Archiwum kategorii: Zdrowie

„Bądź twórcą swojego zdrowia”

Książka Bożeny Żak-Cyran „Bądź twórcą swojego zdrowia” wydana przez Wydawnictwo GALAKTYKA okazała się niezwykle interesująca i bardzo dziękuję Wydawnictwu za tę pozycję.

Autorka jest dietetyczką i dietoterapeutką z wieloletnim doświadczeniem, autorką ośmiu książek poświęconych odżywianiu. Przeczytanie ostatniej książki, zawierającej wiele cennych spostrzeżeń i wskazówek praktycznych, zachęciło mnie do zapoznania się także z poprzednimi pozycjami.

Bożena Żak-Cyran podchodzi do uzdrawiania w sposób, który cenię: widzi całego człowieka – nie tylko jego talerz, ale też psychikę i emocje, które mają ogromny udział w powrocie do zdrowia lub nie dopuszczeniu do choroby. Już Hipokrates pisał, iż „Nie istnieje taka choroba ciała, która byłaby oddzielona od duszy”, a medycy-kapłani uważali, że żal, rozpacz i złe myśli mają duży destrukcyjny wpływ na ciało, a zatem niezbędne dla zdrowia są spokój, ufność i optymizm. Współczesne badania potwierdzają to w całej rozciągłości, a autorka książki obszernie omawia. Podobno człowiek ma w 90% ciągle te same myśli! Z książki można się dowiedzieć jak to zmienić i co zrobić, by nasza psychika wpływała pozytywnie na nasze zdrowie.

Istotną informacją dla czytelników jest ta, że komórki organizmu podlegają ciągłej odnowie. Z książki można się dowiedzieć, jakie można podjąć działania, by nasze nowe komórki były zdrowe.

Obszernie omówiona jest kwestia przewodu pokarmowego jako niezwykle ważnej części organizmu. Warto się dowiedzieć jak działa, jak o niego dbać, jak go oczyszczać i odkwaszać. Co robić, by właściwe funkcjonowała wątroba i w jaki sposób pozbyć się groźnych dla zdrowia złogów. Z książki można dowiedzieć się krok po kroku, jak przeprowadzić oczyszczanie wątroby i pęcherzyka żółciowego. Ja zamierzam oczyścić w tym roku swoją wątrobę zgodnie ze wskazówkami z książki, gdyż „kamienie żółciowe w wątrobie są jedną z głównych przyczyn zapadalności na różne choroby”, w tym autoimmunologiczne.

Autorka pisze też w książce jak usprawnić mózg, jaka jest tajemnica długowieczności, jaką dietę stosować i w jaki sposób spożywać posiłki, by dobrze nam służyły. Jakie pokarmy i napoje są dla człowieka najbardziej wskazane. W dalszej części proponuje wiele różnych technik medytacji i wizualizacji mających na celu pobudzenie energii i mocy, zmniejszenie zmęczenia, uspokojenie, poprawienie stanu psychiki i fizjologicznych funkcji organizmu.

Część książki zawiera przepisy na wiele zdrowych dań i deserów. Na kolorowej wkładce zamieszczone są zdjęcia niektórych potraw.

Na koniec zacytuję jedno zdanie z książki, które uważam za istotny przekaz tej pozycji: „Niezależnie od tego, jaka jest nasza sytuacja zdrowotna, nigdy nie jest za późno, by dokonać zmian”.

Uważam, że każdy, komu zależy na własnym zdrowiu, powinien przeczytać tę książkę.

Wpis z 11.03.2017 r.

S6300749-001.JPG

Gluten – fakty i mity

Peter H.R. Green i Rory Jones napisali bardzo potrzebną książkę „Gluten na widelcu” o prawdach i mitach dotyczących glutenu. To kolejna interesująca pozycja wydana przez Wydawnictwo GALAKTYKA.

Doktor Peter H.R. Green jest dyrektorem Centrum Celiakii na Uniwersytecie Columbia, który specjalizuje się w tej chorobie od 25 lat, Rory Jones jest pisarką naukową, potrafiącą przekazywać informacje naukowe językiem zrozumiałym dla laików, a w dodatku od wielu lat cierpi na celiakię. Książka napisana przez takich autorów jest więc wiarygodnym źródłem wiedzy podanej w interesujący sposób.

Kto pamięta, że kiedyś w środkach masowego przekazu pisano i mówiono o tym, jak niebezpieczne są pomidory, bo rakotwórcze albo jajka, bo podnoszą poziom cholesterolu we krwi (dzisiaj można już przeczytać, że prawdopodobnie nawet obniżają ”zły” cholesterol) – ten teraz zupełnie spokojnie podchodzi do straszenia glutenem. W książce przytoczono wiele mówiące stwierdzenie: „Redaktor to ktoś, kto oddziela ziarna od plew, a potem przekazuje do druku plewy” (Adlai E. Stevenson). Ostatnio zainteresowanie glutenem bywa wręcz niezdrowe. Nazywany jest cichym zabójcą mózgu, oskarżany o wywoływanie demencji, autyzmu, Alzheimera, bólów głowy, mgły mózgowej, depresji, otyłości oraz wielu innych chorób i dolegliwości. Autorzy odpowiadają, że wiara w te informacje może otępiać komórki mózgowe jeszcze bardziej niż gluten i stwierdzają: „dobrze jest mieć otwarty umysł, ale nie na tyle, żeby wypadł z niego mózg”. Żeby się leczyć, najpierw konieczna jest diagnoza, a nie histeria czy po prostu moda.

Przesadne dbanie o zdrowe odżywianie również prowadzi do zaburzenia nazywanego ortoreksją (orthorexia nervosa). Ludzie eliminują ze swojej diety zdrowe produkty wierząc, że są niezdrowe, przez co pozbawiają swój organizm wielu potrzebnych składników odżywczych. Właśnie takie działania mogą ich wpędzić w chorobę.

Oczywiście są osoby chore na celiakię albo cierpiące na inne dolegliwości, gdy dieta bezglutenowa pozwala wyeliminować wynikające z choroby zaburzenia, ale nie wolno stawiać sobie samodzielnie diagnozy bez koniecznych badań, które autorzy wyszczególniają i omawiają. Alternatywne badania dostępne w internecie są kosztowne lecz bezwartościowe, gdyż nie został jeszcze ustalony biologiczny marker nadwrażliwości na gluten. Problemy zdrowotne wielu osób mogą być wywołane przez szereg innych czynników wywołujących podobne objawy, np. nietolerancja pokarmowa (np. laktozy, fruktozy lub inna), choroby przewodu pokarmowego albo jeszcze inne przyczyny, które trzeba ustalić na podstawie badań, zanim rozwinie się poważna choroba zupełnie nie związana z glutenem. Warto zapoznać się w książce z informacjami, jak zrównoważyć dietę po odstawieniu glutenu, by nie narobić spustoszenia w organizmie.

Dalej omówiono sam gluten i inne białka pszenicy, które mogą powodować podobne reakcje, za które obwiniany jest gluten oraz konsekwencje odstawienia produktów zawierających gluten. Dużo uwagi poświęcono produktom bezglutenowym, probiotykom, a także suplementom diety i konsekwencjom ich spożywania, zwłaszcza interakcjom z konkretnymi lekami. Autorzy omawiają przyczyny, dla których wiele osób przechodzi na dietę bezglutenową i odpowiadają na pytania, czy na tej diecie można schudnąć lub poprawić kondycję organizmu. Można się dowiedzieć, kiedy pomaga dieta bezglutenowa, a kiedy może poważnie zaszkodzić.

W książce opisana jest celiakia, jej przyczyny, objawy i sposoby diagnozowania. Ta choroba ma podłoże genetyczne, ale 30% osób w USA posiada geny pozwalające na rozwój celiakii, a tylko 1% na nią cierpi. Autorzy piszą też o przewlekłym stresie spowodowanym przestrzeganiem właściwej diety. Radzą, jak obniżyć poziom tego stresu. Ponadto piszą o opracowywanych przez naukowców środkach farmakologicznych, które mają pomóc osobom będącym na diecie bezglutenowej. Stwierdzają też, że „obecnie, wbrew twierdzeniom producentów, na rynku nie ma żadnych produktów dostępnych bez recepty, które mogłyby w pełni rozłożyć lub strawić gluten i zneutralizować jego wpływ na osoby z celiakią”.

W książce dużo miejsca autorzy poświęcili omówieniu działaniu układu pokarmowego. Jego rola w organizmie jest bardzo istotna: „potrafi wyraźnie dać do zrozumienia gospodarzowi, że ma kłopoty lub jest po prostu niezadowolony”. W przypadku dolegliwości przewodu pokarmowego przejście na dietę bezglutenową może nie usunąć prawdziwej przyczyny, natomiast może opóźnić właściwą diagnozę.

W książce zacytowano Craiga Ventera, biotechnologa, biochemika i genetyka : „Jeśli nie lubisz bakterii, to trafiłeś na złą planetę. To jest planeta bakterii”. Mikroflora jelitowa, czyli drobnoustroje komensaliczne od łacińskiego com- (razem, współ-) oraz mensa (stół). Po prostu nasza mikroflora spożywa z nami posiłki przy tym samym stole i reaguje na wszystko, co spożywamy. Jedne bakterie giną pod wpływem naszego jedzenia, a inne rozmnażają się. Mikroflora każdego z nas jest inna, zależy od naszego pożywienia, dzięki czemu możemy na nią wpływać, ale też od naszych genów. Zachwianie mikroflory ma wpływ na cały organizm. Wszelkie diety mają na mikroflorę duży wpływ. W książce omówiono wyodrębnione przez naukowców czynniki, które wpływają na mikroflorę, takie jak np. antybiotyki czy alergie pokarmowe.

Badany jest związek między mikroflorą a mózgiem i ich wzajemny wpływ. Mówi się nawet o drugim mózgu w jelitach. Rzeczywiście, to co jemy ma wpływ na nasze zdrowie, zachowania i nastrój. Mnie się od razu skojarzyło, że mamy zwoje mózgu i zwoje jelit. Jelita mają własny mózg, czyli jelitowy układ nerwowy. Z osi mózgowo-jelitowej bierze początek wiele zaburzeń i chorób układu pokarmowego. Naukowcy pracują nad „trenowaniem” receptorów w jelitach, które pozwoliłoby zapobiegać lub leczyć schorzenia układu pokarmowego. Omówiono też czynniki związane z naruszeniem integralności wyściółki przewodu pokarmowego, np. zespół cieknącego jelita. Czym jest spowodowane, jak się zmienia stopień przepuszczalności jelit i jak można poprawić działanie bariery jelitowej. A jak działa mózg? Jeśli wierzymy, że gluten nam szkodzi, to będzie nam szkodził, choćby żadne badania tego nie potwierdziły.

Książkę bardzo polecam wszystkim zjadaczom chleba, nie tylko osobom obawiającym się glutenu.

Peter H.R. Green, Rory Jones „Gluten na widelcu: jeść czy nie jeść – cała prawda o modzie na dietę bezglutenową”, GALAKTYKA, 2016.

Wpis z 11.12.2016 r.

S6300749-001.JPG

Bakteria – to brzmi dumnie

Wyobrażacie sobie, że światem rządzi człowiek? Otóż to nie do końca jest prawda, bo światem rządzą jednokomórkowe drobnoustroje. Od miliardów lat pokrywają całą Ziemię. Potrafią się świetnie dostosować do środowiska i mają zdolność przeżycia w nawet najbardziej niesprzyjających warunkach. Kolonizują również nas – ludzi. Jeśli czujesz się czasem samotny nie martw się – nigdy nie jesteś sam, bo jesteś ekosystemem. Bakterie są bardzo liczne i wpływają na nasze zdrowie, a nawet zachowanie. Dlatego oprócz genomu człowieka zaczęto badać genomy żyjących w nim bakterii, włącznie z tymi na skórze, w jelicie, w nozdrzach, jamie ustnej oraz układzie moczowo-płciowym. Indywidualny mikrobiom jest niemal stukrotnie większy niż genom każdego z nas, a zatem istnieje możliwość wpływu na 99% powiązanego z nim materiału genetycznego.

Mikroflora (pomyślałam sobie, że może raczej mikrofauna?) bywa nazywana zapomnianym organem. Mózg i jelita człowieka są połączone bardzo bogatą siecią neuronów oraz rzeką płynących związków chemicznych, a także hormonów, które informują, czy jesteśmy głodni, czy odczuwamy stres albo może zjedliśmy chorobotwórczego mikroba. Oś mózgowo jelitowa dostarcza aktualnych danych na obu naszych końcach. Jeśli się zdenerwujemy, nasze jelita natychmiast się o tym dowiadują. Dlatego jelitowy układ nerwowy nazywany jest drugim mózgiem. Ten „drugi mózg” pełni ważne funkcje w zarządzaniu pracami przewodu pokarmowego. Mikroflora jelitowa oddziałuje na umysł człowieka, np. informuje nie tylko, że coś by zjadła, ale też wpływa na poziom serotoniny regulującej odczucie szczęścia i innych przekaźników biochemicznych. Biochemiczny szept mikroflory ma wpływ na naszą osobowość.

Jeszcze do niedawna byliśmy straszeni bakteriami. Były pojmowane jako coś szkodliwego, powodującego choroby, przed czym trzeba się chronić. Stąd ogromne powodzenie mydeł antybakteryjnych, środków do toalet, wszelkiej chemii do czyszczenia w domach oraz antybiotyków. Teraz można już się dowiedzieć nawet ze środków masowego przekazu, że przyczyną astmy u dzieci może być zbyt czyste otoczenie, a te dzieciaki, które mają możliwość bawienia się w ziemi i błocie, są zdrowsze. Okazuje się, że życie w nadmiernie higienicznym środowisku, powoduje brak ewolucyjnie niezbędnych interakcji w naszych organizmach.

Ludzie mający częsty kontakt z innymi ludźmi, ze zwierzętami, z ziemią (ale taką bez herbicydów, pestycydów i nawozów sztucznych), nie używający w domu zbyt dużo chemii – są zdrowsi.

Bakterie potrafią pobudzić nasz układ odpornościowy, aby poradził sobie z zagrożeniem, jakie niosą patogeny np. Salmonella, a niektóre umieją wydzielać własne antybiotyki i to takie, które powodują znacznie mniej niepożądanych skutków niż te, którymi my ich traktujemy. Wszystkich możliwości bakterii jeszcze nie znamy.

Ingerencja w genom człowieka jest niezwykle trudna, ale bakterie są bardzo elastyczne i dlatego wpływ na mikroflorę może prowadzić do poprawy zdrowia lub leczenia chorób. Dlatego wspierajmy korzystne dla nas bakterie i pozbywajmy się tych niepożądanych. Zbudujmy sobie gęstą, bogatą mikroflorę, która utrudni patogenom dostęp do nas. Być może problemy z naszym zdrowiem wynikają z braku jakiegoś ważnego szczepu bakterii, który jedynie trzeba dodawać do naszej mikroflory. Dobra flora bakteryjna jest pomocna w leczeniu wielu chorób: autyzmu, chorób psychicznych czy autoimmunologicznych. Człowiek jest przecież całością i zaburzenia mózgu mogą mieć swoje źródło w jelitach.   Reprogramowanie mikroflory ma przed sobą wielką przyszłość i już teraz istnieją dowody, że jest potężnym narzędziem do poprawy zdrowia człowieka. Obecnie lekarze i naukowcy starają się określić poziom, do jakiego choroby mogą być zahamowane lub nawet całkowicie wyleczone przez naprawę mikroflory.

Książka „Zdrowie zaczyna się w brzuchu”, którą napisali wybitni naukowcy Justin i Erica Sonnenburg, wydana przez wydawnictwo Galaktyka opowiada o tym, jak bakterie wpływają na nasz organizm oraz nastrój i pracę mózgu, a nawet, że zaburzenia mózgu mogą mieć przyczynę w naszych jelitach. Można się dowiedzieć, dlaczego powinniśmy uważać z przyjmowaniem antybiotyków, jak dbać o naszą mikroflorę, by była w jak najlepszej formie i by zachować jak najdłużej jej młodość, jak wyposażyć niemowlę, które przyszło na świat w wyniku cesarskiego cięcia w najlepszą dla niego mikroflorę matki, jakie są konsekwencje nie dostarczenia naszym bakteriom właściwego pożywienia. Książka zawiera również przepisy na dobre dla mikroflory potrawy. Bardzo polecam przeczytanie tej pozycji.

Wpis z 17.01.2016 r.

Klepsydra żywienia

Zaintrygował mnie tytuł, bo nie piramida a klepsydra. „Klepsydra żywienia”, to książka, którą napisał lekarz i naukowiec, Kris Verburgh. Opracował on nowy model żywieniowy. Autor uważa, że klepsydra powinna być stosowana zamiast piramidy, która jest oparta na wiedzy przestarzałej i w dodatku nie jest precyzyjna. Klepsydra to prosty przewodnik po żywności, którą jeść należy i w jakich proporcjach (część dolna), ale od razu też pokazuje przeciwstawnie, czego jeść nie należy (część górna). Kolorową wersję klepsydry można pobrać ze strony www.foodhourglass.com

W dzisiejszym świecie, gdzie człowiek żyje inaczej niż w całej swojej historii, a przemysł karmi go przetworzoną, często niezdrową żywnością, medycyna nie nadąża za skutkami występujących chorób przewlekłych. Powszechnymi chorobami stały się choroby układu krążenia, nowotwory i cukrzyca. Nakłady na leczenie są poważną częścią budżetu wielu krajów, przemysł farmaceutyczny jest w rozkwicie, jednak choroby nie znikają. Przeciwnie – problemem są właśnie choroby przewlekłe. Wielu z naszych dolegliwości można zapobiec poprzez właściwe żywienie i tryb życia. Wiedza o składnikach pożywienia, ich roli w organizmie i zastosowanie tej wiedzy w codziennym życiu, pozwala niejednokrotnie na powrót do zdrowia bez konieczności sięgania po leki.

Aby być zdrowym i nie mieć nadwagi, nie trzeba wyciskać z siebie potu na siłowni, ani stosować skomplikowanych i często niezdrowych diet. Zalecenia są proste:

1) należy wykluczyć z jadłospisu lub mocno ograniczyć jedzenie pieczywa, ziemniaków, makaronu i ryżu (i węglowodanów),

2) nadmierna ilość cukru powoduje próchnicę, otyłość, przedwczesne starzenie i jest pożywką dla nowotworów,

3) zbyt duże ilości białka są szkodliwe dla zdrowia (dotyczy to również diet wysokobiałkowych),

4) niektóre rodzaje tłuszczu są bardzo korzystne dla zdrowia i nie każdego tłuszczu należy unikać,

5) nie należy pokładać zbyt dużych nadziei w medycynie, gdyż nasz organizm ma potężne możliwości samoleczenia – trzeba mu tylko pomóc, a nie zakłócać jego działanie lekami, których bierzemy za dużo,

6) bardzo ważny jest ruch i niepotrzebne są forsowne ćwiczenia – wystarczą zwykłe spacery i właściwa dieta.

W książce znajdziecie jeszcze inne ciekawe rady dotyczące zdrowego trybu życia i wyjaśnienie dlaczego mleko i jogurty są niezdrowe, a sery zdrowe albo dlaczego powinniśmy jeść grzyby i pić kawę .

Najpoważniejsze czasopisma poświęcone zdrowiu, zamieszczają artykuły na temat roli naszej codziennej diety, ale ciągle jeszcze informacje te nie są na tyle powszechne, by zmienić dietę tam, gdzie powinna być zmieniona w pierwszym rzędzie, czyli w szpitalach.

„Klepsydra żywienia” uwzględnia najnowszą wiedzę pochodzącą z poważnych renomowanych czasopism medycznych, m. in. „Science”, „Nature”, „The Lancet”, „New England Journal of Medicine”. Autor stwierdza, że zbyt często ufamy dziennikarzom, którzy szukają czegoś modnego albo reklamom, gdzie niekoniecznie rzetelnie przedstawia się rzeczywiste działanie leków lub suplementów diety.

Książka jest opracowaniem kompleksowym, gdzie Kris Verburgh w przystępny sposób omawia sposób działania poszczególnych składników żywności (także ziół i witamin), jak również leków (w tym zbyt często stosowanych antybiotyków) na organizm człowieka. Jest też część adresowana do lekarzy i innych pracowników medycznych.

Na końcu znajdują się przepisy na dania skomponowane tak, by były korzystne dla naszego zdrowia, spowalniając proces starzenia.

Przeczytałam książkę z dużym zainteresowaniem i bardzo polecam.

Wpis z 06.12.2015 r.

Leki gorsze od choroby?

Kiedy odchodzi ktoś najbliższy na świecie, zaczynamy się zastanawiać, gdzie się przeniosła cała energia i miłość, która w nim była. Dużo rozmyślamy, wspominamy i zmienia się nasze spojrzenie na wiele spraw. Ale dzisiaj nie o tym chciałam napisać, tylko o lekach i leczeniu. Gdy nasi bliscy leżą w szpitalu, widzimy zachowanie lekarzy i często nas ono zadziwia. Ja trafiłam na dosyć młodych lekarzy, którzy nie interesowali się, kim jest chory i jak reaguje na konkretne leki. Rozmawiałam z moją znajomą, której obydwoje rodzice (już nieżyjący) byli lekarzami. Jej ojciec mawiał, że od chorego można się dużo dowiedzieć. Lekarze, na których ja trafiłam, nie byli niczego ciekawi. Mieli cały arsenał leków i nie wahali się ich użyć. Na nic nie zdało się przekonywanie, że pacjentka waży 40 kg i nigdy nie nadużywała leków. Tłoczyli w nią dużo antybiotyków i amin, po których puchła, a jej stan zdrowia się pogarszał. Wtedy stosowali jeszcze więcej amin wiedząc, że nie ma szansy na wyleczenie.

Bardzo to wszystko przeżywałam, ale też miałam duże wątpliwości co do zastosowanej metody. Później dowiedziałam się z czasopisma „Integracja”, że profesjonaliści opiekujący się umierającymi uważają, iż intensywne leczenie takich pacjentów przedłuża jedynie ich cierpienie. Niektórzy dodają, że jeśli ma się zdarzyć cud, to Pan Bóg poradzi sobie bez tak agresywnego leczenia. Nawet Kościół w encyklice „Humanae vitae” ogłoszonej przez Jana Pawła II dopuszcza rezygnację z uporczywej terapii, jeśli nie przynosi ona rezultatów i jest zbyt uciążliwa dla chorego.

Przypomniało mi się, że gdzieś czytałam jak to w dawnych czasach w Chinach lekarz dostawał wynagrodzenie tylko wtedy, gdy we wsi wszyscy byli zdrowi, natomiast gdy chorowali – karano lekarza. W dzisiejszym świecie nastąpiło odwrócenie tej mądrej zasady. Tłoczy się ludziom do organizmu dużo chemii, a koncerny farmaceutyczne pielęgnują choroby, by sprzedawać swoje produkty. Niektórzy lekarze głośno przyznają, że obniżane są normy, aby móc wcześniej aplikować leki. Przy takim podejściu nie daje się szans organizmowi na włączenie mechanizmu samouzdrawiania.

Piotr Orliński – farmaceuta w piątym pokoleniu twierdzi, że bardzo wiele leków dopuszczonych do obiegu jest nieskutecznych. Mogą też dobrze działać na jednych, a źle na innych. W dodatku na ostatnim etapie tak naprawdę testowane są na pacjentach. Doktor Allen Roses, genetyk, były wiceprezes dużego koncernu farmaceutycznego stwierdził, że 90% leków działa jedynie na 30-50% pacjentów, a w wypadku leków onkologicznych wskaźnik ten jest jeszcze niższy, bo 25%.

Wprowadzane są do sprzedaży ciągle nowe preparaty, ale zwiększoną skuteczność ma mniej niż 10% z nich. Jednak cały czas stosowana jest taka strategia, by za pomocą marketingu pozyskać nowych pacjentów.

Wiele leków jest dla nas szkodliwych, np. szczepionki przeciwko wielu chorobom zawierają rtęć oraz pochodne aluminium, czyli szkodliwe neurotoksyny mogące uszkodzić układ nerwowy i odkładające się w mózgu. Przy słabej odporności nawet jedna szczepionka może wywołać poważne schorzenia.

Niepożądane działanie leków jest trzecią przyczyną zgonów zaraz po chorobach serca i raku. W Wielkiej Brytanii liczba zgonów spowodowanych przez uboczne działanie leków jest trzy razy większa niż ofiar wypadków drogowych.

Przychody największych koncernów farmaceutycznych przekraczają 40 miliardów dolarów rocznie. Np. w Wielkiej Brytanii 75% czołowych naukowców jest opłacanych przez branżę medyczną, co ma ogromne znaczenie przy ich ocenie wyników badań. Czasami wystarczy przecież przy opisie zastąpienie drastycznych faktów delikatniejszymi sformułowaniami albo manipulacja polegająca na porównaniu danego leku z istniejącym lekiem niewłaściwie podawanym lub pigułką placebo. Działanie koncernów często polega też na publikowaniu badań wykazujących skuteczność konkretnego leku, a pomijanie badań, gdzie ten lek wykazywał działania niepożądane. W ten sposób lekarze podając lek nie mają pojęcia o jego wątpliwej skuteczności. Najgorsze jest w tym to, iż firma farmaceutyczna, ogłaszając tylko pozytywne wyniki, nie popełnia żadnego przestępstwa, bo producent nie ma obowiązku ujawniania niekorzystnych dla leku wniosków. System ten obejmuje wszystkie leki na całym świecie, a taktyka ukrywania jest powszechna. Nawet najlepsi lekarze leczą jedynie na podstawie dowodów dostępnych publicznie.

Trzej badacze z Harvardu i Toronto w 2010 r. przeanalizowali ponad 500 badań nad pięcioma głównymi klasami leków. Sprawdzili, czy przyniosły one wyniki pozytywne i czy były finansowane przez przemysł farmaceutyczny. Okazało się, że 85% badań sponsorowane przez przemysł farmaceutyczny, przyniosło wyniki pozytywne, natomiast w przypadku badań sponsorowanych przez rząd, odsetek ten wynosił tylko 5%. Badania prowadzone przez innych naukowców trzy lata wcześniej wykazały, że badania sponsorowane przez branżę 20 razy częściej niż finansowane z innych źródeł dawały wyniki faworyzujące badany lek. Gdy w 2006 r. uczeni analizowali testy nad lekami psychiatrycznymi, aż 78% badań finansowanych przez firmy farmaceutyczne zakończyło się sukcesem, tymczasem wynik pozwalający na rejestrację leku osiągnęło jedynie 48% testów, gdy sponsorzy wywodzili się spoza branży.

W ocenie Piotra Orlińskiego w Polsce jest sytuacja gorsza niż w krajach zachodnich, np. w Wielkiej Brytanii, gdzie pracował. Lekarze i media ostrzegali tam opinię publiczną przed niektórymi lekami o niepożądanym działaniu. W Polsce nie upublicznia się takich informacji, a nawet jeden z leków nie wykazujący żadnej skuteczności i nie dopuszczony na Wyspach, był na liście leków refundowanych w naszym kraju.

Instytut Medycyny w Waszyngtonie, prestiżowa, niezależna organizacja non profit, dokonał analizy 175 adresowanych do lekarzy ulotek reklamujących leki. Okazało się, że 94% z nich zawierało mylące lub fałszywe informacje o produkcie.

Ben Goldacre lekarz brytyjski stwierdził: „Jestem przekonany, że gdyby pacjenci i całe społeczeństwo naprawdę zrozumieli, co im się robi – na co pozwalają lekarze, naukowcy oraz organy regulacyjne – byliby wściekli”.

Duński profesor Peter C. Gøtzsche jest autorem książki „Zabójcza medycyna i zorganizowana przestępczość. Jak przemysł farmaceutyczny korumpuje służbę zdrowia”. Uczony prowadził przez 40 lat badania kliniczne dla największych producentów leków z całego świata i twierdzi, że branża ta świadomie ukrywa śmiercionośne skutki uboczne leków. Brane przez nas leki to w ogóle nie są lekarstwa, a jedynie sprzedawane nam kłamstwa o nich.

Książka profesora Gøtzsche trafiła na pierwsze miejsce listy Brytyjskiego Stowarzyszenia Medycznego (BMA). Niemiecki profesor Harald Walach stwierdził, że „To powinna być obowiązkowa lektura wszystkich studentów medycyny”. Wyraził też nadzieję, że książkę tę przeczyta jak najwięcej ludzi władzy „Tylko wtedy jest szansa na zmiany, które są konieczne”.

Zacytuję wypowiedź Gwen Olsen, laureatki nagrody Human Rights Award, pracującej przez wiele lat dla największych koncernów farmaceutycznych na świecie: „Chcę obalić mit, że przemysł farmaceutyczny ma na celu poprawę zdrowia i leczenie. W rzeczywistości jego celem jest utrzymywanie chorób i zarządzanie objawami. Przemysł ten nie jest zainteresowany leczeniem raka, alzheimera czy chorób serca, ponieważ gdyby tak było, działałby na własną szkodę – utraty biznesu, a to nie ma sensu”.

Wszystko to przeraża. Pocieszające jest to, że ukazuje się na ten temat coraz więcej artykułów i książek. Alarmują autorytety branży medycznej. Problem stał się na tyle poważny, że jest już dyrektywa Unii Europejskiej o badaniach klinicznych. Firmy farmaceutyczne i inni sponsorzy od 2016 r. mają obowiązek publikowania wszystkich pozytywnych i negatywnych rezultatów badań. Nawet ma być utworzony portal internetowy, gdzie będą one zamieszczane. Firmy farmaceutyczne nie składają broni i dążą do ograniczenia dostępu do całości wyników dla szerokiej opinii publicznej.

Piotr Orliński prowadzi blog Coaching Zdrowia. Myślę, że warto odwiedzać tę stronę.

Źródła:

1) Cichosz K. „Przystanek śmierć”, „Integracja” 2002 nr 6 s. 14-22,

2) Goldacre B. „Złe leki”, Sonia Draga, 2013,

3) Orliński P. „Bywają leki gorsze od choroby”, „Angora” nr 44 (3.11.2013), s. 20-21,

4) „Zabójcza i zakłamana medycyna”, „Angora” 2014 nr 48 (30.11.2014), s. 75.

Wpis z 18.01.2015 r.

Niebezpieczny syrop glukozowy i glukozowo-fruktozowy

Któregoś dnia kolega Marcin zapytał mnie, czy słyszałam o syropie glukozowo-fruktozowym. Wtedy jeszcze nic o nim nie wiedziałam. Zaczęłam czytać artykuły w Internecie i trochę się zaniepokoiłam, ale jeszcze nie tak bardzo. Później poszłam do sklepu, obejrzałam etykiety i wtedy przestraszyłam się, bo ten syrop jest już wszechobecny i dodawany do bardzo wielu wyrobów cukierniczych, jogurtów, serków, soków owocowych, zup, płatków śniadaniowych, musztard, kechupów, lodów, pieczywa, przetworów owocowych, a nawet niektórych wędlin. Wiele z tych produktów przeznaczonych jest dla małych dzieci. Tymczasem syrop glukozowy czy też glukozowo-fruktozowy sprzyja otyłości i zachorowaniom na cukrzycę. Według przeprowadzonych badań syrop ten jest najbardziej niebezpieczny dla dzieci i młodzieży, gdyż spożywanie go w dzieciństwie może w późniejszych latach doprowadzić do zachorowania na cukrzycę oraz choroby układu krążenia.

Wielu lekarzy bije na alarm, m. in. prof. dr hab. Grażyna Cichosz. Wiele ośrodków bada działanie syropu. W „Journal of Nutrition” opublikowano wyniki badań przeprowadzonych w Medical College of Georgia (MCG) w Auguście oraz Health Sciencies University (GHSU) na ponad pół tysiącu dzieci w wieku 14-18 lat. Badania te wykazują, że istnieje związek spożywania syropu glukowo-fruktozowego z otyłością, a także z zachorowaniami na choroby sercowo-naczyniowe. Dzieci jedzące duże ilości produktów zawierających syrop, miały niższy poziom tzw. dobrego cholesterolu, częściej występowała u nich otyłość brzuszna, niejednokrotnie prowadząca do cukrzycy.

Pomimo nazwy, syrop glukozowy zawiera więcej fruktozy niż glukozy. Fruktoza jest w całości przetwarzana w organizmie na trójglicerydy i hamuje syntezę ATP, będącego głównym nośnikiem energii. Stosowanie tego syropu jest tak powszechne, gdyż jest on bardzo słodki, przez co produkcja jest tańsza niż z dodatkiem cukru lub innych słodzików. Produkowany jest przeważnie z kukurydzy przetworzonej na skrobię kukurydzianą, a później na płyn złożony z glukozy i fruktozy. Wymyślili go Amerykanie po wprowadzeniu zaporowych ceł na import cukru. Od tego czasu nasiliły się tam problemy z nadwagą ludzi.

W Polsce od 1996 r. syrop glukozowo-fruktozowy produkuje fabryka w Bielanach Wrocławskich. Im większa jest produkcja tej formy cukru, tym mniej produkuje się zwykłego cukru i zmniejsza powierzchnię upraw buraków cukrowych. Polska z eksportera cukru zmieniła się w importera.

Okazuje się, że jedna porcja produktu słodzonego syropem glukozowym zaspokaja dzienne zapotrzebowanie na cukry. Tymczasem spożywamy przecież również węglowodany zawarte w pieczywie, ziemniakach, ryżu, owocach itd. Jedzenie wysokoprzetworzonych cukrów prostych prowadzi do tzw. reaktywnej hiopoglikemii. Oznacza ona gwałtowne zmiany poziomu insuliny oraz glukozy we krwi. Co prawda, fruktoza ma niski indeks glikemiczny, ale spożywana w nadmiarze jest w całości przetwarzana na trójglicerydy, z których powstaje tkanka tłuszczowa. Ponadto przyczynia się do schorzeń tzw. jelita nadwrażliwego, a kumulując się w siatkówce oka powoduje zaćmę cukrzycową.

Ludzie spożywają obecnie 10 razy więcej cukrów niż 100 lat temu, co prowadzi do nadwagi, nadciśnienia, stanów zapalnych w organizmie i nowotworów. Badacze z uniwersytetu Yale stwierdzili, iż syrop glukozowo-fruktozowy działa na mózg inaczej od tradycyjnego cukru. Mianowicie nie powoduje on uczucia nasycenia tylko zwiększenie apetytu. Wskutek nadmiaru insuliny, spada poziom glukozy we krwi. Powoduje to insulinooporność oraz zwiększenie apetytu. Syrop zaburza działanie leptyny, czyli hormonu informującego organizm o sytości.

Najlepiej jest wówczas stosować diety odchudzające, gdzie wyeliminowany będzie cukier, a także biała mąka, ziemniaki i słodkie owoce. Powinno się jadać regularnie, co 3-4 godziny, aby nie zachodziły gwałtowne zmiany poziomu insuliny, a także dokładnie przeżuwać pokarm.

Konieczne jest czytanie etykiet i najlepiej wyeliminowanie z naszej diety produktów zawierających syrop glukozowy albo spożywanie ich tylko okazjonalnie. Regularna konsumpcja takich produktów prowadzi bowiem do zwiększenia apetytu, insulinooporności i cukrzycy typu 2.

Źródła:

1) http://www.ppr.pl/artykul-rozmowa-z-prof-dr-hab-grazyna-cichosz-153622-dzial-32.php

2) http://dzieci.pl/kat,1033629,title,Syrop-glukozowo-fruktozowy-cichy-zabojca-dzieci,wid,16598317,wiadomosc.html?smgputicaid=612ddf

3) http://www.syrop-glukozowo-fruktozowy.pl/produkcja-syropu-glukozowo-fruktozowego-w-polsce/

4) http://zdrowie.dziennik.pl/diety/artykuly/415233,amerykanie-tyja-przez-kukurydze.html

Wpis z 08.06.2014 r.

Indeks glikemiczny pokarmów

01.05.2013

Traktuję ten wpis jako uzupełnienie poprzedniego wpisu o cukrze. W ośrodku „Sofra” w Mielnie otrzymałam na wykładzie informacje na temat indeksu glikemicznego pokarmów (IG) opracowane przez technologa żywienia, p. Adrianę Andrusieczko.

Stosowanie koncepcji IG w codziennym żywieniu daje następujące korzyści:

– lepszy sen,

– lepsze trawienie,

– brak uczucia głodu,

– nie gromadzenie się tłuszczu w organizmie,

– profilaktyka cukrzycy.

Indeks glikemiczny jest to miara zdolności danego pokarmu do podwyższania poziomu glukozy we krwi, w skali o wartościach, dla których punktem odniesienia jest czysta glukoza.

Niski IG (35 i poniżej) to:

– powolny wzrost poziomu cukru we krwi,

– energia na dłużej,

– osłabienie uczucia głodu,

– poprawa wykorzystania rezerw energii.

Produkty:

acerola, agrest, amarantus (ziarno), awokado, bakłażan, borówki, brukselka, burak, cebula, cukinia, cykoria, cytryna, czekolada gorzka powyżej 70% kakao, czereśnie, czosnek, drożdże, drożdże piwne, dziki ryż, figi świeże, granat, grapefruit, groszek zielony, gruszka, grzyby, herbata, humus, jabłko, jaja,  jeżyny, jogurt sojowy, kalafior, kapusta, kawa, kiełki, majonez, komosa ryżowa, mak,  makaron sojowy, maliny,  mandarynka, marakuja,  marchew surowa, masło migdałowe, masło z orzechów laskowych, mąka z cieciorki, mięso, morela, musztarda, mleko migdałowe, mleko sojowe, mleko owsiane, nektarynka, ocet, ogórek, olej, orzechy, owoce morza, papryka, pestki dyni i słonecznika, pędy bambusa, pieczywo Wasa, pomelo,  pomidor,  porzeczka, przecier pomidorowy, przyprawy naturalne, rabarbar, rośliny strączkowe, ryby, rzodkiew, rzodkiewka, sałata, seler naciowy, seler świeży, sery żółte i pleśniowe, sezam, siemię lniane, sos sojowy, syrop z agawy, szczaw, szparagi, szpinak, śliwki, śmietana, śmietana sojowa,tofu, tłuszcze roślinne i zwierzęce, truskawki, twaróg, wina wytrawne,  wiśnie, zarodki.

 Średni IG (35-50). Produkty:

ananas świeży, banany niedojrzałe, bataty, bób niedojrzały, chleb orkiszowy, fasola z puszki, figi suszone, groszek z puszki, gryka, jęczmień, kaki, kasza gryczana, keczup, kokos, kukurydza w puszce, makaron mleko kokosowe, pszenny durum, makaron razowy, rodzynki, mango, melon, morele suszone, musli niesłodzone, orkisz, otręby owsiane i pszenne, owies, owoce lichee, pigwa konserwowa, płatki owsiane, płatki pełnoziarniste, ryż basmati, ryż brązowy, sok ananasowy niesłodzony, sok grapefruitowy niesłodzony, sok jabłkowy niesłodzony, sok pomarańczowy niesłodzony, sok żurawinowy niesłodzony, spaghetti al dente, surimi (paluszki krabowe), tosty pełnoziarniste, winogrona.

Wysoki IG (50 i powyżej), to:

– gwałtowny wzrost poziomu cukru we krwi,

– uczucie zmęczenia po posiłku,

– uczucie „wilczego” głodu,

– gromadzenie tłuszczu w organizmie.

Produkty:

amarantus dmuchany, ananas z puszki, arbuz, bagietka, biszkopty, bób gotowany, brukiew gotowana, burak gotowany, chipsy, cukier, daktyle suszone, dynia, frytki, glukoza, herbatniki, kabaczek, kasza manna, kleik, kukurydza gotowana, kukurydza prażona, kuskus, makaron biały, marchew gotowana, mąka biała, mąka kasztanowa, mąka kukurydziana, mąka ryżowa, mąka ziemniaczana, melasa, miód, musli słodzone, napoje słodzone, paluszki, piwo, płatki błyskawiczne, płatki kukurydziane, proso, rogaliki, ryż biały, ryż dmuchany, ryż paraboliczny, seler gotowany, skrobia modyfikowana, suchary, syrop klonowy, tacos, tapioka, ziemniaki gotowane,

Czynnikami modyfikującymi IG są:

– gotowanie – podgrzewanie pokarmów zwiększa ich IG. Cząsteczki skrobi pęcznieją, co ułatwia jej trawienie,

– chłodzenie – obniżanie temperatury obniża IG,

– zawartość tłuszczu – tłuszcze hamują proces trawienia, a w połączeniu z innymi produktami stają się barierą dla soków trawiennych. Obecność tłuszczu przyspiesza wysyłanie do mózgu informacji „jestem syty” (mleko pełnotłuste ma niższy IG niż mleko odtłuszczone),

– zawartość błonnika – im więcej błonnika zawiera pokarm, tym niższy jest IG. Rozpuszczalny błonnik pod wpływem wody pęcznieje, a to powoduje, że pokarm wolniej zamienia się w cukier,

– kwasowość żywności – kwasy powodują wolniejsze trawienie pokarmu, np. ocet balsamiczny zmniejsza jego IG. Pieczywo na zakwasie ma niższy IG niż pieczywo białe,

– wielkość cząstek – pokarmy przetwarzane i rafinowane są trawione szybciej przez co mają wyższy IG,

– rodzaj cukru – organizm wolniej rozkłada fruktozę w owocach, niektórych warzywach i miodzie niż sacharozę zawartą w cukrze.

 

 

 

O wyleczeniu stwardnienia rozsianego

03.03.2013

To historia kolejnej kobiety, która się nie poddała. Przeczytałam o niej artykuł Agnieszki Nowak-Samengo w „Angorze” z 25.11.2012 r. napisany na podstawie „La Repubblica”, „Il Corriere della Sera”, „Il Fatto Quotidiano”, „La Nuova Ferrara” i „Gente”. Poczytałam też sobie w Internecie na temat Profesora Zamboniego i jego metody.

Nicoletta Mantovani, druga żona Pavarottiego, ma obecnie 44 lata. Pierwsze symptomy sclerosis multiplex pojawiły się u niej wiele lat przed diagnozą. Były to: gwałtowna utrata wzroku, wyczerpanie i zdarzający się brak czucia od pępka w dół ciała. Lekarze traktowali to jako patologie wieku dojrzewania.

Gdy Nicoletta miała 24 lata, któregoś dnia straciła czucie w nogach, mięśniach i skórze. Wezwany przez Pavarottiego neurolog przypuszczał, że jest to reakcja organizmu na stres i zbyt częste podróże. Zaprzeczył temu zrobiony później rezonans magnetyczny. Lekarz uprzedził kobietę, że skończy na wózku inwalidzkim. Nicoletta przepłakała kilka miesięcy, ale postanowiła walczyć. Grała przez 10 lat w kobiecej drużynie softballu w Bolonii, studiowała na Wydziale Nauk o Ziemi, urodziła bliźniaki, organizowała koncerty charytatywne Pavarotti & Friends.

W 2012 roku Nicoletta przeszła kontrowersyjny zabieg metodą profesora Zamboniego. Po operacji wszystkie objawy choroby ustąpiły. O uzdrowieniu kobiety poinformowały wszystkie włoskie dzienniki telewizyjne oraz prasa.

Profesor Paolo Zamboni jest znanym chirurgiem naczyniowym z Ferrary. Podjął on sformułowaną w latach 60. XX w. (i zarzuconą) teorię żylnej patogenezy stwardnienia rozsianego. Profesor opisał zespół CCSVI – schorzenia polegającego na zaburzeniu odpływu żylnego krwi z mózgu, którego powodem są zwężenia żył szyjnych i opracował metogę udrożnienia żył przez balonikowanie i stentowanie. Uważa, że istnieje ścisły związek między zwężeniem żył a stwardnieniem rozsianym. Zabieg polega na udrożnieniu żył szyjnych.

Metoda Zamboniego ciągle wywołuje międzynarodową dyskusję w środowisku medycznym. Kłody pod nogi rzucają profesorowi koledzy po fachu, reprezentujący Stowarzyszenie SM (Aism, druga organizacja zajmująca się we Włoszech stwardnieniem rozsianym obok Stowarzyszenia CCSVI w SM, którego honorowym prezydentem jest Nicoletta Mantovani). Na europejskim kongresie w Lyonie zaprezentowali oni wyniki swoich eksperymentów z 35 ośrodków metodologią odmienną od Zamboniego. Ponieważ wyniki te były rażąco różne, Nicoletta Mantovani tłumaczy je konfliktem interesów i chęcią osiągania przez koncerny zysków ze sprzedaży bezużytecznych farmaceutyków. Mówi, że leczono ją kortyzonem, który jej nie pomagał za to powodował mnóstwo efektów ubocznych.

Jesienią 2012 r. Nicoletta jako producentka w Pavarotti International Production wypuściła na rynek film „I nazywają to latem”.

Rozmawiałam o tym przypadku z rozsądnym profesorem. Był sceptyczny. Powiedział, że metoda Zamboniego pomogła jedynie Pani Mantovani. W takim razie trzeba poczekać, co będzie dalej.

Przy okazji wspomnę o tym, co pisze w swojej książce „Żywność twój cudowny lek” Jean Carper. Mianowicie o teoriach głoszących, że istnieje zależność między odżywianiem w pierwszych dekadach życia a późniejszym występowaniem takich chorób, jak SM i parkinsonizm. Niektórzy naukowcy uważają, że może tu istnieć związek ze spożywaniem tłuszczów: w populacjach jedzących dużo tłuszczów zwierzęcych stwardnienie rozsiane występuje częściej, natomiast osoby spożywające dużo tłustych ryb morskich, wydają się odporne na zachorowanie.

Doktor Roy Laver Swank, neurolog z Centrum Badań Medycznych Uniwersytetu Oregon w Portland, stosuje od lat dietę niskotłuszczową w leczeniu SM, a swoje sukcesy opisał w piśmie „The Lancet” w 1990 r. W grupie 144 osób z SM, które od 34 lat stosowały dietę niskotłuszczową, najlepsze wyniki (wolniejszy postęp choroby i mniejszą śmiertelność) stwierdzono u pacjentów jedzących mniej niż 20 g kwasów tłuszczowych dziennie.

Jeszcze lepsze wyniki uzyskano stosując dietę niskotłuszczową przed wystąpieniem poważniejszych, powodujących inwalidztwo, objawów choroby. Aż u 95 % takich osób nie doszło do ciężkich objawów przez 30 lat. Wśród tych, którzy nie poddali się diecie, nastąpiło zaostrzenie choroby i większość zmarła w ciągu 20 lat. Obecnie dr Swank uważa, że należy jeszcze bardziej ograniczać dzienne spożycie tłuszczów „nasyconych”, szczególnie z pokarmów mlecznych, a następnie z tłustych mięs – powinno ich być nie więcej niż 15 g.

Chorym na stwardnienie rozsiane zaleca się spożywanie tłuszczu z ryb morskich. Dr Ralph T. Holman z Uniwersytetu Minnesota i dr Emre Kokmen z Kliniki Mayo udokumentowali twierdzenie, że pacjenci z SM mają nieprawidłowe przemiany kwasów tłuszczowych i występują u nich znaczne niedobory kwasów typu omega-3. Poleca się picie tranu, ale też używanie olejów rzepakowego oraz lnianego – wystarczy kilka łyżeczek dziennie. Badanie przeprowadzone w Wielkiej Brytanii dowiodło, że tran opóźniał i zmniejszał nasilenie zaostrzeń u 312 pacjentów z SM obserwowanych przez 3 lata.

 

 

 

O jedzeniu i nietolerancji pokarmowej

 

17.02.2013

Parę słów o zdrowiu. Organizm można porównać do skomplikowanego zakładu biochemicznego. Są zakłady, w których są urządzenia nowe (dzieci) albo starsze (dorośli), w jednych zakładach urządzenia są lepsze (z przyczyn genetycznych), w innych gorsze. Dla jakości wyposażenia każdej fabryki bardzo ważne jest, co jest przetwarzane i jak często maszyny są czyszczone. Każdy zakład jest inny, bo w każdym jedno z urządzeń w linii produkcyjnej może być gorszej jakości i wymagać specyficznej obsługi. Jedne linie produkcyjne są lepsze do przetwarzania mięsa, inne do warzyw. Każdy właściciel fabryki powinien wiedzieć, jakie ma w niej urządzenia i jak je obsługiwać.

W tym miejscu chcę podkreślić, że każdy organizm jest inny. Wszelkie zalecenia żywieniowe są dobre dla większości osób, ale nie dla wszystkich. Na przykład mąka razowa jest bardzo zdrowa i wskazana, ale jeśli ktoś ma chory przewód pokarmowy, często nie może jej jeść, bo taka mąka działa jak szczotka i powoduje podrażnienia. Kto inny nie może jeść, powiedzmy, bardzo zdrowej i generalnie wskazanej dla zdrowia marchewki.

W ubiegłym tygodniu byłam w Mielnie, bo chciałam zobaczyć jeden z ośrodków leczących dietą warzywno-owocową dr Dąbrowskiej. Zostałam tam przećwiczona warzywnie i gimnastycznie (aj, moje plecy), bo ruch jest szalenie ważny. Życie to ruch. U podstawy piramidy żywieniowej u dr Dąbrowskiej jest właśnie ruch, a warzywa są już w wyższym i mniejszym pasku. Naszła mnie refleksja, że przecież nigdy w swojej historii człowiek nie siedział 8 godzin w biurze żeby potem przenieść się na resztę dnia na kanapę.

W ośrodku miałam zaszczyt poznać dr Ewę Dąbrowską i porozmawiać z Nią podczas indywidualnej konsultacji po wykładzie. Pani doktor jest szalenie skromną starszą panią o ogromniej wiedzy i doświadczeniu. Można Jej pozazdrościć formy fizycznej i możliwości intelektualnych. Znalazłam u Niej odpowiedzi na kilka moich wątpliwości.

W Mielnie dowiedziałam się, że wiele osób ma alergie i nietolerancje pokarmowe. To nie jest to samo. Objawy alergii występują niemal natychmiast po spożyciu pokarmu natomiast objawy nietolerancji pokarmowej, np. bóle głowy, bezsenność, zaparcia czy biegunki, astma czy problemy skórne, mogą ujawnić się po kilku dniach i nie wiążemy ich z tym, co spożyliśmy jakiś czas temu.

Można zrobić sobie test na nietoleracje pokarmowe i wiele osób zrobiło sobie takie testy, a mnie zaskoczyły ich wyniki. Wiedziałam, że można mieć nietolerancję selera, ale okazało się, że może występować także np. nietolerancja wspomnianej marchewki czy brokuła.

Niedobra wiadomość jest taka, że człowiek może nie wiedzieć, na co ma nietolerancję. Możemy bardzo lubić coś, czego nie powinniśmy jeść. Okazuje się, że toksyny wynikające z jedzenia czegoś, czego nasz organizm nie toleruje, mogą w naszym mózgu wytwarzać endorfiny (tak zwane hormony szczęścia). Dzieje się tak przez krótki czas, a w/w objawy nietolerancji występują później. Ponieważ mogą się pojawić po jakimś czasie, nie kojarzymy ich z tym, co zjedliśmy i w dodatku sprawiło nam przyjemność. Dobrym przykładem jest tutaj cukier, który jest wręcz trujący dla organizmu.

Druga niedobra wiadomość jest taka, że testy na nietolerancję są bardzo drogie. Najtańszy test do samodzielnego wykonania z próbki krwi, Food detective, kosztuje 349 zł i obejmuje zaledwie 46 podstawowych produktów. Test na 200 produktów to już wydatek rzędu 1800 zł.

Jeśli jednak źle się czujemy i trudno jest ustalić przyczynę dolegliwości, może warto rozważyć zrobienie takiego testu.

Dobra wiadomość jest taka, że jeśli odstawimy produkty, na które występuje nietolerancja, nasz stan zdrowia się poprawi, możemy schudnąć, a za jakiś czas (ok. 3-6 miesięcy) nietolerancja na dany produkt może już nie wystąpić.

 

 

 

Historia Cris Carr z happy endem

20.01.2013

Już dawno miałam napisać o Kris Carr z Nowego Jorku, bo jej historia zrobiła na mnie duże wrażenie. Opisywał ją „New York Times”, a ja przeczytałam polskie tłumaczenie w „Angorze” nr 35 z 28.08.2011 r. To jest historia o tym, że nigdy, nigdy nie wolno się poddawać, nawet wtedy, gdy sytuacja wydaje się beznadziejna. Zawsze znajduję na to potwierdzenie w przyrodzie. Gdy słońce praży i jest susza, niektóre kwiaty na działce dają za wygraną i schną zanim przyjedziemy je podlać w weekend. Te, które się nie poddały, po podlaniu prostują się, podnoszą głowy i rosną dalej. W misce pod pompą topią się czasem osy lub muchy. Gdy idziemy po wodę zawsze któraś osa przebiera nóżkami i ta jest wylewana z wodą. Wyschnie i poleci. Sama sobie tłumaczę, że nie wolno się poddawać, gdy próbuję załatwić jedną, wydawałoby się prostą sprawę, a urząd od 15 lat jej nie załatwia. Czasem się podłamuję i opadają mi ręce, ale znajoma też ostatnio powiedziała mi o tym niepoddawaniu się i opowiedziała, co było na rysunku w gazecie. Otóż bocian miał w dziobie żabę, a jej tylne odnóża wystawały mu z dzioba i trzymały go za gardło. Bo trzeba walczyć do końca – wtedy jest szansa wygranej.

 

Kris Carr grała w teatrze i w reklamach. Imprezowała, żywiła się byle jak jedzeniem z mikrofalówki aż w 2003 r. w wieku 31 lat dowiedziała się, że jest chora na raka. Diagnoza: śródbłoniak naczyń krwionośnych – bardzo rzadki złośliwy nowotwór, który zdarza się u zaledwie 0,01 % wszystkich chorych na raka. Czwarta faza rozwoju. Wątroba oraz płuca były usiane wieloma dziwnymi kropkami i wyglądały jak ser szwajcarski. Czysta beznadziejność. Lekarze powiedzieli Kris, że operacja nie ma już sensu, a ona odebrała to jako cios w brzuch od Boga. I to nie koniec jej historii, ale dopiero początek.

Dziewczyna postanowiła podejść do nowotworu z humorem. Wymyśliła na swój użytek firmę Uratuj Mój Tyłek sp. z o.o. Pierwszym zadaniem Kris jako prezesa było znaleźć dobrego lekarza, który zechce ją wyleczyć. Po wielu próbach (których nawet nie chcę opisywać) znalazła go i doktor Demetri z Bostonu jest nadal jej lekarzem.

Doktor Demetri nie dawał jej żadnej gwarancji, ale powiedział, że Kris powinna wzmocnić swój układ odpornościowy. To było wyzwanie dla dziewczyny, dla której początkowo zdrowym jedzeniem była herbata z cytryną. Postanowiała jednak wszystkiego się dowiedzieć i wyzdrowieć. Czytała dużo na ten temat w internecie i śmieje się, że „ukończyła wówczas ‚Uniwersytet Google'”. Następnie zmieniła dietę na wegetariańską, zaczęła zaopatrywać się jedzenie w sklepach ze zdrową żywnością, ćwiczyła jogę, a nawet pojechała do klasztoru zen. I zwyciężyła!

Narodziła się nowa Kris, która rzuciła aktorstwo, ale nie do końca, bo swój talent wykorzystała inaczej. Ma własną firmę promującą jej styl życia, dwie strony internetowe, studio filmowe, jest redaktorem magazynu o zdrowiu, jeździ z wykładami po Ameryce, udziela wywiadów, prowadzi sesje treningowe na Skypie (250 USD za 90 minut), założyła duże ekologiczne gospodarstwo. Klęskę przekuła w sukces i zna ją cała Ameryka. Oprah Winfrey nazwała ją szalenie seksowną nauczycielką.

Kris nakręciła film „Szalenie seksowny rak” („Crazy sexy cancer”) o swojej walce z chorobą, gdzie powtarza jak mantrę „nie jestem chora” i pokazuje swoje ćwiczenia, jedzenie i życie. Film zrobił furorę, bo Kris potrafiła podejść do raka z humorem, a najważniejszym przesłaniem było: „nie taki rak straszny, jak go malują”. Kris napisała też książki: „Szalenie seksowne porady na raka”, „Szalenie seksowne zwycięstwo nad rakiem”, „Szalenie seksowna dieta”. Trzecia książka znalazła się na liście bestsellerów „New York Timesa” i jest przeznaczona dla wszystkich. Co poleca? To, co dr Dąbrowska i wielu mądrych lekarzy oraz dietetyków: dietę wegańską, warzywa, owoce, orzechy i zboża, a czasem też mięso z ekologicznego gospodarstwa. Do tego ruch, miłość i poczucie humoru, walka ze strachem, złością, smutkiem.

Kris Carr wypromowała też słynny zielony drink, z którym występuje w programach telewizyjnych. Napój ten podawany jest w wielu restauracjach wegetariańskich. Oto on:

 

Zielony drink

 

2 duże ogórki (jeśli nie pochodzą z gospodarstwa ekologicznego, należy je obrać),

duża garść jarmużu lub sałaty rzymskiej,

duża garść kiełków groszku,

4-5 łodyg selera,

1 brokuł,

1-2 gruszki lub zielone jabłka,

szpinak.

 

Przepuść przez sokowirówkę i pij na pohybel rakowi!

 

Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się więcej o Kris podaję strony internetowe:

http://kriscarr.com/

http://www.care2.com/

 

 

 

Dieta dr Dąbrowskiej

16.08.2012

W tym tygodniu jestem na diecie dr Dąbrowskiej. Powinnam sobie robić tydzień diety w każdym miesiącu, ale albo są jakieś ciągi imienin i innych uroczystości albo jest zbyt zimno, a wtedy trudno byłoby przetrwać na samych gołych warzywach.

O tej diecie powiedziała mi koleżanka, która była w jednym z ośrodków pani doktor i wróciła zachwycona.

Dwa lata temu kupiłam książki dr Dąbrowskiej i odbyłam pełne sześć tygodni diety. Dzięki temu schudłam 8 kilogramów i mogłam się wbić w stare spodnie. To było wspaniałe. Poprawiła mi się wówczas cera i wyniki badań.

Dieta jest bardzo prosta, ale nie jest prosto ją stosować. Zalecane jest jedzenie (nieograniczone) następujących warzyw i owoców:

– marchew,

– buraki,

– seler,

– rzodkiew,

– pietruszka,

– chrzan,

– kapusta,

– kalafior,

– brokuł,

– cebula,

– czosnek,

– pory,

– ogórki, zwłaszcza kiszone,

– kabaczek,

– dynia,

– sałata,

– zioła,

– pomidory,

– papryka,

– jabłka,

– grapefruity,

– cytryny.

I już – to wszystko. A do picia woda, zielona herbata albo herbatka owocowa (zupełnie bez kawy!). Nie można jeść zbóż, orzechów, ziemniaków, roślin strączkowych, chleba, mleka, serów, oleju, mięsa i słodkich owoców.

Będąc na diecie miewałam kryzysy. Najbardziej wtedy, gdy ktoś w domu albo w pracy jadł coś dobrego, a pyszne było właściwie wszystko spoza w/w listy. Kiedyś kolega z pracy kupił sobie serek topiony. Miałam ochotę wyrwać mu ten serek, ale wytrwałam. WYTRWAŁAM. Bez cukru, bez skrobi, bez tłuszczu.

Po tych sześciu tygodniach tak się odzwyczaiłam od cukru, że nawet nie miałam ochoty na nic słodkiego. Spokojnie przeszłam na zdrowe żywienie i chudłam dalej. Ta dieta ma dwie cudowne cechy: skóra nie wisi po schudnięciu, a tłuszcz ze środka wychodzi na powierzchnię i nie trzeba używać żadnych kremów do twarzy.

Jedną rzecz uzupełniam – wapń, bo nie bardzo lubię kapustę i sałatę bez tłuszczu. Dlatego zgodnie z zaleceniem dr Tombaka jem codziennie 1/3 łyżeczki zmielonych skorupek od kur „chodzonych” (dobrze jest rozpuścić te skorupki w soku cytrynowym lub żurawinowym).

W tej diecie jest jednak taka okropna rzecz, jak pierwszy dzień. Zgodnie z opisem klinicznym dr Dąbrowskiej na początku musi boleć głowa. Trzeba to przetrwać, bo ten ból minie i nie wróci przez cały okres stosowania diety. Ból bierze się z nagromadzonych w organizmie toksyn. Pamiętam, że to był nie tylko straszny ból, ale też dreszcze. Można to jednak wytrzymać. Gdy powtarzałam później tygodniowe diety, ból pojawiał się drugiego dnia albo wcale. Najgorszy był ten pierwszy raz.

W ośrodku pani doktor nie byłam, natomiast przeczytałam jej dwie książki: „Przywracać zdrowie żywieniem’ i „Ciało i ducha ratować żywieniem”.

Przemawia do mnie to, co pisze dr Dąbrowska, że kiedyś stosowano posty dla oczyszczenia organizmu i to jest rzecz potrzebna. Uważam, że można z powodzeniem wytrzymać lekki głód. Dieta jest jak urlop dla przewodu pokarmowego i warto ją stosować. Po przeprowadzeniu diety dobrze byłoby nie jeść tylko się odżywiać, ale często nie jestem w stanie zachować potrzebnego reżimu i jem różne pyszności. Wracam jednak do tej diety, bo jest bardzo korzystna.