łyżeczki cukru waniliowego
4 jajka
5 łyżek maki ziemniaczanej (w przepisie jest 1 łyżka mąki i budyń śmietankowy, ale nie miałam budyniu)
1/4 szklanki mleka
herbatniki na spód

Okrągłą formę o średnicy 22 cm (ja użyłam formy 24 cm) wysmarować masłem i wyłożyć spód herbatnikami albo kruchymi ciasteczkami.

Białka oddzielić od żółtek i ubić na sztywno pianę. Do sera dodawać, ucierając kolejno: żółtka, miękkie masło, cukier, mleko, proszek budyniowy i mąkę. Na samym końcu dodać ubitą pianę i delikatnie wymieszać. Przelać masę serową do tortownicy.

Piec ok. 60 minut w temperaturze 165 º C.
Zostawić do wystudzenia przy lekko uchylonych drzwiczkach piekarnika. Po wystudzeniu posypać cukrem pudrem.

Wpis z 07.11.2016 r.

S6300749-001.JPG

Labneh – ser jogurtowy

Ten ser był już na wielu blogach, ale u mnie nie było. I chcę, żeby był, bo bardzo go lubię. Zajmuje u mnie drugie miejsce zaraz po prawdziwym twarogu z wiejskiego mleka. Ser z gęstego jogurtu greckiego jest bardzo smaczny do kanapek, ale można go traktować jak normalny twaróg i używać do sernika czy leniwych pierogów.

Pierwszy raz zrobiłam ten twaróg już dość dawno. Poczytałam sobie o nim na blogach arabskiesmaki.blogspot.com, Smakowe Kubki i Karo in the Kitchen.

Dowiedziałam się, że ser jogurtowy, czyli labneh (labni, lebni, zabedi) jest robiony na Bliskim Wschodzie, w Azji Środkowej i Indiach z mleka krowiego lub wielbłądziego. Żeby zrobić dobry ser, należy najpierw wybrać dobry, gęsty jogurt, w którym nie powinno być innych dodatków niż odpowiednie szczepy bakterii i mleko (nie w proszku i bez różnych zagęstników). Z jogurtu należy usunąć serwatkę i proponuję jej nie wylewać, gdyż zawiera ona białko i witaminy. Serwatka jest produktem fermentacji, ma dużą wartość odżywczą i wspaniałe właściwości. Można ją pić, można przemywać skórę – szczególnie przy wypryskach czy uczuleniach. Można nią też polewać listki roślin, gdy chorują. Zresztą zwykle to, co najcenniejsze w kuchni wyrzucamy albo wylewamy, więc serwatkę lepiej zużyć.

Aby uzyskać ser jogurtowy, należy przygotować:

jogurt grecki – 1 lub 2 duże kubki

1/2 łyżeczki soli

sitko

gazę lub lnianą ściereczkę

Sitko ustawić na misce, wyłożyć podwójnie złożoną gazą lub ściereczką. Jogurt wylać na ściereczkę, dodać sól, wymieszać, ściereczkę zwinąć i cały zestaw włożyć do lodówki.

Po ok. 10-12 godzinach uzyskujemy twaróg na kanapki.

Po ok. 24-48 godzinach mamy już ser na sernik. Można też zrobić szanklisz – serek w oliwie, a właściwie serowe kuleczki. Trzeba je robić rękami posmarowanymi oliwą i obtaczać w przyprawach. Do obtaczania można użyć ulubionych świeżych lub suszonych przypraw: za’ataru, mięty, chili, posiekanej natki pietruszki, oregano, tymianku, papryki, bazylii, pieprzu, orzechów lub ziarna sezamowego (można je przedtem uprażyć). Po obtoczeniu kulki umieścić na tacy wyłożonej ręcznikami papierowymi w lodówce i zmieniać te ręczniki, aż będą suche (przez 3-4 dni). Wtedy kulki umieścić w wyparzonych słoikach, wrzucić też obrany ząbek czosnku i zalać oliwą lub olejem rzepakowym. Oliwa powinna całkowicie zakryć kulki i trzeba jej jeszcze trochę dolać, bo ser, który będzie wystawał – zepsuje się. Słoiki należy zakręcić i włożyć do lodówki na przynajmniej 4 dni do podobno ponad 1 roku (nie próbowałam trzymać tak długo), z tym, że z czasem ser staje się coraz bardziej kwaśny. Szanklisz jest serem dojrzewającym i nadaje się na przekąski, do kanapek albo do sałatek.

Wpis z 30.10.2016 r.

P1010006-002.JPG

Sałatka z ogórków i awokado

W tym tygodniu musieliśmy być pod Tarczynem i pod Radomiem, i w Skarżysku-Kamiennej. Niestety, za każdym razem wracaliśmy w strugach deszczu. Krajobrazy po drodze piękne, drzewa i krzaki w kolorach jesieni. Co ja bym dała za kilka promyków słońca! Dopiero dzisiaj przez chwilę zaświeciło i od razu zrobiło się lepiej – tylko że nigdzie nie musieliśmy jechać. Miałam czas na zrobienie domowego obiadu.

Ostatnio lubię łączyć to samo, ale w różnych postaciach, np. pomidory świeże i suszone albo ogórki świeże i kiszone. Tak powstała ta prosta sałatka z dodatkiem egzotyki (awokado). Bardzo nam ona smakuje, a robi się ją szybko.

Sałatka z ogórków i awokado

 

1 małe awokado, miękkie

1 średni ogórek

1/2 średniego ogórka kiszonego

1 łyżka majonezu

Ogórki i awokado obrać ze skórki i pokroić w kosteczkę. Dodać majonez i wymieszać. Można troszkę posolić, ale niekoniecznie.

Wpis z 23.10.2016 r.

S6300748-001.JPG

Chleb esseński

Gdy pisałam kiedyś o chlebie Ezechiela, zapowiadałam, że przymierzę się też do chleba esseńskiego. I tak się przymierzałam dwa razy, a teraz nareszcie mogę zaprezentować efekty.

Poczytałam o chlebie esseńskim w książce Adama Kulpaczyńskiego „Żywy pokarm Twoim kluczem do zdrowia”. Autor nie mógł pogodzić się ze słowami modlitwy „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”, gdyż pieczywo nie jest zbyt zdrowym pożywieniem. Skłoniło go to do poszukiwania chleba, o którym mowa. Stwierdził, że chodzi o chleb przyrządzany w specyficzny sposób przez wspólnotę religijną Esseńczyków, czyli o cienkie placki ze skiełkowanego, a następnie zmiażdżonego ziarna pszenicy, wypiekane na słońcu.

Zboże, które wykiełkuje, nie jest już zbożem, ale warzywem. Po wykiełkowaniu zanika gluten i następuje rozkład skrobi na cukry proste, a więc odbywa się jakby trawienie wstępne. Tak przygotowany chlebek ma więc inne właściwości niż pieczywo, jakie znamy – jest naprawdę zdrowy.

Oczywiście w naszym klimacie nie bardzo można piec na słońcu, chociaż latem, w upalne dni, można spróbować wystawić na słońce cienkie placuszki. Ja tego nie próbowałam.

Na stronie www.kobieta.pl, znalazłam przepis na chleb esseński i zrobiłam go zgodnie ze wskazówkami oraz własnym doświadczeniem z kiełkowaniem ziaren.

Otóż trzeba wziąć trochę ziaren pszenicy (ja wzięłam 1 szklankę) i zalać wodą na noc. Rano trzeba wyrzucić ziarna na sitko, osączyć je, wrzucić do garnuszka, przykryć pokrywką, ustawić w ciepłym miejscu i przepłukiwać pod bieżącą wodą codziennie rano i wieczorem. Kiełki powinny się pokazać po 1-3 dniach. Jeśli tak się nie stanie, należy ziarna wyrzucić i poszukać jakichś lepszych do kiełkowania.

Gdy kiełki z ziarenek mają długość 3-4 mm – ziarno na chlebki jest gotowe i należy od razu wziąć się za przygotowanie, żeby kiełki nie były zbyt długie. Ze zbyt wyrośniętych kiełków może wyjść siennik, z którego chleb nie będzie dobry.

Skiełkowane ziarna należy opłukać i osączyć na sicie, a następnie zmiksować w blenderze do momentu otrzymania klejącej się masy. Do tej masy można dodać odrobinę soli i uformować placki. Chleb esseński powinien być pieczony w temperaturze nie wyższej niż 45º C. Można więc ułożyć placki na papierze do pieczenia i piec w piekarniku z nawiewem przez ok. 8-10 godzin, przewracając je w połowie pieczenia na drugą stronę. Można je też suszyć w dehydratorze. Obie te metody zastosowałam i muszę przyznać, że łatwiej mi było umieścić placki na papierze do pieczenia w suszarce do warzyw i owoców niż zajmować piekarnik na 10 godzin.

Co do smaku – no cóż, to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej, ale może komuś akurat zasmakują.

Wpis z 17.10.2016 r.

Dellagraciano

Powspominajmy jeszcze przez chwilę lato, tym bardziej, że wciąż można kupić bakłażany. Lato jest przecież tak krótko! Zamykając sezon działkowy, jak zawsze stwierdziłam, że ciepło jest tylko przez 5 miesięcy, a zimno – 7. Nawet nie po równo – tu rzeczywiście przydałyby się jakieś parytety.

W tym roku robiłam kilka razy dellagraciano, czyli danie z książki Oli Lazar „Kuchnia greco-polska i polsko-grecka dla początkujących”. Nazwa brzmi jakby danie pochodziło z Włoch, ale widocznie jest popularne również w Grecji. Zapiekankę można podawać jako samodzielne danie, ale również jako dodatek do mięsa. Mnie dobrze szła z ryżem.

Zapiekany bakłażan z pomidorami, papryką i serem

2 duże bakłażany

1/3 szklanki oleju

1/2 szklanki tartej bułki

1/2 szklanki bryndzy lub fety

1/2 szklanki rokpola lub tartego żółtego sera, np. morkiego

Sos:

4 łyżki oliwy

1 duża czerwona papryka

1 duża cebula

3 ząbki czosnku

1/2 szklanki słodkiego czerwonego wina (niekoniecznie)

1 szklanka przecieru pomidorowego (ja stosowałam 2 świeże pomidory + trochę przecieru)

1 łyżeczka tymianku

1 łyżeczka rozmarynu

1 łyżeczka słodkiej papryki

1 łyżeczka oregano lub majeranku

Zalewa (autorka książki robi to danie bez zalewy, ale w wersji klasycznej jest obowiązkowa i warto spróbować także klasyki):

2/3 szklanki jogurtu

3 jajka

1/3 szklanki mleka

pieprz, sól

Piekarnik rozgrzać do temperatury 180º C. Bakłażany umyć, odciąć zieloną łodygę i pokroić na centymetrowe plastry. Posmarować oliwą z obu stron, ułożyć na blasze (ja wyłożyłam blachę papierem po pieczenia) i piec do lekkiego zbrązowienia z każdej strony.

W tym czasie posiekać cebulę, obrać czosnek (też go posiekałam) i obsmażyć szybko na oliwie. Dodać posiekaną w cienkie paseczki paprykę, po kilku minutach dorzucić pomidory i przyprawy. Dusić, aż papryka będzie miękka, a aromat przypraw miło się przegryzie, zalać czerwonym winem lub wodą.

Na patelni uprażyć bułkę tartą, często mieszając, by się nie przypaliła.

Naczynie żaroodporne (suche) wysypać połową bułki tartej, ułożyć na niej warstwę bakłażanów, posypać serem, polać częścią sosu. Znów ułożyć bakłażany, ser, sos i włożyć do gorącego piekarnika (200º C).

W miseczce ubić jajka na lekką pianę, dodać pozostałe składniki zalewy i doprawić. Po 15 minutach zalać warzywa masą jajeczno-jogurtową, posypać resztą bułki tartej i piec, aż zalewa się zetnie i lekko urośnie, czyli ok. pół godziny. Wyjąć z piekarnika i podawać nieco ostudzone.

Wpis z 10.10.2016 r.

Tajska zupa z kurczakiem

Dzisiaj był piękny dzień, ciepły i słoneczny. Niejeden dzień lata nie był taki cieplutki. A skoro darowano nam letni dzień i można było popracować w ogrodzie, więc popracowałam i nawet zdążyłam podlać. Okazuje się, że zdążyłam przed deszczem. Wcale mi jednak nie szkoda podlewania, bo w nasze piaski mazowieckie wszystko wsiąka jak w piekło i zaraz znowu jest sucho. Roślinki będą miały więcej wody, o którą bardzo proszą.

W Kuchni spotkań jedliśmy pyszną zupę. Później dostałam od Krzysztofa mail pt. „Przepis od Krysi na zupę tajską”. Teraz zrobiłam rosół z kurczaka, więc ugotowałam zupę i bardzo polecam do spróbowania. Zupa jest trochę pikantna, ale to przecież zupa tajska, więc powinna taka być.

Zupa z kurczakiem

25 g cienkiego makaronu ryżowego lub sojowego

2 łyżeczki oleju roślinnego (użyłam odrobinę więcej)

2 łyżeczki tajskiej pasty curry czerwonej

1 pojedyncza pierś kurczaka

1/2 cebuli

1/2 czerwonej papryki

1 i 1/2 l bulionu drobiowego

150 g pieczarek (małych)

5 łyżek kukurydzy z puszki

250 ml mleka kokosowego

2 łyżeczki chińskiego sosu rybnego i sosu tabasco

szczypiorek

limonka

Makaron przygotować zgodnie z przepisem.

W garnku (ja użyłam woka) podsmażyć przez chwilę pastę curry, dodać drobno pokrojoną pierś kurczaka i smażyć mieszając ok. 3 minut. Dodać drobno pokrojoną cebulę i smażyć 2 minuty. Dodać cienko pokrojoną paprykę  i smażyć 2 minuty. Wlać gorący bulion i zagotować.

Pieczarki pokroić w cienkie plasterki i dodać do zupy, a następnie odcedzony, połamany makaron oraz kukurydzę i gotować ok. 5 minut. Doprawić sosem rybnym, mlekiem kokosowym, tabasco i dokładnie wymieszać.

Odstawić z ognia, posypać posiekanym szczypiorkiem i skropić limonką.

Wpis z 02.10.2016 r.

Konfitura z czarnego bzu

Jesień, krzaki czarnego bzu oblepione kiściami owoców – nic, tylko przetwarzać. Na razie mam jeszcze konfiturę z ubiegłego roku, a zdjęcie zrobiłam, gdy czarny bez miał jeszcze białe kwiaty. Konfitura pyszna, więc podaję przepis.

Konfitura z owoców czarnego bzu

1 kg dojrzałych owoców czarnego bzu, zebranych z dala od miasta i szosy

500 g cukru

sok z 1 cytryny

Baldachy opłukać na sicie, dać im troszkę czasu, żeby obciekły oraz troszeczkę podeschły i oddzielić od gałązek. Niektórzy polecają widelec, ale ja do widelca się nie przymierzałam i oskubuję. Trochę to trwa.

Owoce wrzucić do słoja, zasypać cukrem i pozostawić na noc, aby puściły sok (lekko potrząsnąć słojem, by cukier się troszkę przemieścił w dół, ale bez przesady – ma też pozostać grubszą warstwą na wierzchu). Następnego dnia zawartość słoja przełożyć do garnka z grubym dnem, zagotować i gotować na średnim ogniu. Trzeba mieć gar na oku i od czasu do czasu przemieszać zawartość drewnianą łyżką (im mniej metalu, tym lepiej). Gdy sok trochę odparuje, dodać sok z cytryny. Gotować do chwili, gdy konfiturka zgęstnieje, ale ciągle będzie pływała w syropie.

Pod koniec gotowania trzeba przygotować słoiczki. Ja wolę używać małych słoików, bo jak się go otworzy, to już trzeba w miarę szybko zjeść zawartość (otwarte przechowywać w lodówce). Słoiki wstawiam do większego gara, napełniam go zimną wodą, aby słoiki były zanurzone w całości i doprowadzam do zagotowania wody. Wtedy na chwilę wrzucam na wrzątek zakrętki. Potem wydobywam widelcem zakrętki i gorące kładę na kratce. Następnie wyjmuję gorące słoiki, stawiam na kratce, pozwalam chwilę obeschnąć i czym prędzej napełniam gorącą konfiturą. Zakręcam, stawiam do góry dnem i pozostawiam do ostygnięcia. Przeważnie robię takie rzeczy późnym wieczorem, idę spać i odwracam już rano.

Wpis z 25.09.2016 r.

Brownie

Obiecywali w telewizji deszcz na dzisiaj, ale nic z tego nie wyszło. Na mapie pogody w sobotę były narysowane same krople. Niestety żadna nie spadła. Patrząc na pole widoczne z okna widziałam, że krzaczki kołyszą się jak im wiatr zagra i nic. Poczułam się oszukana, bo nie podlałam wczoraj działki. Tak to jest wierzyć telewizji.

Na jesienne chłody proponuję pyszne brownie. Tym razem z dodatkiem czekolady mlecznej. Przepis dostałam od Agatki i testowałam już dwukrotnie.

Brownie

1 szklanka mąki pszennej

3 jajka

2 łyżki kakao

125 g masła

100 g czekolady gorzkiej

200 g czekolady mlecznej

1 szklanka cukru

szczypta soli

Blaszkę (moja ma 22 x 22 cm) wyłożyć papierem do pieczenia (można maznąć tłuszczem pod papierem, żeby się nie przesuwał).

Połamać lub pokroić drobniej jedną czekoladę mleczną i rozłożyć na dnie blaszki.

Ubić w misce 3 jajka, wsypać szklankę cukru i zmiksować.

Drugą czekoladę mleczną i gorzką połamać, dodać 125 g masła i wszystko razem rozpuścić w rondelku. Rozpuszczoną masę trochę przestudzić, dodać do jajek z cukrem i dokładnie wymieszać. Dodać szklankę mąki, sól, kakao, wymieszać i wylać na blaszkę z kawałkami czekolady. Wyrównać powierzchnię.

Piec ok. 30 minut w temp. 180º C.

Wpis z 18.09.2016 r.

Bułeczki dyniowe

Dynie obrodziły tego lata i zdecydowałam się kupić kawałek, żeby zrobić dyniowe bułeczki. Rzadko robię bułki, ale te bardzo lubię, więc uległam pokusie.

Bułeczki dyniowe

280 g dyni bez skóry i pestek

560 g mąki pszennej typ 550

20 g świeżych drożdży

1 łyżeczka cukru

1/3 szklanki ciepłej wody

1 jajko

2 łyżeczki soli

pestki dyni do posypania

Dynię (w 3-4 kawałkach) owinąć folią aluminiową, włożyć do piekarnika i piec 45 minut w temp. 180º C (można też piec w lekko natłuszczonym naczyniu żaroodpornym z pokrywką albo z niewielką ilością wody, gdyż folia aluminiowa nie jest najzdrowsza).

Drożdże rozrobić z ciepłą wodą oraz cukrem i pozostawić na 15 minut, aż drożdże zaczną pracować. Wówczas dodać mąkę, jajko, sól i upieczoną, rozgniecioną widelcem dynię. Ciasto dobrze wyrobić, żeby odchodziło od ręki chociaż jest troszkę lepkie. Jeśli ktoś piekł dynię z wodą – trzeba dodać trochę więcej mąki, a jeśli dynia okaże się za sucha – trzeba dodać trochę więcej wody. Później należy pozwolić ciastu wyrosnąć w misce owiniętej folią spożywczą – ok. 1 godziny.

Na blasze wyłożonej papierem do pieczenia układać uformowane bułeczki, posmarować je mlekiem lub wodą, ewentualnie białkiem i posypać pestkami dyni (mnie się zmieściło na blasze 9 bułeczek, a 3 pozostałe włożyłam do wyłożonej papierem podłużnej foremki). Bułeczki przykryć i pozostawić do wyrośnięcia na 30 minut.

Wyrośnięte bułeczki włożyć do rozgrzanego piekarnika i piec 15 minut w temp. 225º C.

Wpis z 11.09.2016 r.

Kurczak w kremowym sosie z bobem, marchewką i koperkiem

Jeszcze jedno danie z bobu. Pod Halą Mirowską ciągle jeszcze można go kupić. Jest coraz droższy, ale jest! Nieodmiennie bardzo lubię bób i kupuję go zawsze, gdy go spotkam. Tym razem też nabyłam (chociaż myślę, że można spróbować z mrożonym bobem) i zrobiłam danie wg przepisu znalezionego na blogu Moja Mała Kuchnia. Znalazłam w zamrażalniku słoiczek rosołu drobiowego zachomikowanego do dań chińskich, zebrałam świeżą śmietankę z prawdziwego mleka i potrawa wzbudziła prawdziwy entuzjazm przy stole.

Piersi kurczaka w kremowym sosie z bobem, marchewką i koperkiem

ok. 500 g piersi z kurczaka

300 g bobu, ugotowanego i obranego

1 cebula

1 marchewka

250 ml bulionu

ok. 100 ml śmietanki 30%

koperek – pęczek lub pół (zależy od wielkości pęczka)

odrobina oliwy, mąki, masła, soli, pieprzu i kurkumy

Pojedynczą pierś z kurczaka pokroić na 3 części, najpierw w poprzek na dwie części – grubszą i cieńszą, a następnie grubszą wzdłuż na dwa cieńsze filety. Mięso doprawić solą i pieprzem, posmarować oliwą i oprószyć mąką.

W garnku roztopić masło i podsmażyć na nim piersi z obu stron na lekko złoty kolor. Kurczaka przełożyć na talerz. Do tego samego garnka wrzucić pokrojoną w kosteczkę cebulę i chwilę smażyć (ja obsmażyłam tylko mięso na masełku, resztę podsmażyłam na oliwie). Dodać obraną i startą marchewkę i jeszcze chwilę smażyć. Następnie dodać obsmażonego kurczaka, wlać gorący bulion i całość zagotować. Garnek przykryć i całość gotować na umiarkowanym ogniu przez około 5 minut.

Do szklanki nalać kilka łyżek sosu z garnka, dodać trzy łyżki śmietanki i wymieszać. Dodać resztę kremówki i wymieszać. Śmietankę wlać do garnka z kurczakiem, dodać posiekany koperek, obrany bób i delikatnie wymieszać. Doprawić solą, pieprzem i kurkumą. Gotować bez przykrycia około minuty, aż sos trochę zgęstnieje. Można posypać świeżym koperkiem.

Wpis z 01.09.2016 r.

Cząber ogrodowy

Cząber ogrodowy (Satureja hortensis L.) pochodzi prawdopodobnie z rejonów Morza Śródziemnego i Czarnego oraz z Bliskiego Wschodu. W Europie pisano o cząbrze począwszy od XI w. jako o roślinie stosowanej w chorobach żołądka, wątroby czy jako środku moczopędnym. Wymieniają go kapitularze Karola Wielkiego, św. Hildegarda, Albert Wielki, K. v. Megenberg i inni. Roślinę tę uwidoczniono w planie ogrodu w St. Gallen. Do Europy Środkowej wprowadzili go mnisi w ogrodach klasztornych już we wczesnym średniowieczu i  stosowany był jako przyprawa kuchenna, lek oraz afrodyzjak. W Polsce cząber jest uprawiany od dawna. W XVI i XVII w. pisali o nim Marcin z Urzędowa czy Syreniusz.

Cząber kwitnie od czerwca do września i wówczas zbiera się ziele, suszy w pęczkach, w przewiewnych miejscach, z dala od słońca w temp. 25-30° C.

Ziele cząbru zawiera 1,4% olejku lotnego – do 20% cymolu, do 40% karwakrolu i pinen, garbniki 5-8%, substancje żywicowe i śluzowe oraz sole mineralne. Skład olejku lotnego cząbru jest zbliżony do olejku macierzanki i podobne jest też działanie ziela. Pobudza on wydzielanie soku żołądkowego i zmniejsza stany skurczowe jelit. Ponadto wykazuje dość istotne działanie przeciwbakteryjne i hamuje rozwój drobnoustrojów. Dzięki garbnikom łagodzi stany zapalne w przewodzie pokarmowymi działa przeciwbiegunkowo. Napary dodane do kąpieli leczą stany zapalne skóry. Napar z cząbru jest dobrym środkiem przeciwko glistom ludzkim. Dawniej uważano, że pobudza seksualnie.

Napar do picia: 10 g ziela zalać szklanką wrzątku i pić 2-3 razy dziennie po ½ szklanki.

Świeże listki można dodawać do zupy ziemniaczanej, fasolowej, grochowej, kapuśniaku czy z soczewicy, sosów, np. z żółtym serem, sałatek z fasolką szparagową, mięsnych, ziemniakami czy po prostu do zielonej sałaty, do ryb, potraw mięsnych (z baraniny, wołowiny, wieprzowiny), nadzienia drobiowego, warzyw strączkowych gotowanych czy duszonych (zapobiega wzdęciom), grzybów duszonych (oprócz pieczarek) i warzyw marynowanych.

Cząber wchodzi w skład pieprzu ziołowego.

Źródła:

1) Dr inż. Metera P. „O możliwościach stosowania świeżych ziół w kuchni”, „Wiadomości Zielarskie”1985 nr 4 s. 23,

2) Nowiński M. „Dzieje upraw i roślin leczniczych”, PWRiL, 1983,

3) Rumińska A. „Rośliny lecznicze”, PWN, 1981,

4) „Ziołolecznictwo: poradnik dla lekarzy” pod red. A. Ożarowskiego, PZWL, 1976.

Wpis z 31.08.2016 r.

Kuskus z bobem i suszonymi pomidorami

Miałam być dzisiaj gdzie indziej, ale deszcz spowodował, że zwiałam do domu i jestem z tego powodu bardzo zadowolona. Mogłam obserwować deszcz przez okno, a nie moknąć.

U mnie bób w jeszcze jednej postaci. Jako fanka bobu, mam kolejną propozycję jego przyrządzenia. Świetnie mi szło to danie w upały jako sałatka (również z fasolką mung zamiast bobu), ale można je podać jako dodatek do kotleta. Taką sałatkę można zapakować do miski i zabrać do pracy lub w plener.

Sałatka z bobem

1/2 szklanki kaszy (to właściwie nie jest kasza) kuskus – najlepiej razowego

250 g bobu

80 g suszonych pomidorów

2 łyżki oliwy z suszonych pomidorów

1 mały ogórek małosolny

ewentualnie 2 łyżki octu jabłkowego

1 łyżeczka suszonego cząbru lub 2 łyżeczki świeżego, posiekanego

sól, pieprz cayenne

Bób ugotować i obrać.

Kuskus przygotować wg przepisu na opakowaniu, ostudzić i dodać do bobu. Następnie dodać suszone pomidory pokrojone na niewielkie kawałki, pokrojony w kostkę ogórek małosolny, przyprawy, oliwę z pomidorów i ewentualnie trochę octu jabłkowego. Schłodzić w lodówce ok. 1/2 h.

Wpis z 21.08.2016 r.

Zupa pomidorowa

Lato nam się załamało. Ma depresję, czy co? Co tu robić gdy sierpień przebiera się za październik? Myślałam, że dzisiaj zajmę się ogródkiem, ale musiałam zająć się czymś innym. Nawet się ucieszyłam, bo ostatnio wszystkie weekendy poświęcałam na zajęcia w ogrodzie, a tu miła odmiana – prace domowe. Nawet dzieci nie biegały dzisiaj po osiedlu.

Co do dzieci, to znajomy ostatnio opowiadał o rozmowie jego dwóch wnuczek (5 i 2,5 roku). Posprzeczały się:

– Nie będę się z tobą bawić!

– Ja też nie będę się z tobą bawić!

– Nie lubię cię!

– Ja ciebie też nie lubię!

– Nie ożenię się z tobą!

Najpierw cisza, a później z wyrzutem:

– To nie było miłe.

Uśmiałam się.

Skoro jest zimno, proponuję gorącą zupę pomidorową. Zaczęłam taką robić zimą, gdy pomidory nie bardzo miały smak, ale przypadła nam do gustu i teraz też robię z dodatkiem suszonych pomidorów i koncentratu, bo dzięki nim zupa jest trochę ostrzejsza.

Zupa pomidorowa

1,2 l wody

2 marchewki

1 pietruszka

kawałek selera

1 nieduża cebula

200 g pomidorów, sparzonych i obranych ze skórki

30 g suszonych pomidorów

2 łyżki koncentratu pomidorowego

2 łyżki masła

sól, pieprz, cukier do smaku

2 łyżki śmietany

Wodę zagotować, wrzucić oskrobane marchewki oraz pietruszkę i obrany kawałek selera. Garnek przykryć i ugotować wywar. Gdy warzywa będą już prawie miękkie, dodać pokrojone w kawałki pomidory. Gotować 5 minut.

Cebulę posiekać i udusić na maśle.

Wyjąć z wywaru warzywa. Zmiksować wywar z ugotowanymi pomidorami, pomidorami suszonymi (można dodać łyżkę oliwy z pomidorów), uduszoną cebulą i 2 łyżkami koncentratu. Zupę zagotować, przyprawić i na koniec dodać śmietanę wymieszaną z niewielką ilością zimnej wody (jeśli zupa ma być lżejsza, można dodać jogurt zamiast śmietany).

Podawać z makaronem lub ryżem.

Wpis z 13.08.2016 r.

Malinowo

Maliny to jedne z moich ulubionych owoców. Dlatego zrobiłam bardzo malinowy deser z serkiem i galaretką. W czasie upałów ten schłodzony w lodówce deser jest bardzo smaczny.

Deser malinowy

2 opakowania naturalnych serków Apetina

200 g malin + ok. 180 g do dekoracji

2 łyżki cukru

1 opakowanie galaretki malinowej

Serki zmiksować z cukrem oraz 200 g malin i nałożyć równe porcje do 7 pucharków lub kompotierek. Udekorować malinami, zanurzając je częściowo w serku. Galaretkę przygotować według przepisu na opakowaniu, ostudzić i delikatnie wlać cieniutką warstwę do każdej kompotierki (trzeba lać po owocach, by nie zmętniała). Wstawić kompotierki do lodówki i poczekać, aż warstewka galaretki zastygnie. Następnie resztę galaretki rozlać do kompotierek, wstawić do lodówki i poczekać do zastygnięcia.

Wpis z 05.08.2016 r.

Kotleciki z bobu

W Warszawie lato, obchody Powstania Warszawskiego, wczoraj bardzo uroczyste. Kiedyś Anna Dziewit napisała, że „Warszawa to jest blizna, a blizny rzadko kiedy są ładne”. Napisała to w 2005 r., a od tego czasu miasto nie wyładniało. Powstało kilka wysokich wieżowców w Centrum, wolne miejsca zabudowano betonem i szkłem, a mnie bolą niszczejące od lat kamienice, często ciekawe architektonicznie, z dobrej, zdrowej przedwojennej cegły. Tylko zamurowano w nich drzwi i okna. Ludzie mogliby tam mieszkać, mogłyby być remontowane, ale nie uchwalono odpowiednich przepisów, więc straszą i niszczeją dalej.

Musiałam to napisać, bo o tym się w ogóle nie mówi. Widocznie tylko mój odbiór jest taki. Może dlatego, że lubię stare domy.

Jednak nie ma być na smutno. Kotleciki z mojego ulubionego bobu to sama przyjemność. Zawsze lubiłam jeść bób ugotowany, ale w tym roku nie smakuje mi tak bardzo, jak zawsze (jest bardziej suchy) i robię z niego różne potrawy. Robiłam też kotleciki z samego bobu, ale z dodatkiem ziemniaków okazały się smaczniejsze.

Kotleciki z bobu i ziemniaków

1/2 kg bobu

250 g ziemniaków

1 średnia cebula

1/2 łyżki suszonego cząbru lub 1 łyżka świeżego, posiekanego

1 jajko

sól, pieprz

mąka

olej do smażenia

Bób ugotować w osolonej wodzie i obrać z łupinek. W trakcie obierania rozgniatać go na bieżąco widelcem, póki jest gorący.

Ziemniaki ugotować w mundurkach, obrać i przecisnąć przez praskę.

Cebulę posiekać, udusić na oleju i lekko podsmażyć, a następnie drobno posiekać.

Połączyć w misce bób, ziemniaki oraz cebulę i doprawić solą, pieprzem oraz cząbrem. Dodać jajko i dobrze wyrobić masę. Mokrymi dłońmi formować nieduże kulki, każdą rozpłaszczyć, obtoczyć w mące i smażyć na oleju. Wykładać na papierowy ręcznik, aby wchłonął tłuszcz.

Wpis z 02.08.2016 r.

PB170002.JPG

Tzatziki (kuchnia grecka)

Lato w mieście może zmęczyć jedynie upałami w nagrzanych murach, ale w tym roku jest pod tym względem dość ulgowo. Niebo często się chmurzy i pada deszcz. Patrzę na moje miasto, gdzie przerzedzony wakacjami ruch samochodowy pozwala nareszcie na normalne przejazdy, ale akcja zmniejszenia liczby reklam nie powiodła się. Większe banery zajmuje przeważnie Robert Lewandowski reklamujący różne rzeczy, ale mniejszych i całkiem małych ogłoszeń jest mnóstwo. W drodze do domu robią na mnie największe wrażenie głównie dwa, przyklejone do barierek przy jezdni. Jedno, dosyć przerażające, dał chyba jakiś Hun wyposażony w buldożer. Jest krótkie i zdecydowane: „Wykopię, wyburzę, wyrównam”. Aż mi ciarki po plecach chodzą, gdy to czytam. Drugie ogłoszenie przykleił chyba sam Bill Gates, bo kogo innego byłoby na to stać? Brzmi ono: „Kupię wszystkie samochody”. Co on zrobi z tymi samochodami, jak już kupi wszystkie?

Moje ulubione ogłoszenie wisiało na tablicy koło czyjegoś domu przy drodze z Warszawy do Stefanowa. Strasznie je lubiłam, ale w tym roku zniknęło, więc pokażę Wam zdjęcie archiwalne. Numery telefonów usunęłam, żeby nie było.

Latem bardzo lubię grecki sos tzatziki. Szybki, bezproblemowy i pyszny, a pasuje prawie do wszystkiego – do pieczywa, do kotletów warzywnych i mięsnych, do warzyw, do pieczonych ziemniaków, do dań z grilla. Tym razem zrobiłam go do kotlecików z bobu z ziemniakami. Sosik robi się właściwie „na oko”, ale podaję uśredniony przepis.

Tzatziki

400 g gęstego jogurtu greckiego

1 średni ogórek

1 ząbek czosnku

sól i świeżo zmielony pieprz

Ogórek obrać, zetrzeć na tarce „w łezkę” i wymieszać z jogurtem. Dodać czosnek przeciśnięty przez praskę, sól i pieprz. Dobrze byłoby troszkę ten sosik schłodzić i dać mu trochę czasu, żeby się „przegryzł”, ale można podawać od razu, gdy jogurt wyjmiemy z lodówki.

Właściwie powinno się posolić startego ogórka, odstawić i wylać sok, ale ja uważam sok za tak cenny, że tego nie robię. Najwyżej sosik będzie troszkę mniej gęsty. Niektórzy dodają do tzatziki trochę octu vinaigrette. Też będzie pyszny.

Wpis z 27.07.2016 r.

PB100031.JPG

Pierożki samosa (kuchnia indyjska)

Lubię te pierożki bardzo, ale tylko w wersji domowej. Jadłam je na Zanzibarze, gdzie wpływy indyjskie są bardzo widoczne, jadłam u Hindusa w Warszawie. W wersji mięsnej i w wersji wegetariańskiej, ale nie zachwyciły mnie. Albo były nijakie i tylko tłuste, albo były tak pikantne, że nie czuć było ich smaku, a przede wszystkim były zbyt duże. Sama przetestowałam kilka przepisów i najbardziej smakują mi pierożki z przepisu Zuzy Gałuszki, więc tę wersję podaję. Gdy zrobiłam pierożki, został mi jeszcze farsz, więc następnym razem zrobię mniej farszu albo więcej ciasta.

Oczywiście smażone pierożki nie są potrawą odchudzającą. Jeśli nie zostaną zjedzone od razu, proponuję ich odgrzewanie w piekarniku, ale bez natłuszczania blachy, bo nie ma takiej potrzeby.

Pierożki samosa

Ciasto:

25 dag mąki pszennej

7 dag masła

1/2 łyżeczki soli

80 ml ciepłej wody

Farsz:

1/2 kg ziemniaków

2 łyżki oleju

1/2 łyżeczki nasion gorczycy

1 łyżeczka kminku

3 suszone i posiekane papryczki chili czerwone lub zielone (kto nie lubi zbyt pikantnych potraw, niech doda tylko trochę ostrej papryki)

1/2 puszki zielonego groszku (ok. 130 g, ale można dodać trochę więcej – ja użyłam świeżego groszku gotowanego 15 minut, a przedtem używałam groszku mrożonego)

1 cebula

1/2 łyżeczki kurkumy

1 łyżeczka mielonej kolendry

1 łyżeczka soli

kilka gałązek świeżej kolendry (ja użyłam suszonych listków)

olej

Ziemniaki ugotować w mundurkach (ok. 20 minut).

W dużej misce wyrobić ciasto. Najpierw dodać do mąki miękkie masło i sól, wyrabiać ok. 10 minut, po czym dodać ciepłą wodę i energicznie wyrobić elastyczne i miękkie ciasto. Podzielić je na 9 kulek. Każdą obracać w dłoniach, a potem rozpłaszczyć, formując płaski placek. Wałkować placki, by osiągnęły średnicę ok. 10 cm. Każdy placek przeciąć na pół – półkola staną się kopertami dla farszu i odłożyć przykryte ściereczką (ja robiłam placki po kolei, wałkowałam i lepiłam od razu pierożki).

Ugotowane ziemniaki ostudzić, obrać i pokroić w kosteczkę. Odstawić.

Cebulę posiekać w drobną kostkę.

Na patelni rozgrzać olej, wsypać gorczycę, a gdy zacznie strzelać, dodać resztę przypraw: kminek, chili, kurkumę, kolendrę i stale mieszając, cebulę. Całość dusić ok. 1 minuty, aż cebula zmięknie. Dodać ziemniaki. Zmniejszyć ogień i przykryć. Dusić ok. 5 minut, co jakiś czas mieszając, aż ziemniaki połączą się z przyprawami. Dodać zielony groszek i jeszcze raz wymieszać. Masę połączyć z posiekanymi listami kolendry i odstawić do ostygnięcia. Gdy farsz będzie chłodny, przygotować półksiężyce ciasta. Ich proste brzegi zwilżyć letnią wodą. Połączyć, by powstały rożki.

Rożki napełniać mocno farszem i porządnie zlepiać brzegi.

Pierożki smażyć partiami w głębokim oleju, aż się ładnie przyrumienią. Odsączać na ręczniku papierowym. Podawać gorące.

Takie pierożki samosa jadłam w barze na Zanzibarze. W Warszawie zwykle mają kształt stojących stożków i są pieczone, a nie smażone.

Wpis z 17.07.2016 r.

Sałatka z młodej kapusty

Wczoraj nagle zrobił się ziąb. Powiedziałabym, że lodówka, ale nie powiem, bo w mojej lodówce tak nie wieje. Choinki za oknem wyginały się na wszystkie strony, a wierzba płacząca potrząsała mocno lokami i trochę się obawialiśmy, czy nie złamie jej się jakaś gałąź. Dzisiaj wiatr odpuścił, ale nadal jest chłodno.

Mimo wszystko zrobiłam letnią sałatkę. Znalazłam ją na blogu Apetycznie-Klasycznie już w maju, ale dopłynęłam do zrobienia dopiero teraz i bardzo nam smakowała. Kapusta nie jest już tak młoda jak w maju, ale nadal się nadaje.

Sałatka z młodej kapusty

1 młoda kapusta (teraz kapusty są już większe, więc wzięłam ćwiartkę)

1 duża czerwona papryka

1 mała puszka kukurydzy

kilka gałązek koperku

sól

Sos:

2-3 łyżki jogurtu naturalnego

1 łyżka majonezu

1 łyżka octu jabłkowego

1 mały ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę

1 łyżka keczupu (pominęłam)

sól i pieprz

Kapustę pokroić w cienkie paseczki, posolić i odstawić na ok. 20 minut. Paprykę drobno pokroić, koperek posiekać. Wszystkie składniki sosu dokładnie wymieszać.

Kapustę odcisnąć, dodać paprykę, odsączoną kukurydzę i koperek. Dodać sos i wszystko delikatnie wymieszać. Włożyć na ok. 20 minut do lodówki, żeby się „przegryzła”.

Wpis z 07.07.2016 r.

Czereśnie są dobre na wszystko!

Czereśnia (większość odmian – Prunus avium L.) hodowana pochodzi od czereśni dziko rosnącej i jest znana od niepamiętnych czasów na terenach zbliżonych do południowych granic umiarkowanej strefy półkuli północnej. Wielu badaczy uważa, że jej pochodzenie jest przednioazjatyckie. Czereśnia na tych terenach wyróżnia się wielką różnorodnością form dzikorosnących oraz endemicznych odmian uprawowych.

Pliniusz ok. 50 r n.e. pisał, że Lukullus na swych słynnych ucztach podawał czereśnie i wiśnie sprowadzone z Kapadocji, Pontu, Persji, ale źródła dowodzą, iż przed Lukullusem takie drzewa rosły w Grecji czy Italii.

Czereśnie były ulubionymi owocami Ludwika XIV – Króla Słońce, który jadał je prosto z drzewa, natomiast Ludwik XV lubił te owoce obierane ze skórki i pestek rączkami swoich przyjaciółek.

Polska stanowi północną granicę zasięgu czereśni (i wiśni). W krajach produkujących dużo czereśni, np. w Niemczech, organizuje się specjalne imprezy i festyny im poświęcone. Na imprezy zjeżdżają okoliczni mieszkańcy i dużo turystów, by objadać się owocami. W Niemczech czereśnie są traktowane wyjątkowo i jako jedyne mogą być sprzedawane w pobliżu dróg.

Czereśnie należy jadać, gdyż są pyszne i zdrowe. 100 g czereśni to jedynie 60 kcal, a owoce zawierają: cukry, kwasy organiczne (jabłkowy, cytrynowy, ślady kwasu winnego i salicylowego), substancje mineralne, garbniki i barwniki. Nasienie zawiera amigdalinę. W skład owocu czereśni wchodzą: 72-86% wody, cukry 8-12%, 04-0,8% kwasów organicznych, 0,05-0,15% garbników, 0,82% błonnika, 0,43-0,6% popiołu.

W zależności od odmiany czereśnie zawierają więcej lub mniej witamin: A, B1, B2, C, E, P, PP i kwasu foliowego. Maksymalną aktywność witaminową wykazują odmiany o ciemnoczerwonej skórce.

Surowcem leczniczym są nie tylko owoce, ale też szypułki (napar z ogonków jest moczopędny i służy odchudzaniu) oraz guma czereśniowa. Nawet liście zawierają w czerwcu 24,6-217 mg% witaminy C.

Czereśnie są zasadotwórcze. Zawierają m. in. lewulozę, która jest łatwo przyswajalna przez cukrzyków.

Właściwości lecznicze są rozmaite: przeciwinfekcyjne, antyreumatyczne, moczopędne, odświeżające, odtruwające, pobudzające wzrost cebulek włosowych, odmładzające tkanki, pobudzające naturalne reakcje obronne organizmu, przeczyszczające, regulujące pracę wątroby i żołądka, uspokajające, usprawniające pracę gruczołów wydzielania wewnętrznego. Są wskazane m. in. przy artretyzmie (opuchlizna rąk, zniekształcenie stawów), cukrzycy, demineralizacji organizmu, dolegliwościach pęcherza moczowego, gośćcu, dolegliwościach serca, kamieniach żółciowych i moczowych, miażdżycy, otyłości, schorzeniach wątroby i przy stałym uczuciu zmęczenia.

Warto zrobić sobie 1-2 dniową wyłącznie czereśniową kurację oczyszczającą organizm , sprzyjającą wydalaniu toksyn.

W lecznictwie ludowym sok czereśniowy stosowany jest jako środek wykrztuśny w nieżytach oskrzeli, a odwar z miąższu owoców stosowany jest jako środek przeciwgorączkowy, lek na poprawę apetytu oraz do zmniejszania procesów fermentacyjnych w jelitach.

Czereśni nie należy popijać zimną wodą, bo można dostać rozwolnienia. Nie należy też jadać tych owoców przed posiłkami mięsnymi, bo utrudniają one jego trawienie.

W Polsce jada się czereśnie raczej na surowo, ale Niemcy chętnie je przetwarzają. Robią z czereśni kompoty, soki, syropy i nalewkę Kirschwasser (czereśniówkę). Ładnie opakowane przetwory są sprzedawane w małych lokalnych sklepikach.

Źródła:

1) Górnicka J. „Apteka natury”, Warszawa: AWM,

2) Gumowska I. „Czy wiesz co jesz?”, Warszawa: Wydawnictwo „ALFA”, 1985,

3) prof. dr hab. Mowszowicz J. „Znaczenie lecznicze i odżywcze owoców jadalnych” cz. III, „Wiadomości Zielarskie’ 1984 nr 1, s. 18,

4) dr Sitarek M. „Czereśnie i wiśnie”, Warszawa: Wydawnictwo „Działkowiec”, 2002.

Wpis z 04.07.2016 r.

Kompot z czereśni na zimę

Przyszło lato i zdążyło już być upalne. Często bywało tak, że było słonecznie w czerwcu, a gdy zaczynały się wakacje, to jak nożem uciął – od razu deszcze. A jak będzie w tym roku? Według amerykańskich prognoz w Europie deszczowo. Ciekawe, czy prognozy się sprawdzą.

Ja skończyłam już dietę. Tym razem trwała ponad 4 tygodnie, dopóki niektórzy życzliwi, w tym MDK stwierdzili, że już za bardzo schudłam. Co prawda nikt nie dawał mi pieniędzy z okrzykiem Romea z Makuszyńskiego: „Masz, idź, ubierz się w mięso!”, ale zgodziłam się z delikatniejszymi argumentami. Dlatego zaczęłam pić kawę, chlebek i poczułam się jak człowiek, a nie jakaś marchewka.

Otworzyłam też kompot z czereśni, żeby spróbować, jak mi wyszedł ubiegłoroczny przetwór. Nawet dwa kompoty otworzyłam, bo zrobiłam według dwóch przepisów. Podaję przepis na ten lepszy kompot autorstwa Margarytki. Nie jestem koneserem kompotów, prawdę mówiąc, nawet nie lubię kompotów. Żadnych. Uwielbiam czereśnie, ale świeże. Natomiast w fazę kompotów wchodzi zimą MDK i dla niego je robię.

Czereśni do kompotu nie trzeba drylować, natomiast warto sprawdzić, czy nie ma w nich robaków. Na wszelki wypadek można je na kilka minut zostawić w wodzie z dodatkiem 2 łyżek octu, a potem jeszcze opłukać pod bieżącą wodą.

Kompot z czereśni

2 kg czereśni, umytych (z pestkami)

250-300 g cukru lub ksylitolu na 1 l wody

Wodę zagotować, rozpuścić cukier lub ksylitol i zalać owoce ułożone w gorących, wyparzonych słoikach. Pasteryzować 20-25 minut w garnku wyłożonym ściereczką i wypełnionym wodą do wysokości 2/3 słoików, ustawić do góry dnem i poczekać do ostygnięcia.

Wpis z 26.06.2016 r.

Pulpeciki z indyka z pieczarkami

Sezon działkowy trwa, więc w weekendy mam mnóstwo zajęć w ogrodzie. Nadal jestem na diecie, ale tylko ja, więc zrobiłam pulpeciki z indyka. Są takie dobre, że muszę je robić przynajmniej raz w miesiącu i zawsze są przyjmowane z entuzjazmem.

Jutro zaczyna się lato – nie mogę uwierzyć, że zaraz mija już półrocze 2016 roku!

Pulpeciki z indyka z pieczarkami

1 pierś indyka (ok. 1 kg)

200 g pieczarek

1 cebula (ok. 100 g)

1 jajko

pieprz, sól

1/2 łyżeczki słodkiej papryki, 1 łyżeczka grzybów suszonych zmielonych w młynku

1/4 szklanki bułki tartej (może być ciut więcej)

mąka do obtoczenia

olej do smażenia

Pieczarki pokroić w plasterki i lekko podsmażyć na oleju, przełożyć do garnka.

Cebulę pokroić w półplasterki, lekko podsmażyć na oleju i zmielić w maszynce razem z piersią indyka. Dodać jajko, przyprawy i bułkę tartą i bardzo porządnie wyrobić razem. Należy się naprawdę przyłożyć do wyrabiania, żeby wszystko się dobrze połączyło i zmieszało – prawie jak do ciasta.

Formować z mięsa kuleczki wielkości orzechów włoskich, obtaczać w mące i partiami podsmażać na średnim ogniu, a każdą partię kulek przekładać do garnka z pieczarkami (kulki można też podpiec w piekarniku na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w temp. 180º C ok. 30-40 minut). Gdy wszystkie kuleczki wylądują w garnku, zalać je gorącą wodą, dodać trochę soli, zagotować, zmniejszyć ogień, przykryć i dusić ok. 30 minut.

P.S.

Podsmażone pieczarki można też zmielić razem z mięsem.

Wpis z 20.06.2016 r.

Brownies Nigelli Lawson

Nadal jestem na diecie, ale mogę sobie przecież powspominać, po czym się właściwie odchudzam. Brownie to jest coś, co po prostu uwielbiam – ten wspaniały smak i zapach mięciutkiej czekolady! W tym wcieleniu jest po prostu przepyszna.

Może Was to zdziwi, ale będąc na diecie bardzo chętnie sobie oglądam przeróżne pyszności. Gotuję też normalnie, bo normalnie prowadzę dom, ale zaprogramowałam sobie, że na razie tego nie jem, no i nie jem. Odbiję sobie, jak sobie zrobię na to miejsce. To, że ja nie jem, nie oznacza, że cały świat ma nie jeść, więc podaję przepis (ja robię z połowy składników, ale podaję cały przepis).

Brownies

375 g masła

375 g dobrej jakości gorzkiej czekolady

6 dużych jajek

1 łyżka ekstraktu z wanilii

500 g cukru pudru

225 g mąki

1 łyżeczka soli

300 g posiekanych orzechów włoskich

Masło i czekoladę rozpuścić w garnuszku z grubym dnem. Lekko przestudzić.

W osobnym naczyniu wymieszać roztrzepane jajka z cukrem i wanilią.

W następnej misce wymieszać mąkę z solą.

Zawartość naczyń połączyć dokładnie mieszając i dodać orzechy.

Formę 33 x 23 cm (ja wzięłam foremkę na połowę składników 26 x 14 cm wysmarowaną masłem i wysypaną tartą bułką).

Piec 20-25 minut w temp. 180º C. Trzeba to robić z wyczuciem, aby ciasto nie było zbyt suche. Ma być suche na wierzchu i lepkie w środku – trzeba sprawdzać patyczkiem.

Kroić po ostudzeniu.

Wpis z 12.06.2016 r.

Potrawka z dyni butternut

Jestem na diecie dr Dąbrowskiej. To już czwarty raz. Staram się co roku przez 6 tygodni prowadzić dietę, żeby oczyścić organizm (i schudnąć przy okazji). Na takiej diecie mogę być wyłącznie wtedy, gdy jest ciepło, bo inaczej marznę. Dlatego teraz, przy cieplutkiej, a ostatnio upalnej wiośnie, przyszedł na to czas. Mimo to prowadzę normalny dom i normalnie gotuję. Przeważnie zdrowo gotuję, a teraz mam na to nastrój. Stąd potrawa kuchni ajurwedyjskiej z blogu Agnieszki Wielobób, prowadzącej wykłady i warsztaty na temat jogi i ajurwedy.

Potrawka z dyni butternut

540 g dyni butternut (ciemnopomarańczowej) pokrojonej w średniej wielkości kostkę

3 cebulki pokrojone w grubszą kostkę

1 opakowanie tofu wędzonego pokrojonego w kostkę

po 1 łyżeczce majeranku lub rozmarynu

ok. 40 ziarenek kozieradki rozdrobnionej w moździerzu

2 łyżeczki kminu rzymskiego

sól i pieprz cayenne do smaku

5-6 łyżek oleju rzepakowego nierafinowanego

5 plasterków imbiru pokrojonych w kosteczkę

trochę kardamonu (nie został wymieniony, ale występuje w dalszej części przepisu)

Na patelni rozgrzać olej. Wrzucić kozieradkę, a po chwili kmin rzymski. Następnie dodać cebulkę, wymieszać i dusić na malutkim ogniu pod przykryciem. Do zeszklonej cebuli dodać tofu, posypać kardamonem, majerankiem i rozmarynem.

Po ok. 5 minutach dodać dynię, lekko wymieszać, przykryć i dusić do miękkości. Dynia nie powinna się rozpadać. Pod koniec duszenia dodać odrobinę pieprzu cayenne oraz soli.

Serwować z kaszą np. gryczaną (ja wzięłam jaglaną).

Wpis z 05.06.2016 r.

Chleb jęczmienny

Ten chleb tak zasmakował MDK, że piekę go ostatnio co tydzień. Przepis znalazłam w książce Eleonory Trojan „Tradycyjne pieczywo”. Pieczywo tzw. jęczmienne ma to do siebie, że mąka jęczmienna stanowi tam zawsze tylko dodatek, ale jest wyczuwalna i wpływa na smak oraz konsystencję chleba. Gdyby użyć tylko takiej mąki, pieczywo by się kleiło. Nawet gdy mąka jęczmienna jest jedynie dodatkiem, podczas wyrabiania ciasto się trochę klei.

Do 2 łyżek zakwasu dodaję wieczorem tyle mąki i wody, by wyszła szklanka i pozostawiam na noc w misce przykrytej folią spożywczą, a chleb robię rano.

Chleb jęczmienny

1/2 szklanki mąki żytniej (używam mąki typ 720)

1/2 szklanki mąki jęczmiennej

2 szklanki mąki pszennej (używam mąki typ 650 lub 550)

1/4 paczki świeżych drożdży

1 szklanka zakwasu

1 szklanka wody

2 łyżeczki soli

olej do natłuszczenia formy

otręby do wysypania formy (to mój dodatek)

Do zakwasu dodać pokruszone drożdże i letnią wodę (ja dodaję 1/2 szklanki), wymieszać i odstawić w ciepłe miejsce.

Przesiać wszystkie rodzaje mąki, a gdy zaczyn podrośnie, dodać go do mąki i posolić (na tym etapie przygotowuję 1/2 szklanki wody, rozpuszczam w niej sól, dodaję ok. 1/2 łyżeczki kurkumy i ok. 1/4 łyżeczki ostrej papryki). Wyrobić dosyć rzadkie ciasto, nakryć je folią i odstawić w ciepłe miejsce. Gdy podwoi swoją objętość, wyrobić je ponownie.

Blaszkę wysmarować olejem, wysypać otrębami i przełożyć ciasto. Odstawić na 1/2 godziny.

Według przepisu wstawić ciasto do piekarnika rozgrzanego do temperatury 210º C, na dnie którego powinno znajdować się naczynie z wodą i piec ok. 1 godziny. Z uwagi na to, że ja nie piekłam w blaszce tylko w podłużnym garnku rzymskim, wkładałam garnek do zimnego piekarnika.

Studzić na kratce.

Tyle przepis, ale ja już od dawna piekę ten chleb bez drożdży, a jedynie na zakwasie.

Dlatego dodaję trochę mniej wody, aby chleb był miękki, ale nie rzadki (dodaję wodę stopniowo). Rano dodaję do zakwasu wszystkie składniki z przepisu (bez drożdży) i odstawiam na 3-4 godziny (w tym czasie wyrabiam ciasto 3 razy). Po tym czasie smaruję naczynie żaroodporne olejem i wysypuję otrębami.

Chleb wyjmuję z miski na blat wysypany niewielką ilością mąki i składam jak kopertę, tzn. formuję kwadrat i zakładam na siebie najpierw górę i dół, a później boki ciasta. Następnie formuję podłużny bochenek, wkładam do garnka i przykrywam garnek pokrywą. Pozostawiam do wyrośnięcia na 3-4 godziny. Wkładam do zimnego piekarnika i piekę ok. 45 minut. Po tym czasie zdejmuję pokrywę i dopiekam chleb ok. 15 minut, by się ładnie zarumienił. Studzę na kratce.

Wpis z 30.05.2016 r.

S6300748-001.JPG

Obrazki z Morza Czerwonego

Nie wytrzymaliśmy, kupiliśmy wycieczkę i polecieliśmy do Egiptu, żeby popływać w Morzu Czerwonym. Ciągnęła nas ciepła kąpiel i cudowne rafy. Podobno jeszcze w Australii są tak piękne, ale to za daleko.

W związku z obecną sytuacją Egipt jest stosunkowo tanim kierunkiem, więc w czwartek zapadła decyzja, że jedziemy, a w sobotę już wylecieliśmy. Oczywiście do Marsa Alam, bo tam się nam najbardziej podoba. To jednak nadal jest wioska, a nie miasto.

Tym razem będzie więcej o niebezpiecznych zwierzętach morskich. Nawet zaczęłam zapoznawać się z nazwami ryb, które fotografuję. Na przykład dowiedziałam się, że niebieska rybka, którą zawsze nazywałam ryjkiem, nazywa się gomfos dziobaczek (akurat ta ryba nie jest niebezpieczna).

Ta ryba nazywa się belona krokodylia. Ma długą paszczę pełną zębów i może mierzyć nawet 1,5 m. Potrafi dynamicznie wyskoczyć z wody i przebić swoją ofiarę.

Rozdymka Arothron diadematus. Ryby należące do rozdymkowatych niby tak sobie spokojnie pływają, ale lepiej ich nie denerwować, bo zawierają silnie trującą tetrodotoksynę. Jak się zestresują, to się nadymają, a ich zęby są naprawdę mocne.

Ta ładna rybka po lewej, to Ostracion cyanurus należąca do rozdymkokształtnych. Jak należy do rozdymkokształtnych, to też lepiej się do niej za bardzo nie zbliżać.

Płaszczki mogą mieć mocne zęby w kilku rzędach. Ogon często zakończony jest kolcem jadowym. Australijski przyrodnik i telewizyjny popularyzator wiedzy o zwierzętach, Steve Irwin, zginął z sercem przebitym kolcem ogończy. Ta płaszczka płynęła z wyprężonym ogonem, więc zaczęłam się zastanawiać, czy atakuje na wstecznym, czy jednak wygina ogon do boju. Nie będę tego jednak sprawdzała, bo ta wiedza może się okazać nieprzydatna.

A tego potwora z głębin nie udało mi się zidentyfikować. W dzień siedział pod rafą, nawet raz wpakował się tam, gdzie mieszkają skrzydlice i nie widzieliśmy, żeby wychodził. Pod wieczór wypływały skrzydlice, a on twardo siedział dalej. Z plam najbardziej przypomina kosterę gruzełkowatą, ale ona mierzy podobno do 45 cm, a ten potwór był znacznie większy. Poza tym na zdjęciach żadna kostera nie ma czerwonych oczu, a ten jakby miał.

Skrzydlice ogniste – ryby motyle – nie należą do najmilszych. Ich ciało mierzy do 45 cm długości. Posiadają jadowite kolce i jeśli zbyt blisko się podpłynie – mogą gwałtownie podpłynąć do nurka i je w niego wbić. Powoduje to silny i długotrwały ból, a w razie reakcji alergicznej, może się nawet skończyć tragicznie. Dlatego, gdy skrzydlica ustawia kolce do ataku, lepiej czym prędzej odpłynąć.

Skrzydlica promieniopłetwa.

A na koniec przemiła i towarzyska papugoryba, żeby nie było, że w morzu pływają tylko groźne stworzenia. A te ryby, o których pisałam też nie są niebezpieczne jeśli się nie podpływa za blisko, nie próbuje się ich dotknąć i nie drażni w inny sposób.

Wpis z 26.05.2016 r.

Kawa

P1010012-008.JPG

Ojczyzną kawy (Coffea L.) jest etiopska prowincja Kaffa, od której pochodzi nazwa i gdzie kawa rośnie dziko do dzisiaj. Według legendy tam właśnie pasterz kóz zauważył, że jego zwierzęta chętnie jedzą owoce dziko rosnącego drzewka, a potem wykazują ożywienie, które nie pozwala zapędzić ich na noc do zagrody. Pasterze ugotowali te owoce z masłem i solą. Posiłek bardzo im smakował i dodawał energii.

Z Etiopii kawa dostała się w XIII-XIV w. na Półwysep Arabski do Jemenu i prawdopodobnie tam zaczęto przyrządzać wywar z ziaren – kawę, który stał się ulubionym napojem Beduinów. Oczywiście nie znali oni przyczyny działania napoju z wygotowanych ziaren „drzewa życia” i nie wiedzieli o istnieniu kawowej „duszy”, którą nazwano później kofeiną, ale podobały im się skutki picia kawy i wysoko ją cenili. Tym bardziej, że Prorok zabronił swoim wyznawcom picia alkoholu, więc kahwa oznaczająca „wynoszący na wysokość” stawała się coraz popularniejsza. Zajęto się więc uprawą kawowca. Znana jest arabska recepta na 3 filiżanki kawy, z którym pierwsza winna być gorzka jak życie, druga – słodka jak miłość, trzecia – tajemnicza jak śmierć.

W 1658 r. Holendrzy założyli plantacje kawowe na Cejlonie, w 1690 i 1699 r. na Jawie, a stamtąd uprawa rozprzestrzeniła się na inne wyspy Archipelagu Sundajskiego. W Gujanie Francuskiej pierwsza plantacja powstała w 1719 r. i stamtąd potajemnie przewieziono kawę do Brazylii. W wieku XVIII kawa rozprzestrzeniła się w całej strefie tropikalnej.

W Europie kawa zaczęła być znana w 1592 r., gdy włoski lekarz i botanik Prosper d’Alpino, towarzyszący weneckiemu poselstwu do Egiptu, opisał ją jako lekarstwo (czyli zaczynała podobnie jak coca-cola). Jednak Kościół katolicki przez dłuższy czas traktował kawę nieufnie i nazywał ją „napojem diabelskim”. Dopiero papież Klemens VIII na przełomie XVI i XVII w. uznał, że byłoby grzechem pozostawić ten napój niewiernym i stwierdził, iż „zwyciężymy szatana błogosławiąc ją jako napój chrześcijański”. Pierwsza w Europie kawiarnia powstała w 1650 r. w Marsylii, a później w Paryżu i Londynie. Pierwszą kawiarnię w Wiedniu „Pod niebieskim gołąbkiem” (Zur blauen Taube), a według innego źródła „Pod błękitną flaszką” założył Polak, Franciszek Jerzy Kulczycki vel Franz Georg Kolschitzky, który za usługi wywiadowcze na rzecz obrońców Wiednia obleganego przez Turków, otrzymał w 1683 r. zdobyte w obozie Kara Mustafy zapasy kawy, branej początkowo za paszę dla wielbłądów. Z Wiednia zwyczaj picia kawy przeniesiono do innych krajów Europy środkowej.

Dziś kawa jest niezwykle ważna w gospodarce światowej i zajmuje drugie miejsce po ropie naftowej (trzecia jest bawełna) wśród światowych eksportowanych surowców i produktów żywnościowych. Największe plantacje kawy znajdują się w Ameryce Południowej, Środkowej oraz w Afryce. Potentatem jest Brazylia, skąd pochodzi 1/3 światowej produkcji.

Znaczenie gospodarcze mają tylko niektóre gatunki kawy. Głównymi odmianami są łagodniejsza arabica i bardziej gorzka, zawierająca więcej kofeiny robusta. Owoc jest wielkości wiśni, a w nim znajdują się 2 owalne pestki, spłaszczone z jednej strony, czyli tzw. ziarna kawy (szczególnie cenione są owoce z jedną dużą pestką). Słodki miąższ pestkowców kawy jest jadalny. Smakiem przypomina trochę owoce dzikiej róży.

 

Kawa ma w sobie coś, co powoduje, że wielu znanych ludzi poświęciło jej szczególną uwagę. Na przykład Talleyrand twierdził, że kawa powinna być czarna jak diabeł, gorąca jak piekło, czysta jak anioł i słodka jak miłość.

Pisarz Robert Escarpit napisał o kawie felieton w „Le Monde”, w którym lekceważąco odniósł się do międzynarodowej lury podawanej do śniadań hotelowych. Z powagą opisał natomiast trzy wielkie europejskie koncepcje kawy, czyli kawę-napar, znaną głównie w krajach protestanckich – surową i nie rozpieszczającą zmysłów, mającą tylko tę zaletę, że właściwie tylko ona spełnia uczciwie i funkcjonalnie wyznaczoną jej rolę napoju. Druga to kawa espresso jest par excellance katolicka, a jej stolicą jest Rzym. „Hołdując wymogom mistyki, gardzi bytem materialnym i ograniczając się do zwilżenia dna filiżanki, koncentruje całą swą energię w nieuchwytnych zaletach aromatu i podniety duchowej”. Trzecią jest kawa po turecku – ostatni, ale niezniszczalny ślad imperium otomańskiego, wyniesiony przez Islam do roli napoju filozofów. Spożywanie kawy stanowi lekcję mądrości. „Uczy nas ona, że posiadanie jest niczym i że liczą się jedynie przyjemności, jakich dostarcza wyobraźnia i pamięć. W istocie bowiem kawa po turecku daje nam tylko dwie radości: zapach, urzekający nas przed jej wypiciem; a następnie, po wypiciu (a raczej zjedzeniu), niewysłowioną ulgę w postaci szklanki lodowatej wody, którą bez skutku staramy się przepłukać usta”.

Nasiona kawy palonej zawierają ok. 35% węglowodanów, 10-17% tłuszczu, 8% związków białkowych i wolnych aminokwasów, 5-10% polifenoli – głównie kwas chlorogenowy, 1-3% kofeiny, mieszaninę związków aromatycznych oraz tzw. substancje drażniące. W ziarnach znajdują się pewne ilości składników mineralnych, ale porcja kawy nie jest istotniejszym źródłem tych składników. Z witamin istotna jest tylko niacyna – w jednej filiżance naparu znajduje się 6-18% dziennej normy tej witaminy. Wartość energetyczna 100 ml naparu kawy to jedynie 2 kcal, ale już kawa słodzona 1 czubatą łyżeczką cukru, to już 32 kcal, a cappuccino – 40 kcal.

Z nasion sporządza się napój i pozyskuje kofeinę. W niektórych krajach tropikalnych napój jest przyrządzany również z podprażonych i zmielonych liści lub parzy się liście jak herbatę.

Podczas palenia nasion kawy tworzy się kafeol, czyli zespół substancji aromatycznych), nadający napojowi niezrównany smak i aromat, natomiast sacharoza ulega karmelizacji z tworzeniem się karmelu nadającym nasionom barwę ciemnobrązową, a napojowi – brązową. W handlu znajdują się głównie palone nasiona kawy.

Kawa ma właściwości przejściowego zwiększania sprawności myślenia, zmniejsza senność oraz zmęczenie.

W lecznictwie ludowym krajów tropikalnych używa się nasion przy zatruciach opium, cholerze i innych chorobach.

Kofeina jest trucizną, którą rośliny wytwarzają w celu ochrony przed szkodnikami.

W medycynie kofeina stosowana jest najczęściej w razie przytłumienia ośrodkowego układu nerwowego dla zwiększenia psychicznej i fizycznej zdolności do pracy, zatruć narkotykami, niewydolności układu sercowo-naczyniowego i oddechowego (rozszerza oskrzela) oraz migrenach. Kofeina zapobiega tworzeniu się kamieni żółciowych.

Nadmierne spożycie kofeiny (ponad 500-600 mg dziennie) może powodować nadmierną pobudliwość, zmiany nastroju, przyspieszony oddech, bezsenność, depresję, nudności i biegunki, a długotrwałe nadużywanie kofeiny może prowadzić do uzależnienia.

Kofeiny nie powinno się podawać dzieciom, starszym osobom oraz w wypadku zwiększonej pobudliwości, bezsenności, nadciśnienia, stwardnienia tętnic, organicznych schorzeń układu sercowo-naczyniowego, nieżytu żołądka i choroby wrzodowej żołądka.

Niektóre badania wskazują, że picie kawy może nasilać schorzenia sercowo-naczyniowe poprzez wzrost ciśnienia krwi, stężenia cholesterolu LDL, homocysteiny i spadek stężenia cholesterolu HDL. Wzrost stężenia cholesterolu LDL i homocysteiny następuje zwłaszcza przy spożywaniu kawy niefiltrowanej. W innych badaniach nie wykazano wpływu picia kawy na wzrost ryzyka chorób sercowo-naczyniowych i zaburzeń rytmu serca. Niektóre prace wskazują nawet, iż picie kawy jest dla serca korzystne.

Ważny jest sposób parzenia kawy. Stosowanie w ekspresie filtra papierowego (nie metalowego) nie powoduje podwyższenia cholesterolu we krwi, gdyż filtry papierowe zatrzymują kafestol i kahweol. Działanie miażdżycorodne wywiera głównie kawa zalewana wrzątkiem lub gotowana, tzw. po turecku, znacznie mniejsze kawa z ekspresu.

Kawy powinny unikać lub ją ograniczać osoby starsze z osteoporozą ze względu na jej wpływ na gospodarkę wapniem, osoby z chorobą wrzodową i z dolegliwościami przewodu pokarmowego, z hipercholesterolemią, osoby zagrożone chorobą niedokrwienną serca, osoby z nadczynnością tarczycy, kobiety ciężarne i karmiące.

Ciekawe są badania wskazujące, że kawa zmniejsza ryzyko rozwoju cukrzycy typu 2 i choroby Parkinsona. Wstępne badania sugerują też pozytywny wpływ przeciwnowotworowy przy nowotworach jelita grubego i wątroby, a nieliczne badania wskazują, że umiarkowane picie kawy przez osoby starsze może ograniczać spadek funkcji poznawczych.

Kawa jest w diecie jednym z głównych źródeł akryloamidu. Jest to związek tworzący się w procesie palenia kawy, uznany przez Międzynarodową Agencję do Badań nad Rakiem za prawdopodobnie kancerogenny dla ludzi.

Zielone ziarna kawy zawierają znaczne ilości kwasu linolowego (36-46%) obniżającego poziom lipidów we krwi, a także ciśnienie tętnicze krwi.

Źródła:

1) P. Czikow, J. Łaptiew „Rośliny lecznicze i bogate w witaminy”, Warszawa: PWRiL, 1983,

2) Dr Sa’eed Bawa „Kawa i herbata: używka globalna” cz. 2, „Bezpieczeństwo i Higiena Żywności” 2008 nr 12, s. 32-35,

3) „O kawie i herbacie prawie wszystko” oprac. B. Bomertówna, Warszawa: Pagina, 1998,

4) Śliwka-Szczerbic „Ryż i dynamit”, Warszawa: „Książka i Wiedza”, 1971,

5) Tarasiewicz K. „Przygody z kawą i herbatą: anegdoty wydarzenia”, Warszawa: VEDA, 2000,

6) Wierzejska R. „Kawa –szkodzi czy pomaga?”, „Przemysł Spożywczy” 2010 nr 12 s. 18, 20,22,

7) „Wiadomości Zielarskie”1989 nr 8/9, s.33-34.

Wpis z 13.05.2016 r.