Archiwum kategorii: Podróże

Nie tylko Petra

Z Jordanią kojarzy się od razu Petra, a jest tam naprawdę wiele do obejrzenia. W starożytności tereny Jordanii były włączane do różnych imperiów: asyryjskiego, babilońskiego, egipskiego, greckiego, rzymskiego, bizantyjskiego i perskiego. Dlatego jest tak różnorodna i tak różne ludy w niej mieszkają. Zresztą Jordania do dzisiaj jest schronieniem dla wielu uchodźców, w tym Palestyńczyków, a piękna królowa Rania pochodzi z Palestyny i jest swoim rodakom przychylna.

Pustynia Wadi Rum jest niesamowita. Można tam podziwiać ciekawe formacje skalne i nie dziwota, że organizowane są plenery fotograficzne, w których ceni się walory światła o różnych porach dnia. Piękno pustyni opisał m. in. brytyjski agent Thomas Edward Lawrence, który był zafascynowany tym miejscem i ukrywał się tam razem z wojskami emira Fajsala. Powstał o nim nawet film „Lawrence z Arabii”, a tamtejsi ludzie go pamiętają i otaczają szacunkiem jego wizerunek wyrzeźbiony na jednej ze skał na pustyni. Swoją drogą ciekawe, jak zmieniło się podejście do Arabów we współczesnym świecie. Europejczycy chyba zawsze byli zafascynowani kolorowym i bogatym orientem, natomiast dzisiaj za sprawą polityki, niektórzy ludzie podchodzą do tych rejonów z niechęcią. Akurat Jordania jest najbardziej europejskim z krajów arabskich i najchętniej współpracuje z innymi kulturami.

Chętnie bym spędziła na pustyni Wadi Rum więcej czasu. Jest możliwość wynajęcia namiotu i – w zależności od standardu – każdy może sobie taki namiot zarezerwować. Posiadacze grubszych portfeli mogą sobie wynająć białe „kosmiczne” luksusowe bańki widoczne na trzecim zdjęciu. Pustynię można zwiedzać terenówką lub pojeździć na wielbłądzie.

Ruiny zamku krzyżowców znajdują się w kilku miejscach. Można zwiedzić Kasr-al-Szaubak czy Kerak.

Miasto Madaba jest jednym z głównych ośrodków mozaikarstwa.

Z Góry Nebo przy dobrej widoczności można zobaczyć Jerozolimę i Morze Martwe. Stąd Mojżesz patrzył na Ziemię Obiecaną, do której nie wszedł, gdyż nie było mu to dane. Mojżesz zmarł na tej górze i został pochowany w dolinie.

Cytadela w Ammanie (zdjęcie pierwsze), czyli starożytnej Filadelfii. Geograf arabski Mukaddasi w 985 r. nazwał miasto Mieczem Pustyni. Widać musiało być wojownicze.

W muzeum na wzgórzu Cytadeli można obejrzeć wiele ciekawych starożytnych artefaktów. Stąd też widać wspaniałą panoramę stolicy. Ten większy biały budynek na górze w oddali (zdjęcie drugie), w otoczeniu zieleni, to pałac królewski. Na trzecim zdjęciu widać m. in. amfiteatr.

Tam na wysokiej górze stoi zamek Ajlun. Jest to przykład obronnej architektury islamu z okresu wojen krzyżowych.

Jedno z najlepiej zachowanych rzymskich miast na Bliskim Wschodzie – Jerash (starożytna Geraza), zwane Pompejami Wschodu. Miasto zostało założone przez legiony Aleksandra Wielkiego w II w. p.n.e. Można tu obejrzeć m. in. Łuk Triumfalny Hadriana, przejść główną ulicą Cardo, zobaczyć hipodrom, świątynię Zeusa, świątynię Artemidy, miejskie teatry ze wspaniałą akustyką, Bramę Północną. Ciekawą funkcję pełniły podłużne kamienie na kolumnach – ich dźwięk ostrzegał przed trzęsieniami ziemi.

Starożytne miasto zostało szczelnie obudowane nowym miastem, przez co nie jest należycie wyeksponowane. Szkoda, bo zasługuje na to, by mówić o nim jako o jednym z cudów świata starożytnego.

Odpoczynek nad Morzem Martwym. Muszę stwierdzić, że od strony Izraela trafiliśmy kiedyś na ładniejsze i lepiej zagospodarowane kąpielisko, ale kąpiel w tym morzu (a właściwie jeziorze) leżącym w największej depresji na Ziemi (430, 5 m p.p.m.) jest jedyna w swoim rodzaju. Zasolenie, które powoduje, że woda sprawia wrażenie tłustej, nie można się w niej zanurzyć i z trudem zmienia się pozycję jest niezapomnianym przeżyciem. Według tradycji na jego dnie spoczywają Sodoma i Gomora.

Czytałam trochę o Jordanii, m. in. „Autobiografię” królowej Noor, pochodzącej z USA żony poprzedniego króla Jordanii Husajna. Królowa ta była bardzo zaangażowana w sprawy kraju i Jordańczyków. Założyła fundację i organizowała wiele programów mających na celu wypromowanie Jordanii w świecie oraz programów społecznych, aby wydobyć niektóre obszary kraju z biedy, np. w regionie, gdzie wypasano owce, stworzono możliwość tkania dywanów. Tym zajmowały się kobiety, ale nie wszyscy mężczyźni im pomagali. Znalazł się też taki, który bezczynnie się przyglądał pracy żony, a następnie zgłosił się do fundacji, by mu znalazła drugą taką żonę (większość Arabów stać tylko na jedną żonę, ale mogą mieć do czterech żon). Z książki można się dowiedzieć wiele ciekawych szczegółów o Jordanii.

Piękna Petra

Zawsze chciałam zobaczyć ten wąwóz na własne oczy. Przeszłam Kolorowy Kanion na Synaju i marzyłam o zobaczeniu Petry. Te niesamowite, barwne formy z piaskowca warte są obejrzenia, a kolejnym cudem są wpasowane w skały budowle. Wykuli je ok. 2000 lat temu Nabatejczycy tworząc miasto tętniące niegdyś życiem, opuszczone z nieznanych przyczyn w końcu VIII w. Większa część Petry nie została jeszcze odsłonięta i może to ona da odpowiedź na pytanie o powstanie i upadek nabatejskiej cywilizacji.

Na zwiedzenie Petry potrzeba ok. tygodnia, a przynajmniej 2 dni, gdyż zajmuje ona prawie 100 km2. Na przejście najbardziej podstawowego szlaku o długości 8 km, potrzeba 3,5 do 4 godzin.

W Petrze wykuto również wodociągi (poziome wgłębienie), a okazuje się, że zimą potrafi tam spaść śnieg!


Wśród licznych grobowców ten najsłynniejszy, królewski, czyli tzw. Skarbiec z I w. p.n.e. Jego nazwa jest związana z legendą, iż na szczycie fasady umieszczono skarb faraona.

Teatr przebudowany przez Rzymian.

Najtrudniejszy jest powrót w upale, bez cienia, który daje wąwóz.

Gdy już dojdziecie do wyjścia, polecam klimatyzowaną restaurację z pysznym jedzeniem i wcale nie taką drogą jak na to słynne miejsce. Można tu odpocząć i zjeść obiad za ok. 10 USD, czyli w cenie, którą nam podawano w wielu innych restauracjach, a są i droższe, bo Jordania w ogóle jest droga.

Przedłużenie lata

Jesień mamy piękną i trochę jeszcze letnią, więc po deszczu, pod podwójną tęczą pojechaliśmy na grzyby.

Najpierw ucieszyliśmy się z podgrzybków. Są takie śliczne i smaczne, że najchętniej zmieniłabym im nazwę z pod-grzybków na jakąś bardziej szlachetną.

Okazało się, że podgrzybków jest mało, poza tym kilka koźlaków i dwie kanie, ale najwięcej było prawdziwków: 90 sztuk – ponad 3 kg.

Pierwszy raz w życiu znalazłam prawdziwki w pęczku. Do tej pory widywałam w takich pęczkach jedynie opieńki, a niespodziewanie spod trawy wyjęłam 19 prawdziwków!

W lesie trafiła się też jakaś nietypowa żmija czy też może wężyk o długości ok. 1 m. Nie zdążyłam sfotografować głowy, ale nie znalazłam takiego gada w atlasie polskich gadów. Miał jasną smugę wzdłuż głowy. Nie był to więc zaskroniec, który ma plamy w poziomie, a nie wzdłuż i nie wiem, co to było.

To nie jest tylko wrażenie lata, ale jakby nadal lato, tylko chłodniejsze. U mnie w doniczce na balkonie dojrzewają truskawki. Na chłodne noce zabieram je jednak do domu.

 

 

 

 

Rafy i pustynia

Dzisiaj zapraszam pod wodę. Egipskie rafy w Morzu Czerwonym są niesamowicie piękne i pełne niespodzianek. Tym razem wypatrzyłam dużą ośmiornicę. Miała łeb wielkości głowy człowieka i długie ramiona. Gdy płynęła, była jasna i wyglądała jak kometa. Popłynęłam nad nią i robiłam zdjęcia. Zauważyła to, a ośmiornica w odróżnieniu od ryb potrafi uważnie patrzeć …

Przez jakiś czas była zwinięta w kłębek udając, że jest kamieniem i trudno ją było odróżnić od kawałka rafy. Nadal jej się przyglądałam. Wówczas pociemniała, przestała udawać rafę i zaczęła wyciągać ramiona, szukając może czegoś do jedzenia.

Odpływając była prawie czarna.

Ośmiornica jest niesamowitym stworzeniem. Ma dużą głowę, jest inteligentna i ma trzy serca. Jej macki posiadają receptory smakowe. Badania DNA wykazały, że ośmiornice zwyczajne posiadają wyjątkowo duży genom.

Badając społeczne zachowania ośmiornic, naukowcy stwierdzili, że ciemny kolor ośmiornicy może oznaczać postawę agresywną, a jasny – spokój i uległość. Gdy jasna ośmiornica spotyka ciemniejszą, przeważnie schodzi jej z drogi. Zmiana koloru może więc wynikać z próby kamuflażu albo sygnalizować nastrój zwierzęcia. Nie wiem, czy „moja” ośmiornica chciała się przede mną schować, czy może była już wkurzona urządzoną jej sesją zdjęciową, skoro tak pociemniała.

Dałam spokój ośmiornicy i zaczęłam oglądać oglądać innych mieszkańców morza.

Błazenek dwupręgi – bardzo wdzięczna rybka.

Spod niektórych raf widać było wystające, bardzo długie czarne kolce jeżowców. Trzeba uważać, żeby nie wejść na taki kolec, bo to boli, a w dodatku długo się goi. Podobno pomaga przyłożenie na noc połówki zielonej papai (jeśli jest akurat dostępna). Słyszałam, że po papajowym okładzie, rano można taki kolec wyciągnąć. Szczęśliwie nie musiałam wypróbować na sobie tej metody.

Obok jeżowca śliczna papugoryba.

Następna papugoryba w innym kolorze. Tym razem wyjątkowo duża.

Spłoszyłam jakiś ogon. Może to mała murena szara?

Fistulka wygląda jak patyk z kolcem. Osiąga maksymalnie 2 m długości.

Ta piegowata rybka to chyba graniec zmienny.

Rogatnica kolczasta zielona osiąga długość do 60 cm i ta na zdjęciu na pewno była maksymalnie wyrośnięta. Rogatnica ma zawsze ponurą minę i raczej nie należy wchodzić jej w drogę, zwłaszcza w okresie rozmnażania, gdyż pilnuje swojego terytorium i potrafi ugryźć.

Jedna z rzadko spotykanych przeze mnie ryb – żagiewka piegowata. Prawdziwie złota rybka.

Na koniec zdjęcie z pustyni. Widoczne w perspektywie jeziorko, okolone roślinnością to fatamorgana. Robiąc zdjęcie byłam bardzo ciekawa, czy fatamorgana na nim wyjdzie. Miałam wątpliwości, ale wyszła! Okazało się, że aparat widzi to samo, co oczy.

 

 

 

Jedlińskie kusaki

O widowisku „Ścięcie śmierci” na koniec karnawału odbywającym się corocznie w Jedlińsku dowiedziałam się kilka lat temu i bardzo chciałam je zobaczyć, bo to jedyny taki obrzęd w Polsce. Odbywa się on zawsze w ostatni wtorek karnawału, a „kusaki” oznaczają zapusty. Dopiero w tym roku udało nam się tam wybrać.

W Jedlińsku byli obecni fotoreporterzy, dziennikarze, telewizja, historycy i etnografowie oraz turyści z całego kraju. Czytałam, że mogło tam być ok. 3000 osób. Udział w imprezie jest bezpłatny.

Z „Echa Dnia Radomskiego” oraz ze strony www.konik.pl dowiedziałam się, że rodowód tego widowiska sięga XVI w., a odbywa się ono z okazji „prawa miecza” otrzymanego niedługo po lokacji miasta w 1530 roku. Było to prawo do ścinania złoczyńców.

Jedlińsk jest obecnie trochę zaniedbanym małym ośrodkiem – gminą wiejską pod Radomiem, ale w XVI-XVII w. było to miasto, w którym funkcjonowała szkoła ariańska oraz szkoła wyższa. W XVII-XVIII w. miejscowe gimnazjum podlegało Akademii Krakowskiej.

Obrzęd „Ścięcia śmierci” w XIX w. był bardziej rozbudowany niż obecnie. Wówczas na wieść przyniesioną przez kościelnego odźwiernego, że śmierć się upiła, zgubiła kosę na łąkach nad rzeką i śpi pod Spaloną Groblą, wyruszano po nią i przyprowadzano w tryumfalnym pochodzie na rynek miasta. Obecnie odbywa się dalsza część widowiska wg autorstwa księdza Jana Kloczkowskiego (choć też na podstawie trochę zmienionego scenariusza), czyli wkroczenie na rynek uroczystego korowodu postaci zwanych kusakami oraz sąd nad śmiercią. Wśród postaci są diabły, para młodych, krakowianki, wójt Pardoła, niedźwiedź, policjanci, Żydzi, prosty lud, Cyganie, rybacy, grajkowie i wiele innych, a wszystkie, także kobiece, są grane przez mężczyzn.

Widowisko ma formę wierszowaną i jest mocno moralizatorskie. Burmistrz oraz ławnicy sądzą śmierć krzywdzącą ludzi, odbierającą życie ich bliskim. Po wielu oskarżycielskich mowach zapada wyrok skazujący śmierć na karę śmierci.

Niestety przebierańcy stali przed sceną i trochę zasłaniali widok, a fotoreporterzy też mieli pierwszeństwo i trudno było zrobić lepsze zdjęcia.

Pojawia się kat, który najpierw przemawia, a następnie ścina śmierci głowę. Lud świętuje i tańczy. 

Zwłoki śmierci umieszczane są na wozie, do którego zaprzężony jest koń (podobno też na saniach, ale to jest możliwe wtedy, gdy leży śnieg, czyli nie tym razem), a potem są wywożone z rynku na pogrzeb.

Ścięcie śmierci to nie tylko jej ukaranie, ale też symboliczny koniec zimy. Warto zobaczyć to jedyne w swoim rodzaju widowisko.

 

 

 

 

 

Kuba – rzut oka na Hawanę i okolice

Zachwyciłam się Habana Vieja (Starą Hawaną). Nawet nie podejrzewałam, że jest taka piękna, a przecież została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Wiele budynków popadło w ruinę, ale wspaniała zabudowa kolonialna jest pieczołowicie odnawiana. Środki na renowację zapewnia fundusz, do którego trafia 1-2% obrotów hoteli i restauracji dzielnicy oraz niektórych usług, np. dorożek.

Na zdjęciu powyżej Gran Teatro de la Habana.

Pochodząca z czasów amerykańskich wybudowana w 1929 r. kopia amerykańskiego Kapitolu – Capitolio Nacional obecnie jest remontowana.

Wszechobecne na Kubie pranie wywieszone na zewnątrz może nie upiększa otoczenia, ale w wilgotnym klimacie jest raczej koniecznością. Nasza drobna przepierka wisiała w pokoju 2 dni i ciągle była mokra. Pomogło dopiero wywieszenie ciuchów na słońce.

La Bodeguita – jedna z ulubionych knajpek Ernesto Hemingwaya, gdzie pijał Mojito i Daiquiri.

Katedra w Hawanie, gdzie znajduje się m. in. figura Jana Pawła II

Katolicyzm jest religią dominującą na Kubie, chociaż po rewolucji dobra kościelne zostały znacjonalizowane i 80% księży opuściło wyspę. Dopiero w latach 90. partia złagodziła swój stosunek do Kościoła, a po wizycie Jana Pawła II w 1998 r. przywrócono obchody świąt Bożego Narodzenia, pojawiły się choinki i Mikołaje.

Pomimo chrystianizacji, której byli poddawani afrykańscy niewolnicy przez Hiszpanów, zachowali oni jednak również swoje rytuały i czcili swoje bóstwa kultu Lucumí utożsamiając je ze świętymi katolickimi. Z tego połączenia kultów powstała santeria. Jej wyznawcy (yabos) ubierają się na biało i czczą np. Matkę Boską jako boginię Oszun. Wróżą z muszelek. Wróżba ta nazywa się kauri. Ja kupiłam sobie podwójną laleczkę Chango albo Szango utożsamianą ze św. Barbarą.

  

Yabos uważają, że należy unikać wychodzenia na dwór wcześnie rano przed świtem, bo wówczas na ulicach przebywa zły duch Echus. Dobre duchy są przyciągane poprzez kąpiel w perfumach, kwiatach mariposy (narodowy kubański kwiat) i w cascarilli – maleńkich bezach robionych ze sproszkowanych skorupek jajek.

Najwspanialszy cmentarz, jaki widziałam – Cristobal Colón, gdzie w przepięknych marmurowych grobowcach spoczywają poeci, rewolucjoniści i inni zasłużeni Kubańczycy.  Z powodu braku miejsca, rodziny tych mniej zasłużonych po dwóch latach od pogrzebu są wzywane do zabrania szczątków swoich bliskich, by zrobić miejsce dla innych.

Grób Polaka Karola Roloffa-Miałowskiego, zmarłego w 1907 r. generała armii kubańskiej walczącego o wyzwolenie Kuby spod panowania hiszpańskiego. Po wojnie do końca swojego życia był ministrem skarbu na Kubie.

Castillo de la Real Fuerza – XVI-wieczna twierdza otoczona fosą, a bliżej cocotaxi – śmieszny pojazd mieszczący kierowcę i 2 pasażerów. Cenę za przejazd ustala się z kierowcą przed kursem. MDK, który uwielbia się targować, bardzo chciał, żebyśmy pojechali cocotaxi. Młoda dziewczyna za kierownicą podała cenę 10 peso. MDK natychmiast przystąpił do targów i powiedział, że nie da więcej niż 5 peso. Pomimo dalszych rozmów dziewczyna nie zgodziła się. Kiedy odchodziliśmy, jeszcze z daleka MDK z kierowcą pokazywali sobie na palcach, ile ten kurs powinien kosztować. W końcu dziewczyna przystała na 7 peso i poprosiła pasażera, który już zdążył wsiąść do jej cocotaxi, by się przesiadł do następnej. Kiedy już nas dowiozła do celu i wysiedliśmy, MDK dał jej 8 peso. Przez chwilę patrzyła zaskoczona, a potem głośno się roześmiała. Nam też było wesoło.

Dom Ernesta Hemingwaya ok. 12 km od Hawany. Dom jest pełen pamiątek po pisarzu, a leży na dość dużym terenie, gdzie Hemingway sprowadzał drzewa z całego świata.

Na terenie posiadłości można obejrzeć jacht pisarza, jego basen, a także nagrobki ulubionych psów.

O Kubie można napisać bardzo dużo i wskazać mnóstwo ciekawych miejsc, które warto obejrzeć. Żeby opowieść o wyspie nie była za długa, wycięłam sporo zdjęć dotyczących różnych miejsc, trzciny cukrowej czy cygar. Do bardzo wielu miejsc nie dotarłam, bo byliśmy tam zbyt krótko, niestety.

 

 

Kuba – kraj bez McDonalda

Kuba powitała nas chłodno. Nad oceanem wisiały chmury tak ciemne jak nad Bałtykiem, wiał zimny wiatr i nie było tak, jak powinno. „Kuba, wyspa jak wulkan gorąca” przypomniałam sobie szczękając zębami pod cienkim prześcieradełkiem stwierdzając, że te Karaiby to przereklamowane. Dobrze, że była jeszcze narzuta i ciepłe koce. I rum. Pewien Polak z Kanady pocieszył nas, że i tak mamy szczęście, bo trzy dni przed naszym przyjazdem temperatura spadła z 33º C do 18 i lało. Na szczęście deszcz nie padał w czasie naszego pobytu i z dnia na dzień robiło się coraz cieplej. Zaczęło świecić słońce i ociepliło się na tyle, że można było się kąpać i plażować, ale upałów nie doświadczyliśmy.

Właściwie to jechałam na Kubę bez entuzjazmu. MDK chciał tam jechać, a ja miałam opory. Pamiętałam Polskę w czasach, gdy w półkach był tylko ocet i groszek zielony, a o Kubie myślałam jak o Rumunii pod koniec lat 80. tylko cieplejszej. Wyobrażałam sobie smutnych, szarych ludzi stojących w kolejkach po wszystko.

Pomyliłam się. Ludzie byli bardzo sympatyczni, życzliwi, uśmiechnięci, rozśpiewani i roztańczeni. Gdziekolwiek nie pojedziecie, usłyszycie śpiewaków ulicznych wykonujących pieśń Guantanamera, czyli opowieść o dzielnej wiejskiej dziewczynie z Guantanamo. Na weselach podpici goście potrafią o tym śpiewać dodając coś nowego nawet 2 godziny!

W Hawanie całkiem sporo dobrze ubranych młodych ludzi. A kolejek nie było z tej prostej przyczyny, że nadal obowiązuje na Kubie system kartkowy. Każdy Kubańczyk posiada libretę – książeczkę na przydział następujących artykułów: jajka, pieczywo, kurczak, wieprzowina, sól, ziemniaki, ryż, mydło, fasola oraz papier toaletowy. Co pewien czas odżywa na wyspie dyskusja o zniesieniu kartek, ale wiele, zwłaszcza starszych osób, protestuje. Trudno się nawet dziwić. System kartkowy obowiązuje od kilkudziesięciu lat, artykuły na kartki są znacznie tańsze niż te w sklepach bez kartek (takich jak kiedyś u nas sklepy komercyjne), co przy tutejszych pensjach  wynoszących w przeliczeniu 8,70-26,00 USD (przeliczyłam na dolary, bo myśmy w Polsce zarabiali kiedyś po ok. 20 USD, ale tam amerykańskie wrogie dolary nie są nigdzie przyjmowane, walutą jest peso), a zwłaszcza groszowych emeryturach jest dla ludzi jedyną szansą zaopatrzenia. Inna rzecz, że kartki nie dają gwarancji kupienia swojego przydziału, bo dostawy są bardzo skąpe.

Niebieskie meduzy na plaży wyglądają jak torebki z jakimś napojem z ozdobnym zamknięciem.

Pierwszy raz w życiu byłam w hotelu, gdzie w każdych drzwiach był wizjerek.

Pamiątki to głównie Che Guevara: na pocztówkach, okładkach książek, kalendarzach, koszulkach, ale też na ścianach domów. Fidela Castro było niewiele: trochę na pocztówkach i nielicznych książkach, jakaś gazetka ścienna w którymś muzeum poświęcona el comendante, zero pomników. Dowiedzieliśmy się, że Fidel Castro nie życzył sobie pomników. Ciekawostką jest, że nie potrafił tańczyć salsy, co niektórzy mieli mu za złe, bo przecież każdy Kubańczyk powinien mieć salsę we krwi!

W wielu miejscach można zobaczyć różne hasła rewolucyjne: na ścianach domów albo tu przy drodze wielką pięść wymierzoną w USA. Zdjęcie robiłam przejazdem przez szybę – że też akurat tutaj postawili ten słup!

Miasteczko Matanzas – widać ślady dawnej świetności, niszczejące piękne domy, chociaż niektóre odnowione. To duża rzecz w kraju, gdzie zdobycie materiałów budowlanych i farb jest takie trudne.

Pełno tu rowerów, dorożek i bicitaxi (skrzyżowanie roweru z dorożką), bo z paliwem krucho.

Wystawa sklepu. Te papierowe łańcuchy, złocenia i paczka z zieloną kokardą to dekoracja świąteczna przed Bożym Narodzeniem.

Jaka wystawa, takie i wnętrze sklepu.

Warto wybrać się na wycieczkę do Trinidadu – starego pięknego hiszpańskiego miasta wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Polecam też odwiedzenie Cienfuegos.

Dla tych, którzy chcieliby się dowiedzieć więcej o Kubie bardzo polecam książkę „To właśnie Kuba”. Autorka, Lea Aschkenas jest Amerykanką, która mieszkała na Kubie, wyszła za mąż za Kubańczyka i napisała sporo ciekawych rzeczy o Kubańczykach i o życiu na wyspie. W Kubańczykach jest mieszanka melancholii i optymizmu. Wielu z nich pomagają krewni mieszkający w USA, natomiast ciężko jest tym, którzy muszą sobie radzić sami. Kubańczycy zarabiają bardzo mało, więc szukają nielegalnych źródeł dochodów – negocios, np. oferują turystom cygara (przeważnie podrabiane) lub proponują turystom jakieś usługi.

 

 

 

Gwinea Bissau

Gwinea Bissau jest jednym z najbiedniejszych państw Afryki, a także jednym z 10 najbiedniejszych krajów świata. W tej byłej kolonii portugalskiej obowiązuje język urzędowy portugalski, ale tylko 13% ludności potrafi mówić biegle po portugalsku. Przeważnie ludzie rozmawiają w języku kreolskim.

Ludność Gwinei Bissau zajmuje się rolnictwem i rybołówstwem, a najważniejszym produktem eksportowym są orzeszki nerkowca i orzeszki ziemne. Niestety, rząd podpisał bardzo niekorzystne umowy z Rosją i Chinami na połowy ryb, w związku z tym ryb jest coraz mniej dla miejscowych rybaków. Podpisano też niekorzystną umowę na dostawę orzeszków nerkowca z Portugalią i państwo to ma pierwszeństwo na dostawy orzeszków po niezbyt wysokich cenach. Kraj ma lasy mahoniowe, ale dano Chińczykom koncesję na ich wyrąb i można się spodziewać, że wytną oni lasy dla tego cennego drewna.

Nie ma tu emerytur, a zarobki są niskie, np. policjant zarabia ok. 35 USD na miesiąc. Dla ludzi najważniejszy jest system rodzinny i wzajemna pomoc (ważna również w Gambii i Senegalu). Więcej tu szamanów niż lekarzy.

Niewielu turystów dociera do Gwinei Bissau, ale władze stawiają na rozwój turystyki. Hotele należą jednak głównie do cudzoziemców: Francuzów, Portugalczyków i Holendrów.

W Gwinei Bissau działają kartele narkotykowe przemycające narkotyki z Ameryki Południowej. Temu procederowi sprzyja bieda i powszechna korupcja.

Stolicą Gwinei Bissau jest Bissau. Prawie niczego nie wolno tam fotografować, bo to tajemnica, ale Rondo Che Guevary można.

W restauracji przy Rondzie Che Guevary można zjeść pyszne świeże ryby i owoce morza, m. in. kilkunastocentymetrowe krewetki z grilla.

Jadąc przez Gambię, Senegal i Gwineę Bissau, widzieliśmy dużo kopców termitów. Niektóre kopce były naprawdę wysokie. Wysokość kopca odpowiada jego głębokości.

Archipelag Bijagos jest jedną z największych atrakcji Afryki Zachodniej. Składa się z 88 wysp na Oceanie Atlantyckim, z czego 23 jest zamieszkałych. Wyspy są przepiękne, przyroda dzika, zatoczki bajeczne. Na zdjęciu zatoczka na wyspie Rubane.

Widok na zatoczkę od strony wyspy.

Na wyspie odbywały się występy miejscowych tancerzy. Po występach jeden z nich, młody chłopak, podszedł do mnie, przedstawił się oraz wtuloną w niego dziewczynę. Powiedział, że podobają mu się moje kolczyki (mam takie małe sztyfciki z białego złota) i poprosił, żebym dała je jego dziewczynie.

– Ale to jest złoto – odpowiedziałam.

A on mi na to, że nie szkodzi.

Tak mnie zaskoczył, że nie wiedziałam, co powiedzieć. Chyba powinnam wytłumaczyć, ile czasu musiałam pracować, żeby te kolczyki kupić. Jak inaczej mógłby to zrozumieć chłopak z bardzo biednej afrykańskiej wioski?

Na sąsiedniej wyspie Bubaque jest nawet lotnisko. Z 4-osobowego samolociku można obejrzeć wyspy Bijagos z lotu ptaka. Pas startowy to droga gruntowa, gdzie przechodzą ludzie, dzieci i krowy.

Na koniec polski akcent w Bissau. Piłka nożna jest w Gwinei Bissau bardzo popularna, zwłaszcza od kiedy drużyna tego kraju zakwalifikowała się do rozgrywek Pucharu Narodów Afryki.

Wpis z 15.01.2017 r.

Senegal

Senegal był kolonią francuską do 1960 r. i do dziś zachował silne związki gospodarcze i wojskowe z Francją. Stolicą Senegalu jest Dakar i tam stacjonują wojska francuskie. W sklepach można kupić dużo francuskich towarów, a płaci się frankami CFA. Językiem urzędowym jest francuski, więc po anglojęzycznej Gambii trzeba sobie przypominać francuskie słówka.

Na zdjęciu miasteczko Cap Skirring.

Niespodziewany widok – bydełko przyszło, żeby się ochłodzić na pięknej, szerokiej plaży nad Atlantykiem.

Wycieczka na wyspę Ehidje zamieszkałą przez Diolów. Diolowie specjalizują się w rybołóstwie, ale też w produkcji wina palmowego.

Diolowie poczęstowali nas gotowanymi ostrygami w soku z limonek. Pyszne było. W dodatku ostrygi są bogate w wiele mikro i makroelementów. Najwięcej w nich jest potasu. fosforu, wapnia i sodu. Mają też sporo witamin. Pomyśleć tylko: w eleganckim świecie ostrygi są daniem wykwintnym, a tutaj to pokarm biedoty.

Ostrygi są tu wszędzie, bo przyczepiają się do korzeni mangrowców – dziwnych roślin lubiących słoną morską wodę.

Na wyspie Ehidje mieliśmy okazję obejrzeć fetysz, czyli drzewo obdarzone mocą nadprzyrodzoną, pod którym są składane ofiary dla bóstw. Ofiary mają tę moc wyzwolić.

Fetyszyzm jest jedną z pierwotnych form religii. Pojęcie to powstało w Afryce Zachodniej w XVI i XVII w. Fetyszami żeglarze z Portugalii nazywali amulety i talizmany. Później określenie to wprowadzono do religioznawstwa.

Zdjęcie wyszło trochę nieostre jako jedyne ze wszystkich zdjęć, więc pomyślałam sobie, że może bóstwa nie życzyły sobie fotografowania.

Po powrocie z wyspy zwiedziliśmy jeszcze wioskę Djembereng i mieliśmy okazję obejrzeć prawdziwe tam-tamy. To te dwa duże bębny z podłużnym wycięciem na górze. Tam-tam jest to wydrążony pień drzewa ze szczeliną na górze. Uderza się pałkami w jego różne elementy, by uzyskać różne dźwięki i przekazać je na duże odległości – nawet do kilkudziesięciu kilometrów (zasięg zależy od warunków terenowych oraz atmosferycznych).

Odbiorca wiadomości musi mieć własny tam-tam, by wiadomość odebrać. Możliwość odbioru nadawanej wiadomości zależy od rozmiaru i dokładnego wykonania komory rezonansowej bębna odbierającego. Rozmiar komory rezonansowej musi odpowiadać długości fali dźwięku emitowanego przez bęben nadający.

Do komunikacji najlepiej nadają się doliny, zwłaszcza rzeczne.

Niesamowity las kapokowy. Gdy go zobaczyłam, pomyślałam sobie, że gdybym miała kręcić film science fiction to na pewno wśród tych niesamowitych drzew. Drzewa, zwłaszcza w większej liczbie, robią wrażenie, bo są ogromne (dorastają nawet do 70 m wysokości). Także ich pnie są wielkie – mogą osiągać średnicę 3 m.

Później poczytałam sobie o tych roślinach i dowiedziałam się, że po polsku drzewo kapokowe to puchowiec pięciopręcikowy. Występuje w strefie tropikalnej oraz subtropikalnej i jest długowieczny. U niektórych odmian na korze i większych gałęziach znajdują się duże kolce.

Włókno puchowca (lub drzewa jedwabno-bawełnianego), zwane kapokiem jest bardzo lekkie, sprężyste i odporne na wodę. Kiedyś używano go do wypełniania kamizelek ratunkowych. Dzisiaj coraz częściej stosowane są tworzywa sztuczne, jednak nadal używa się go do wypełniania materaców, w tapicerstwie i do ocieplania. Z nasion tłoczy się olej.

W medycynie naturalnej różnych krajów do celów leczniczych używane są kora, liście, korzenie i pędy drzew kapokowych. Dla Majów był drzewem świętym.

Okazało się, że nie ja pierwsza uznałam puchowce za drzewa nieziemskie. Drzewa te były inspiracją dla twórców filmu „Avatar” do tworzenia drzew-domów.

Wpis z 14.01.2017 r.

Gambia – państwo jak rzeka

Gambia jest najmniejszym krajem Afryki kontynentalnej, graniczącym wyłącznie z Senegalem. Państwo jest położone po dwóch stronach rzeki Gambia i samo ma kształt rzeki. Przeciętna szerokość kraju to 40 km (w najszerszym miejscu 48 km). Rzeka Gambia płynie przez Gwineę, Senegal i Gambię, gdzie uchodzi do Atlantyku.

Gambia była w przeszłości ośrodkiem handlu niewolnikami. Kto oglądał film „Korzenie” o Kunta Kinte, chce zobaczyć, gdzie on mieszkał w Gambii. My też chcieliśmy, więc wybraliśmy się na Wyspę Kunta Kinte (przedtem Fort James), skąd płynął z innymi niewolnikami na statku do Stanów Zjednoczonych. Przypłynęliśmy ze stolicy Gambii Bandżul (ang. Banjul). Usłyszałam dwa wyjaśnienia nazwy Banjul. Jedno, że miasto wybudowano na miejscu starej wioski rybackiej, a banjolo, to liny wyrabiane przez ludność. Drugie, że banjul w języku mandinka oznacza wyspę bambusów, bo kiedyś rosły tam bambusy.

Nasza podróż statkiem trwała 3 godziny, a rzeka jest tak szeroka, że nie widać brzegów i mieliśmy wrażenie rejsu po oceanie.

Na wyspie można obejrzeć ruiny XVII-wiecznego fortu, który został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na wyspie osiedlili się jako pierwsi Niemcy bałtyccy oraz Łotysze z Księstwa Kurlandii będącego lennem Rzeczpospolitej. Rzeczpospolita była jednak w XVII w. zbyt zajęta wojnami w swoich granicach, by rozpatrywać propozycję wyłożenia pieniędzy na wyspę. Ale inni byli zainteresowani. Wyspa należała w historii do Holendrów, Anglików i Francuzów. Gambia została kolonią angielską i rywalizację o wyspę wygrali w końcu Anglicy.

Poniżej wioska Juffure, z której pochodził Kunta Kinte.

Na zdjęciu 7 i 8 pokolenie przedstawiane jako potomkowie Kunta Kinte.

Autor książki Alex Haley z braćmi i mieszkańcami wioski.

A teraz troszkę inaczej. Alex Haley twierdził, że napisał książkę o jednym ze swoich przodków, sam jednak przyznał, że pomieszał w niej fikcję z rzeczywistością. Przyznał, gdy przedstawiono na to dowody. Nie zmienia to jednak faktu, że stworzył pewien mit i mieszkańcy wioski świetnie go wykorzystują zarobkowo. Utworzyli całkiem efektywny system wyciągania pieniędzy od przybywających tu białych bankomatów. Zaczyna się prawie od razu od wyjścia ze statku na przystań. Turystów okrążają sprzedawcy pamiątek i towarzyszą im aż do wioski i z powrotem, ale nie są jedyni. Przyłącza się do nich duża gromada dzieci wołających jedno magiczne słowo „money!”.

Następnie dzieci się przegrupowują. Są rozstawione grupkami w drodze do wioski co kilkadziesiąt metrów. Kilkoro dzieci śpiewa, jedno tańczy, a przed nimi stoją duże metalowe miski na pieniądze.

I nie miejcie wątpliwości: dzieci nie są głodne ani obdarte. Są zdrowe, pogodne i pełne energii. W wiosce są ogródki i drzewa owocowe, a na rzece bogatej w ryby czekają łodzie rybackie. Wioska sprzedaje świadectwa, że się w niej było oraz prawo do robienia zdjęć w muzeum.

Żebranie przez dzieci jest problemem w całej Gambii i trudno będzie ten problem zwalczyć. Przewodnik wyjaśnił nam, że wielu dorosłych wysyła dzieci na ulicę, by żebrały. Gdy dzieci dorosną i nikt nie chce im już dawać pieniędzy, zostają rodzicami i wysyłają swoje dzieci, by żebrały. Tak zostały nauczone. Proceder praktykowany od pokoleń bardzo trudno jest wykorzenić.

Zdjęcie z Kololi – rybacy wyciągający sieci z Atlantyku.

Większe ryby rybacy zabierają, mniejsze – wrzucają z powrotem do oceanu, by podrosły. Szczególnie oryginalnie wyglądają sole (ta rybka na pierwszym planie) i krewetki (z lewej). Tak wielkich krewetek nigdzie poza Afryką Zachodnią nie widzieliśmy – mierzą po kilkanaście centymetrów.

Albert Market w Bandżul, to typowy kolorowy afrykański bazar, gdzie można kupić ubranie, jedzenie i pamiątki.

Przyjemnie jest patrzeć na ludzi w Gambii. Jest tu wiele pięknych kobiet i przystojnych mężczyzn. Ludzie są przeważnie przyjaźni. Ich hasło brzmi: „It’s nice to be nice” – „Miło jest być miłym”.

Na bazarze można kupić na przykład suszone kawałki owoców baobaba. Lubię owoce baobaba, bo mają dużo wapnia oraz witaminy C i są kwaskowe w smaku. Zachowałam sobie kilka pestek. Wsadzę do doniczki i może coś z nich wyrośnie?

Na targu można kupić takie figurki. Myślałam, że mają związek z voodoo, ale z przewodnika dowiedziałam się, że takie figurki mężczyzn z wbitymi w ciało gwoździami mają przypominać popularny do niedawna na gambijskich wsiach sposób karania złodziei. Taki sposób potraktowania ich miał odstraszać innych. Trzeba przyznać, że skutecznie, bo przestępców w Gambii jest rzeczywiście niewielu.

W Gambii jest sporo małp. W naszym hotelu też były i trzeba było uważać, by sobie czegoś nie upatrzyły i nie porwały ze sobą, bo odzyskanie takiej rzeczy graniczy z niemożliwością.

Widzieliśmy dużo ciekawych ptaków, np. sępy…

… i inne – znacznie ładniejsze.

Z ciekawostek podam jeszcze, że kobiety często noszą peruki, bo mają słabe włosy. Na pewno nie wzmacnia włosów noszenie na nich koszy albo wiader, co jest powszechną praktyką.

Wpis z 11.01.2017 r.

Obrazki z Morza Czerwonego

Nie wytrzymaliśmy, kupiliśmy wycieczkę i polecieliśmy do Egiptu, żeby popływać w Morzu Czerwonym. Ciągnęła nas ciepła kąpiel i cudowne rafy. Podobno jeszcze w Australii są tak piękne, ale to za daleko.

W związku z obecną sytuacją Egipt jest stosunkowo tanim kierunkiem, więc w czwartek zapadła decyzja, że jedziemy, a w sobotę już wylecieliśmy. Oczywiście do Marsa Alam, bo tam się nam najbardziej podoba. To jednak nadal jest wioska, a nie miasto.

Tym razem będzie więcej o niebezpiecznych zwierzętach morskich. Nawet zaczęłam zapoznawać się z nazwami ryb, które fotografuję. Na przykład dowiedziałam się, że niebieska rybka, którą zawsze nazywałam ryjkiem, nazywa się gomfos dziobaczek (akurat ta ryba nie jest niebezpieczna).

Ta ryba nazywa się belona krokodylia. Ma długą paszczę pełną zębów i może mierzyć nawet 1,5 m. Potrafi dynamicznie wyskoczyć z wody i przebić swoją ofiarę.

Rozdymka Arothron diadematus. Ryby należące do rozdymkowatych niby tak sobie spokojnie pływają, ale lepiej ich nie denerwować, bo zawierają silnie trującą tetrodotoksynę. Jak się zestresują, to się nadymają, a ich zęby są naprawdę mocne.

Ta ładna rybka po lewej, to Ostracion cyanurus należąca do rozdymkokształtnych. Jak należy do rozdymkokształtnych, to też lepiej się do niej za bardzo nie zbliżać.

Płaszczki mogą mieć mocne zęby w kilku rzędach. Ogon często zakończony jest kolcem jadowym. Australijski przyrodnik i telewizyjny popularyzator wiedzy o zwierzętach, Steve Irwin, zginął z sercem przebitym kolcem ogończy. Ta płaszczka płynęła z wyprężonym ogonem, więc zaczęłam się zastanawiać, czy atakuje na wstecznym, czy jednak wygina ogon do boju. Nie będę tego jednak sprawdzała, bo ta wiedza może się okazać nieprzydatna.

A tego potwora z głębin nie udało mi się zidentyfikować. W dzień siedział pod rafą, nawet raz wpakował się tam, gdzie mieszkają skrzydlice i nie widzieliśmy, żeby wychodził. Pod wieczór wypływały skrzydlice, a on twardo siedział dalej. Z plam najbardziej przypomina kosterę gruzełkowatą, ale ona mierzy podobno do 45 cm, a ten potwór był znacznie większy. Poza tym na zdjęciach żadna kostera nie ma czerwonych oczu, a ten jakby miał.

Skrzydlice ogniste – ryby motyle – nie należą do najmilszych. Ich ciało mierzy do 45 cm długości. Posiadają jadowite kolce i jeśli zbyt blisko się podpłynie – mogą gwałtownie podpłynąć do nurka i je w niego wbić. Powoduje to silny i długotrwały ból, a w razie reakcji alergicznej, może się nawet skończyć tragicznie. Dlatego, gdy skrzydlica ustawia kolce do ataku, lepiej czym prędzej odpłynąć.

Skrzydlica promieniopłetwa.

A na koniec przemiła i towarzyska papugoryba, żeby nie było, że w morzu pływają tylko groźne stworzenia. A te ryby, o których pisałam też nie są niebezpieczne jeśli się nie podpływa za blisko, nie próbuje się ich dotknąć i nie drażni w inny sposób.

Wpis z 26.05.2016 r.

Zanzibar – ląd czarnych ludzi cz. II

A teraz dalsza część wycieczki.

 

 

 

 

Po wycieczce do gorącego miasta, czas na odpoczynek. Bardzo trudno w tym gorącym i wilgotnym klimacie wytrzymać w rozgrzanych murach miasta. Wilgotność dochodzi do 100% – trzeba uważać, żeby się w tym powietrzu nie utopić.

Blisko pełni księżyca – przypływy i odpływy Oceanu stają się coraz potężniejsze.

Ocean Indyjski ma temperaturę 27º C. Wchodzi się jak do wanny. Trzeba jednak mieć buty, bo rafy potrafią mocno pokaleczyć nogi. Poza tym jest wśród nich dużo jeżowców.

 

 

Wejście na jeżowca jest bardzo bolesne, a rany po kolcach potrafią dokuczać przez wiele miesięcy. Miejscowi przykładają w takich przypadkach owoc papai. Podobno trzeba ją przyłożyć na całą noc, a następnego dnia rana daje się łatwo oczyścić. Z tego, co kiedyś słyszałam, papaja powinna być jeszcze zielona.

 

 

W Oceanie Indyjskim są wspaniałe rafy i dużo pięknych rybek. Większość z nich widziałam już w Morzu Czerwonym.

 

 

Zwierzę, które występuje tylko na Zanzibarze, to gereza trójbarwna. Żeby ją zobaczyć, trzeba pojechać do Jozani Forest. Niedaleko można też obejrzeć całe lasy mangrowców (namorzyny rosnące w słonej wodzie).

 

 

Warto popłynąć na Prison Island, żeby obejrzeć żółwie olbrzymie. Żółwie mają wymalowany swój wiek na pancerzu. Podobno co roku napis jest zmywany i wpisuje się nowy. Żółwie nie pochodzą stąd tylko z Sumatry. Zostały sprowadzone na rozkaz sułtana.

 

 

Dwa żwawe 18-latki już w progu witały turystów. Nie to, żeby szczególnie się cieszyły z obecności ludzi, ale bardzo lubią dostawać szpinak i te chciały być poczęstowane jako pierwsze.

Obsługa dostarczała gałązki szpinaku, a my mogliśmy nim karmić żółwie, żeby nam pozowały do zdjęć. Starsze, np. stateczny 132-latek, nie były już takie wyrywne, ale z młodszych czasem wychodziła ich gadzia natura. Niejednokrotnie wyrywały sobie, posykując, zieloną gałązkę.

 

 

Po spożyciu szpinaku, niektórym żółwiom wzrosło libido. Jeden z nich, nie czekając na odejście gości, władował się, porykując na żółwicę. Gdy odchodziliśmy, usłyszeliśmy zza drzew podobne porykiwania – to był chyba następny kawaler. Szpinak zadziałał jak viagra!

 

 

Z innych ciekawych zwierzątek, które widziałam, był jakiś duży jaszczur kręcący się nieopodal naszej chaty.

 

Ślimak mieszkający na ścianie.

 

 

Krab mieszkający w dużej muszli jakiegoś morskiego ślimaka. Widziałam takie kraby w różnych muszlach na plaży w Kenii. Nie wiem, czy wygryzł właściciela, czy zajął pustostan.

 

 

 

A tu maleńki gekonek-bezogonek liżący pestkę mandarynki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wpis z 03.01.2016 r.

 

 

 

 

 

 

Zanzibar – ląd czarnych ludzi cz. I

Zanzibar to wyspa na Oceanie Indyjskim. W 1964 r. wraz z wyspami Pembą i Mafią, stał się autonomiczną częścią Tanzanii (przedtem Tanganika). Ma swój rząd i parlament, ale obowiązuje tu również część przepisów tanzańskich. Kiedyś Zanzibar był miejscem bardzo cennym, bo tu zbierano przyprawy, które były na wagę złota, a także znajdowało się tu jedno z centrów handlu niewolnikami. Zyski czerpali jednak nie ludzie miejscowi, ale Arabowie, Hindusi, Niemcy i Anglicy.

Poznawanie Zanzibaru zaczynamy od stolicy wyspy, czyli od Kamiennego Miasta – Stone Town. Nazwa pochodzi od budowanych tam domów z koralowca. W labiryncie wąskich uliczek można się zagubić.

Charakterystyczne w mieście są piękne, rzeźbione drzwi. To wpływy hinduskie. Na drzwiach często występują wystające, wielkie kolce. W Indiach były uzasadnione, gdyby ktoś chciał je staranować na słoniu. Na Zanzibarze słoni nie ma, ale kolce pozostały.

Jest tu także dom, w którym mieszkał w dzieciństwie Freddie Mercury z zespołu Queen. Co prawda trwają spory, czy to na pewno ten właśnie dom, ale na pewno tu mieści się muzeum pamiątek po Freddie’m.

W takich dwóch niewielkich celach przetrzymywano niewolników, zanim wystawiono ich na miejskim placu na sprzedaż. Niewątpliwie warunki były bardzo ciężkie, ale przewodnicy dodają od siebie dodatkowe informacje służące zwiększeniu dramaturgii. My dowiedzieliśmy się, że w każdej z takich cel przetrzymywano po 100 osób, a już innym turystom inny przewodnik mówił, że w celi przebywało 40 mężczyzn lub 75 kobiet i dzieci.

Na placu, gdzie odbywał się handel niewolnikami, dziś znajduje się katedra anglikańska. Niewolnictwo zostało tu faktycznie zniesione dopiero w 1897 r. Niewolnikom postawiono przejmujący pomnik.

A teraz pora na miejscowy, bardzo kolorowy targ. Można tu kupić wszystko: ubrania, warzywa, owoce, mięso i ryby.

Nam najbardziej smakują ananasy. Są pyszne, soczyste i czuć w nich słońce.

Kupuję też czerwone banany, bo takich jeszcze nie jedliśmy. Jakie są? Bardzo … bananowe. Szczerze mówiąc różnią się od żółtych tylko kolorem skórki. A zawinięte w gazetkę, bo Zanzibar walczy teraz z torebkami foliowymi i wszystko kupuje się w papierze.

Na targu rybnym różne morskie stworzenia. Ta ryba nie zmieściła mi się w obiektywie.

Wpis z 03.01.2016 r.

Powrót do domu i dużo słońca w 2016 roku!

Wróciłam z Zanzibaru i właśnie staram się dojść do siebie w ten mróz. Jeszcze nie wszystko uprane i nie do końca wyleczyłam katar, którego dostałam od klimatyzacji w samolocie.

Najpopularniejszym zwrotem kierowanym do turystów jest „hakuna matata”, co w suahili znaczy „nie ma problemu”. Po „Królu lwie” brzmi dla nas znajomo, a drugim „jambo”, czyli „cześć”. MDK zadzwonił do mnie z pracy ze słowami:

– Jambo, hakuna matata! Hakuna makata – przekręcił.

– Hakuna ma katar – odpowiedziałam sięgając po kolejną chusteczkę

Nie wiem, czy prawdziwa jest hipoteza o naszym afrykańskim pochodzeniu, ale faktem jest, że ja się w Afryce naprawdę dobrze czuję. Po pierwsze jest tam gorąco, a to bardzo lubię. Po drugie Afryka zawsze była dla mnie bardzo ciekawa i egzotyczna. Książki i filmy oglądałam jak bajki. Najpierw było „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza i film „Elza z afrykańskiego buszu”. Jeszcze „Serengeti nie może umrzeć” Grzimków i przepiękne „Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen, a głównie świetny film. Nie do końca potrafiłam sobie wyobrazić wielu egzotycznych roślin, zwierząt i zjawisk, np. baobaba. A tu proszę: rósł sobie jeden w ogrodzie koło naszej chaty (za nim widać fragment przepięknego flamboyant tree – płomienia Afryki).

Miałam okazję spróbować owoców baobabu robionych w jakiejś dobrej zalewie. Są słodko-kwaśne – bardzo mi smakują. Ssie się tylko cienką warstwę na dość sporej pestce. Samą pestkę się wyrzuca. W przewodniku wyczytałam, że owoce baobabu są najbogatszym naturalnym źródłem witaminy C w Afryce. Przywiozłam trochę do domu:

Przywiozłam sobie też przyprawy, bo są tam plantacje, gdzie zbiera się goździki, pieprz, wanilię, gałkę muszkatołową i in. Chciałam sobie też kupić płytę z zanzibarską muzyką taarab, ale za późno zaczęłam negocjacje ze sprzedawcą na plaży. Oprócz szali, sprytnie wiązanych w pareo, sprzedawca ma też płyty CD z afrykańskim disco. Najpierw próbuje mi wmówić, że to właśnie taarab i tylko 5 dolarów. Po krótkiej rozmowie rezygnuje z przekonywania i obiecuje, że jutro przyniesie taarab. Do jutra. Zaczepia mnie drugi:

– On ci nie przyniesie taarab. On się na tym nie zna. Ja ci mogę przynieść.

– Ale powiedział, że przyniesie. Po co mi dwie płyty? Zobaczymy.

Następnego dnia po południu wyjeżdżamy. Nie przyniósł płyty. Ten, co chciał przynieść, mówi triumfalnie:

– Widzisz? Mówiłem, że nie przyniesie! Ja ci mogę przynieść.

– Ale dziś po południu wyjeżdżam.

Szybka wymiana zdań między sprzedawcami. Nie mówią taarab, tylko tarabu. Ten, który chciał przynieść, nagle zaczyna śpiewać. Podoba mi się. Mogę tylko podziękować („asante sana”) i klaskać. Trudno, posłucham w Internecie.

W następnym wpisie będzie o samym Zanzibarze, bo jest tak ciekawy, że chciałabym się z Wami podzielić zdjęciami i wrażeniami. I żebyście poczuli trochę słońca w te mroźne dni.

Wpis z 03.01.2016 r.

Santorini – wyspa po przejściach

Powrót z Santorini, to jak powrót z bajki do rzeczywistości. Pierwszy raz byłam w miejscu, gdzie prawie każde zdjęcie nadaje się na pocztówkę. Po ostatnim pobycie na Rodos, obiecaliśmy sobie nigdy nie wrócić do Grecji, ale dobrze się stało, że wybraliśmy się właśnie tutaj. To znaczy wyspa Rodos też jest piękna, ale przeżyliśmy tam silne trzęsienie ziemi, pożary lasów, po których ewakuowano turystów z wyspy (zdążyliśmy wrócić dzień przedtem). Jednak przede wszystkim ludzie byli tam tak nastawieni na „dojenie” przyjezdnych, że wróciliśmy z uczuciem niesmaku.

Santorini wszystko to nam wynagrodziła. Wyspa prześliczna, ludzie bardzo przyjaźni, jedzenie świetne, owoce tanie. Minusy były tylko dwa: zbyt chłodne dla nas morze i marne oznakowanie dróg. Mapa z centrum turystycznego nie pokazuje wszystkich dróg, a znaków na skrzyżowaniach często brak. Ewentualnie zdarza się znak, ale można go przeczytać tylko z jednej strony, czyli gdy już wracasz, bo zorientowałeś się, że zabłądziłeś. Oczywiście dotyczy to tylko tych, którzy wypożyczyli samochód i dopiero zaczynają poznawać Santorini. Wyspa jest mała: 76 km2, długość linii brzegowej wynosi 70 km, a długość drogi z północy na południe 18 km. Po kilku dniach wszyscy wiedzą, jak jechać. Do tego czasu błądzą i może to być bardzo przyjemne. Rozmawiałam z paniami, które chciały dojechać do Firy (stolica wyspy), ale oczywiście zabłądziły i wylądowały na pustej plaży w okolicy białych wiatraków, gdzie było dużo osiołków. Wróciły zachwycone. Poza tym na wyspie jest dobrze zorganizowany i niedrogi transport autobusowy, ewentualnie można wziąć taksówkę.

Wyspa miała kiedyś okrągły kształt i nazywała się Strongile. Była zasiedlona już od epoki neolitu. Jednak ok. 1500 r. p.n.e. nastąpiła straszliwa erupcja wulkanu i środkowa część wyspy wyleciała w powietrze, a następnie została zatopiona przez morze. Ta zatopiona część nazywa się Kalderą. Obecnie z dawnego lądu pozostały wyspy: Thirassia, Nea Kameni, Palia Kameni i Aspronissi. Według polskojęzycznego przewodnika „Santoryn słońce i lawa” (pomimo tysięcy turystów z Polski szalenie trudno jest kupić książkę po polsku), naukowcy greccy lokalizują zatopioną Atlantydę na Strongile i Krecie.

 

Zwiedzanie zaczynamy od Oia (Ia), skąd można oglądać podobno jeden z najpiękniejszych na świecie zachodów słońca. Wówczas gromadzą się tu tłumy turystów, ale żeby uniknąć tłumów, my planujemy być wtedy na drugim krańcu rogalika Santorini.

 

 

 

Urokliwe białe domki z widokiem na Kalderę i luksusowe pensjonaty z malowniczymi tarasami, gdzie nocleg dla 2 osób może kosztować nawet 220 euro.

 

To już Fira – stolica wyspy. Też jest biała i położona na wysokim brzegu nad Kalderą. Stare miasto i kolejka linowa na dół – do portu. Można zjechać i wjechać wagonikiem (po 5 euro w każdą stronę) albo przejść się wysokimi schodami w pełnym słońcu (gratis). Wybieramy kolejkę.

 

 

 

Jadąc dalej na południe wyspy, mijamy jedną z wielu cerkwi z niebieską kopułą.

 

 

Bardzo przyjemnie jest posiedzieć pod dachem z bugenwilli…

 

 

…albo z winorośli. Chociaż winogrona na wyspie, to głównie karłowate krzaki z bardzo słodkimi owocami. Produkuje się z nich wino Santo.

 

 

Przyjemny poczęstunek. Po drodze mijamy sklepik z miejscowymi przysmakami, a taką tacę każdy turysta dostaje gratis. Są na niej, m. in.: pasta z kaparów, koncentrat z pomidorków cherry, prażone orzeszki pistacjowe, wino Santo (wszystko z santorińskich upraw).

 

 

Pomidory suszone na słońcu.

 

 

Można popłynąć na wycieczkę po Kalderze i zwiedzić wyspy. My zwiedzamy Thirassia i Nea Kameni. Wchodzimy na ciągle dymiący wulkan. Lepiej mieć zakryte buty, żeby kamyczki nie raniły stóp i grubsze podeszwy, bo ziemia jest tu w wielu miejscach gorąca.

 

 

 

 

 

Wpis z 10.09.2014 r.

Kopalnia soli w Bochni

Noworoczna wizyta w kopalni soli w Bochni to był dobry pomysł. Widziałam już kopalnię w Wieliczce – teraz przyszedł czas na Bochnię. Sól kamienną odkryto tu w 1248 roku, a w 1251 r. zaczęto ją wydobywać. Do dzisiaj funkcjonują szyby górnicze Sutoris oraz Gazaris. Po około 40 latach odkryto też sól w Wieliczce. Obie te kopalnie nazywano „Żupami krakowskimi”. Sól była kiedyś tak cenna, że nazywano ją białym złotem, a kopalnie przynosiły swoim właścicielom, królom polskim, jedną trzecią ich dochodów.

W 1990 r. zakończono wydobywanie soli. Górnicy zajęli się przystosowaniem kopalni do obsługi ruchu turystycznego. Można tu spać 250 m pod ziemią. Działa też Podziemny Ośrodek Leczniczy Uzdrowiska Kopalni Soli Bochnia.

W 2013 r. kopalnia w Bochni została wpisana na listę UNESCO i trzeba przyznać, że nie umiemy się za bardzo chwalić tym, co mamy. Trudno nam było znaleźć drogę do kopalni, a przecież taki skarb powinien być dobrze oznakowany i reklamowany w Polsce oraz za granicą.

 

P1010039-001.JPG

 

Kryształy soli na ścianie kopalni.

 

P1010021.JPG

 

W trakcie zwiedzania co jakiś czas trafiamy na stanowiska multimedialne. Na zdjęciu król Kazimierz Wielki, który opowiada o wydobyciu soli.

 

P1010045.JPG

 

Rzeźby w Poprzeczniku Ważyńskim.

 

P1010030.JPG

 

Bałwan solny. Za takiego bałwana można było kiedyś kupić kilka domów.

 

P1010168.JPG

 

Król Kazimierz Wielki na rynku w Bochni, jednym z najstarszych miast Małopolski (prawa lokacyjne z 1253 r.).

 

 

 

 

05.01.2014

 

 

 

Wypad do Wilna i Trok

 

18.08.2013

W lipcu zupełnie przypadkiem pojechałam na Litwę. Byłam tam po raz pierwszy i zachwyciłam się dziką przyrodą, Wilnem i Trokami. Od razu przypominały mi się strofy Mickiewicza.

„Litwo! Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie,

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

kto cię stracił.”

Uliczki starego Wilna

„Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie!”

Swoją drogą ciekawe, że ta Matka Boska ma ciemną twarz podobnie jak ta w Częstochowie. Ale nie ma dzieciątka.

Cmentarz na Rossie i grób matki marszałka Piłsudskiego. Na grobie nie ma jednak żadnych nazwisk, a jedynie napis: „MATKA I SERCE SYNA” oraz napisy – na górze:

„Ty wiesz, że dumni nieszczęściem nie mogą za innych śladem iść tą samą drogą.”

I na dole:

„Kto mogąc wybrać, wybrał zamiast domu gniazdo na skałach orła niechaj umie spać, gdy źrenice czerwone od gromu i słychać jęk szatanów w sosen szumie.

Tak żyłem.”

 

„Jeżeli nocną przybliżysz się dobą

I zwrócisz ku wodom lice,

Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą,

I dwa obaczysz księżyce.”

Co prawda Mickiewicz pisał o Świtezi, ale i tak mi się wieczorem przypominał ten wiersz. A na zdjęciu zamek w Trokach.

Kościół w Trokach

Ulica Karaimska

Kenesa, czyli karaimski kościół.

„W takiej ciszy – tak ucho natężam ciekawie, że słyszałbym głos z Litwy.

– Jedźmy, nikt nie woła!”

 

 

 

Podróż po Egipcie

08.08.2013

Niedawno byłam znowu w Egipcie. Bardzo dobrze się czuję w klimacie Egiptu, który jest gorący i suchy. Gdzieś czytałam o tamtejszym klimacie jako najzdrowszym lub jednym z najzdrowszych na świecie, bo nie rozwijają się w nim grzyby i pleśnie. Uwielbiam pływać w Morzu Czerwonym, bo nie jest ani zbyt zimne ani zbyt gorące – w sam raz do kąpieli. Jestem też za każdym razem zachwycona błękitem tego morza. Tamtejsze rafy są wspaniałe i porównywalne jedynie z australijskimi. Ponad wszystko jednak Egipt jest dla mnie miejscem magicznym i za każdym razem próbuję sobie wyobrazić, jak wyglądał w czasach faraonów.

Pomyślałam, że pokażę kilka obrazków z moich podróży.

EGIPT2006 101.jpg

Najwspanialsza świątynia w Egipcie, czyli świątynia w Karnaku

Polski akcent, czyli wyryte na kolumnie nazwisko „Wróblewski”. O ile dobrze pamiętam, pochodzi chyba z czasów wojen napoleońskich

Piramidy w Gizie

Egipt4 064.jpg

Piramida Łamana w Dahszur

El Gouna

EGIPT2006 036.jpg

Wyspa Giftun

Muzułmański półksiężyc na niebie