Zupa ze skorzonery

Nareszcie udało mi się kupić skorzonerę! Nie było łatwo, bo to obecnie jedno z zapomnianych warzyw, które dopiero zaczyna się pojawiać w handlu. Dopóki nie zaczęło, kilka lat temu kupiłam nasiona i planowałam je wsadzić na działce. Nie liczyłam na jakiś szczególny sukces, bo na naszych suchych piaskach mazowieckich warzywa korzeniowe po prostu się nie udają – marchewki, pietruszki czy rzodkiewki były łykowate i ostre w smaku. W dodatku skorzonera wymaga głęboko przekopanej ziemi i na tym poległam. Po prostu nie przekopałam głęboko ziemi i już. Nie wsadziłam nasionek. Aż tu nagle spotkałam skorzonerę w sklepie, zachwyciłam się moim nabytkiem i zaczęłam się zastanawiać, co zrobić z moim skarbem. Na blogu Z Pierwszego Tłoczenia znalazłam przepis na zupę i oto ona: zupa z wężymordu, bo tak inaczej nazywa się skorzonera. Brzmi super, zupa też smaczna. Może i Wam uda się kupić te smaczne korzenie.

Zupa krem ze skorzonery

400 g skorzonery
1 cebula
1 ząbek czosnku
1 marchewka
2 ziemniaki
700 ml wywaru z warzyw
1 łyżka masła
sól, pieprz
szczypta gałki muszkatałowej
50 g creme fraiche (ja użyłam śmietany 12%)
2 łyżki oleju z dyni
2 łyżki nasion dynii
ewentualnie 2 łyżki soku z cytryny

Cebulę posiekać i zeszklić na maśle. Pod koniec dodać posiekany czosnek.

Skorzonerę obrać (najlepiej w rękawiczkach jednorazowych i pod bieżącą wodą, by lepki sok nie poplamił nam rąk). Po obraniu można zanurzyć korzenie w wodzie z sokiem cytrynowym, by nie ściemniały. Ja od razu pokroiłam skorzonerę na kawałki i dodałam do cebuli. Następnie dodać oskrobaną 1 marchewkę pokrojoną w kostkę oraz obrane i pokrojone ziemniaki i podsmażyć. Wszystko zalać gorącym wywarem z warzyw i gotować ok. 20 minut, aż warzywa będą miękkie. Zblendować, wymieszać z olejem z dyni, doprawić do smaku solą, pieprzem, gałką muszkatołową, zabielić śmietaną.

Zupę podawać posypaną podprażonymi pestkami z dyni. Według pani dietetyk  z Mielna od Pani dr Dąbrowskiej, prażenie pestek podnosi ich wartość.

 

 

 

 

 

 

Jedlińskie kusaki

O widowisku „Ścięcie śmierci” na koniec karnawału odbywającym się corocznie w Jedlińsku dowiedziałam się kilka lat temu i bardzo chciałam je zobaczyć, bo to jedyny taki obrzęd w Polsce. Odbywa się on zawsze w ostatni wtorek karnawału, a „kusaki” oznaczają zapusty. Dopiero w tym roku udało nam się tam wybrać.

W Jedlińsku byli obecni fotoreporterzy, dziennikarze, telewizja, historycy i etnografowie oraz turyści z całego kraju. Czytałam, że mogło tam być ok. 3000 osób. Udział w imprezie jest bezpłatny.

Z „Echa Dnia Radomskiego” oraz ze strony www.konik.pl dowiedziałam się, że rodowód tego widowiska sięga XVI w., a odbywa się ono z okazji „prawa miecza” otrzymanego niedługo po lokacji miasta w 1530 roku. Było to prawo do ścinania złoczyńców.

Jedlińsk jest obecnie trochę zaniedbanym małym ośrodkiem – gminą wiejską pod Radomiem, ale w XVI-XVII w. było to miasto, w którym funkcjonowała szkoła ariańska oraz szkoła wyższa. W XVII-XVIII w. miejscowe gimnazjum podlegało Akademii Krakowskiej.

Obrzęd „Ścięcia śmierci” w XIX w. był bardziej rozbudowany niż obecnie. Wówczas na wieść przyniesioną przez kościelnego odźwiernego, że śmierć się upiła, zgubiła kosę na łąkach nad rzeką i śpi pod Spaloną Groblą, wyruszano po nią i przyprowadzano w tryumfalnym pochodzie na rynek miasta. Obecnie odbywa się dalsza część widowiska wg autorstwa księdza Jana Kloczkowskiego (choć też na podstawie trochę zmienionego scenariusza), czyli wkroczenie na rynek uroczystego korowodu postaci zwanych kusakami oraz sąd nad śmiercią. Wśród postaci są diabły, para młodych, krakowianki, wójt Pardoła, niedźwiedź, policjanci, Żydzi, prosty lud, Cyganie, rybacy, grajkowie i wiele innych, a wszystkie, także kobiece, są grane przez mężczyzn.

Widowisko ma formę wierszowaną i jest mocno moralizatorskie. Burmistrz oraz ławnicy sądzą śmierć krzywdzącą ludzi, odbierającą życie ich bliskim. Po wielu oskarżycielskich mowach zapada wyrok skazujący śmierć na karę śmierci.

Niestety przebierańcy stali przed sceną i trochę zasłaniali widok, a fotoreporterzy też mieli pierwszeństwo i trudno było zrobić lepsze zdjęcia.

Pojawia się kat, który najpierw przemawia, a następnie ścina śmierci głowę. Lud świętuje i tańczy. 

Zwłoki śmierci umieszczane są na wozie, do którego zaprzężony jest koń (podobno też na saniach, ale to jest możliwe wtedy, gdy leży śnieg, czyli nie tym razem), a potem są wywożone z rynku na pogrzeb.

Ścięcie śmierci to nie tylko jej ukaranie, ale też symboliczny koniec zimy. Warto zobaczyć to jedyne w swoim rodzaju widowisko.

 

 

 

 

 

Chleb dyniowy AIP

Faceci są naprawdę inni, rzeczywiście jakby z innej planety i przeważnie nas nie rozumieją. Można by dużo o tym opowiadać, np. mój kolega przyszedł do pracy w poniedziałek cały zły, bo był z żoną na zakupach w niedzielę w centrum handlowym i jeszcze mu nie przeszło. Żona chciała kupić watę i proces  jej kupowania tak go rozsierdził: „I rozumiecie, tam była cała ściana waty, a ona przez pół godziny nie mogła wybrać!”. Próbowałam tłumaczyć żonę, że te waty są różne: bawełniane, syntetyczne, mieszane – trzeba wybrać odpowiednią. Patrzył na mnie, wysłuchał, ale nie wyglądał na przekonanego.

A my byliśmy z MDK w ubiegłym tygodniu w Auchan. Zrobiliśmy zakupy i prowadziliśmy wózek z zakupami w kierunku wyjścia. Po drodze jest kwiaciarnia, a w jej wnętrzu zauważyłam prześliczne herbaciane róże. Całe wiaderko. Były tak niesamowite, że aż się zatrzymałam i westchnęłam z zachwytem: „O Boże, jakie piękne róże!”. MDK nawet zareagował, nie powiem. Od razu energicznie skierował się do środka ze słowami: „To ja ci kupię!”. Powiedziałam, że nie albo tylko jedną i czekałam patrząc na sąsiednie wystawy. Stoję, patrzę: idzie, niesie trzy… tulipany.

Gdy to opowiedziałam Eli to się dowiedziałam, jak kiedyś jej mąż pojechał do Londynu. Przed wyjazdem zapytał, co jej przywieźć. Powiedziała, że prosi szalik tylko żeby nie był czerwony. Przywiózł … czerwony, „bo coś mówiłaś o czerwonym”.

Zrobiłam chleb tzw. paleo z bloga Paleosmak, dobry dla osób z chorobami autoimmunologicznymi, np. Hashimoto. Bardzo smaczny. Może zastąpić tradycyjne pieczywo.

 

Chleb z dyni

 

2 szklanki mąki ziemniaczanej albo ararutowej, albo z tapioki

1/2 szklanki oleju kokosowego

1 szklanka purée z dyni ugotowanej lub upieczonej

4 łyżki mąki kokosowej

3 łyżki miodu

1 łyżka octu jabłkowego lub soku z cytryny

1 łyżka cynamonu

1 łyżeczka sody oczyszczonej

1/2 łyżeczki imbiru

1 łyżeczka soli kłodawskiej lub himalajskiej

 

Roztopić olej kokosowy i wyrobić ciasto z wszystkich składników poza sodą i octem. Ciasto powinno mieć konsystencję gęstego kremu.

Dodać sodę, wymieszać, a następnie ocet lub sok z cytryny i ostatni raz dobrze wymieszać.

Ciasto przełożyć do wysmarowanej tłuszczem foremki o wymiarach ok. 10 x 20 cm i piec przez ok. 45 min. w temperaturze 180º C, aż do suchego patyczka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pomarańcze w syropie

Pamiętacie ten film „Poszukiwacze zaginionej Arki”? Indiana Jones z narażeniem życia długo starał się odnaleźć Arkę Przymierza, przeżył mnóstwo niebezpiecznych przygód, ale w końcu Arkę odzyskał. Mnie najbardziej utkwiła w pamięci scena, gdy już przekazał władzom zdobytą Arkę i w drewnianej skrzyni została ona przywieziona do ogromnego magazynu, gdzie stały tysiące takich skrzyń. Nagle to niesamowite znalezisko zginęło wśród ważnych i mniej ważnych przedmiotów umieszczonych w podobnych skrzyniach.

Dzisiaj, gdy wchodzę na portale internetowe, mam takie same odczucie, bo informacje odnośnie wojny w jakimś państwie, gdzie giną ludzie i panuje chaos albo o huraganie, który zniszczył ludziom domy i połamał hektary lasów sąsiadują z wiadomościami, która celebrytka „przerwała milczenie” albo, że „w prezydenta ktoś rzucił pomidorem”. To oczywiście tylko zajawka, bo gdy się wejdzie, okazuje się, że chodzi o prezydenta Hondurasu, a tym pomidorem dostał goszczący tam premier wysp Hula-Gula. Mecz piłkarski, przepis na sałatkę i zwierzenia celebrytki są wymieszane oraz opisywane taką samą czcionką i opatrzone zdjęciem o takim samym formacie, jak informacje o prawdziwych ludzkich tragediach, więc nabierają takiej samej rangi. Przyzwyczailiśmy się do tego, oczekujemy ciągle nowości. Przestaje mnie dziwić, że dla znudzonych, spragnionych ciągle nowych podniet starożytnych Rzymian wkroczenie wrogów stało się atrakcją i wielu witało najeźdźców kwiatami. Dlatego nie przepadam za tak podawanymi informacjami – wolę poczytać gazetę.

Oczywiście wspominam o tym przy okazji, bo pewnie nie tylko mnie to dziwi. Poza tym będzie oczywiście przepis na coś bardzo dobrego i na tyle ładnego, że można to nawet wręczyć w prezencie – pomarańcze w syropie. Można w ten sam sposób przygotować plastry cytryn.  Pyszne i świetne jako dodatek do herbaty do ciasta lub do jakiegoś deseru.

 

Pomarańcze w syropie

 

ok. 500 g niedużych pomarańczy

1 szklanka wody

1 i 1/2 szklanki cukru

 

Pomarańcze umyć szczoteczką i wymoczyć przez kilka godzin w misce z wodą, parę razy zmieniając w trakcie moczenia wodę. Chodzi o to, by pozbyć się wszelkich chemicznych zanieczyszczeń, a i skórka będzie bardziej miękka (ja moczyłam ok. 5 godzin).

Zagotować wodę, wsypać cukier, wymieszać do rozpuszczenia i plastry pomarańczy o grubości ok. 1/2 cm. Zagotować, zestawić z ognia i odstawić do następnego dnia. Następnego dnia pomarańcze jeszcze raz zagotować, a trzeciego dnia plastry w syropie zagotować, gorące ułożyć w wygotowanych słoikach i zalać syropem. Słoiki zamknąć, odwrócić do góry dnem i ostudzić.

 

 

 

 

Pączki hiszpańskie (z ciasta parzonego)

 

Trudno jest kupić naprawdę dobre pączki. Pamiętam Tłuste Czwartki sprzed wielu lat. Przepyszne pączki można było „wystać” w bardzo długiej kolejce na warszawskiej Starówce przy ul. Piwnej. Pamiętam stanie w ogonku na mrozie. Gdy się tak długo stało, to już nie po to, by kupić 3 albo 5 pączków. Z każdym odstanym kwadransem narastało przekonanie,  że tych pączków powinno być więcej. A gdy już się weszło do cieplutkiej cukierni i stało wąchając oszałamiający zapach świeżo usmażonych pączków i skórki pomarańczowej, nabierało się mocnego przekonania, że pączków powinno być przynajmniej 10 – całe pudełko. A takich cudownych pączków jak w tamtej cukierni, nigdy już nigdzie nie udało mi się kupić. Tamte były jeszcze gorące, mięciutkie, oblane równiutko lukrem – można to powtórzyć chyba tylko w domu.

Pączki hiszpańskie pojawiły się na mieście dużo później i z miejsca je polubiłam, od pierwszego kęsa. Zrobiłam je teraz, bo zbliża się Tłusty Czwartek, ale ten przepis z bloga Pieguskowa Kuchnia testowałam już wcześniej i mogę polecić (tylko lukier zmieniłam). Pączki są pyszne, rosną jak na drożdżach i należy jedynie uważać, żeby nie przedawkować.

 

Pączki hiszpańskie

 

250 ml wody

100 g masła

200 g mąki tortowej

4 jajka

szczypta soli cukier waniliowy

olej do smażenia

 

Lukier Neli Rubinstein

 

1 łyżka rumu

1 łyżka wody

1 szklanka cukru pudru

1 łyżeczka soku z cytryny

 

Rum podgrzać z wodą i wlać do naczynia z cukrem. Dodać sok z cytryny i dobrze wymieszać. Masa powinna mieć taką konsystencję, aby można ją było łatwo rozsmarować. Jeżeli by była zbyt gęsta, trzeba dodać odrobinę gorącej wody.

 

W garnku zagotować wodę z masłem. Gdy zacznie wrzeć, wsypać mąkę z solą i energicznie mieszać do chwili, gdy ciasto stanie się jednolite i zacznie odstawać od ścianek garnka. Zestawić i ostudzić. Do chłodnego dodać cukier waniliowy, wbijać po jednym jajku i miksować do czasu, aż ciasto zrobi się jednolite.

Przygotować kwadraty z papieru do pieczenia (można posmarować je olejem). Ciasto przełożyć do szprycy i wyciskać na papier niewielkie kółka.

Na głęboki olej rozgrzany do temp. 180º C kłaść ostrożnie pączki papierem do góry i po chwili wyjmować papier. Pączki smażyć na średnim ogniu, aż się zarumienią (trzeba uważać, by się zbyt szybko nie rumieniły, bo będą za bardzo przyrumienione, a surowe w środku).

Pączki wykładać na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem, a następnie posmarować lukrem (najlepiej za pomocą pędzla).

 

 

 

 

 

Daiquiri

Następny przepis z Kuby. Daiquiri to jeden z ulubionych drinków Hemingwaya. Nie dociekajmy jak się skończyło dla pisarza spożywanie nadmiernej ilości alkoholu. Trochę przesadzał tym bardziej, że używał podwójnej ilości rumu. W karnawale również my możemy sobie czasem pozwolić na egzotycznego drinka. Zwłaszcza, że jest zimno, a rum z cytryną mogą zapobiec przeziębieniu 🙂

Ja piłam tego drinka w cieple, słuchając kubańskich rytmów na żywo, ale od czego mamy internet i płyty – można stworzyć sobie nastrój.

 

Daiquiri

 

30 ml białego rumu

20 ml soku z cytryny lub limonki

10 ml syropu sporządzonego z cukru i wody

kilka kostek lodu

 

Wszystkie składniki wymieszać w shakerze (w braku shakera równie dobrze można użyć słoika z zakrętką), a następnie nalać do kieliszka koktajlowego.

 

 

 

 

 

 

 

 

Kuba – rzut oka na Hawanę i okolice

Zachwyciłam się Habana Vieja (Starą Hawaną). Nawet nie podejrzewałam, że jest taka piękna, a przecież została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Wiele budynków popadło w ruinę, ale wspaniała zabudowa kolonialna jest pieczołowicie odnawiana. Środki na renowację zapewnia fundusz, do którego trafia 1-2% obrotów hoteli i restauracji dzielnicy oraz niektórych usług, np. dorożek.

Na zdjęciu powyżej Gran Teatro de la Habana.

Pochodząca z czasów amerykańskich wybudowana w 1929 r. kopia amerykańskiego Kapitolu – Capitolio Nacional obecnie jest remontowana.

Wszechobecne na Kubie pranie wywieszone na zewnątrz może nie upiększa otoczenia, ale w wilgotnym klimacie jest raczej koniecznością. Nasza drobna przepierka wisiała w pokoju 2 dni i ciągle była mokra. Pomogło dopiero wywieszenie ciuchów na słońce.

La Bodeguita – jedna z ulubionych knajpek Ernesto Hemingwaya, gdzie pijał Mojito i Daiquiri.

Katedra w Hawanie, gdzie znajduje się m. in. figura Jana Pawła II

Katolicyzm jest religią dominującą na Kubie, chociaż po rewolucji dobra kościelne zostały znacjonalizowane i 80% księży opuściło wyspę. Dopiero w latach 90. partia złagodziła swój stosunek do Kościoła, a po wizycie Jana Pawła II w 1998 r. przywrócono obchody świąt Bożego Narodzenia, pojawiły się choinki i Mikołaje.

Pomimo chrystianizacji, której byli poddawani afrykańscy niewolnicy przez Hiszpanów, zachowali oni jednak również swoje rytuały i czcili swoje bóstwa kultu Lucumí utożsamiając je ze świętymi katolickimi. Z tego połączenia kultów powstała santeria. Jej wyznawcy (yabos) ubierają się na biało i czczą np. Matkę Boską jako boginię Oszun. Wróżą z muszelek. Wróżba ta nazywa się kauri. Ja kupiłam sobie podwójną laleczkę Chango albo Szango utożsamianą ze św. Barbarą.

  

Yabos uważają, że należy unikać wychodzenia na dwór wcześnie rano przed świtem, bo wówczas na ulicach przebywa zły duch Echus. Dobre duchy są przyciągane poprzez kąpiel w perfumach, kwiatach mariposy (narodowy kubański kwiat) i w cascarilli – maleńkich bezach robionych ze sproszkowanych skorupek jajek.

Najwspanialszy cmentarz, jaki widziałam – Cristobal Colón, gdzie w przepięknych marmurowych grobowcach spoczywają poeci, rewolucjoniści i inni zasłużeni Kubańczycy.  Z powodu braku miejsca, rodziny tych mniej zasłużonych po dwóch latach od pogrzebu są wzywane do zabrania szczątków swoich bliskich, by zrobić miejsce dla innych.

Grób Polaka Karola Roloffa-Miałowskiego, zmarłego w 1907 r. generała armii kubańskiej walczącego o wyzwolenie Kuby spod panowania hiszpańskiego. Po wojnie do końca swojego życia był ministrem skarbu na Kubie.

Castillo de la Real Fuerza – XVI-wieczna twierdza otoczona fosą, a bliżej cocotaxi – śmieszny pojazd mieszczący kierowcę i 2 pasażerów. Cenę za przejazd ustala się z kierowcą przed kursem. MDK, który uwielbia się targować, bardzo chciał, żebyśmy pojechali cocotaxi. Młoda dziewczyna za kierownicą podała cenę 10 peso. MDK natychmiast przystąpił do targów i powiedział, że nie da więcej niż 5 peso. Pomimo dalszych rozmów dziewczyna nie zgodziła się. Kiedy odchodziliśmy, jeszcze z daleka MDK z kierowcą pokazywali sobie na palcach, ile ten kurs powinien kosztować. W końcu dziewczyna przystała na 7 peso i poprosiła pasażera, który już zdążył wsiąść do jej cocotaxi, by się przesiadł do następnej. Kiedy już nas dowiozła do celu i wysiedliśmy, MDK dał jej 8 peso. Przez chwilę patrzyła zaskoczona, a potem głośno się roześmiała. Nam też było wesoło.

Dom Ernesta Hemingwaya ok. 12 km od Hawany. Dom jest pełen pamiątek po pisarzu, a leży na dość dużym terenie, gdzie Hemingway sprowadzał drzewa z całego świata.

Na terenie posiadłości można obejrzeć jacht pisarza, jego basen, a także nagrobki ulubionych psów.

O Kubie można napisać bardzo dużo i wskazać mnóstwo ciekawych miejsc, które warto obejrzeć. Żeby opowieść o wyspie nie była za długa, wycięłam sporo zdjęć dotyczących różnych miejsc, trzciny cukrowej czy cygar. Do bardzo wielu miejsc nie dotarłam, bo byliśmy tam zbyt krótko, niestety.

 

 

Kuba – kraj bez McDonalda

Kuba powitała nas chłodno. Nad oceanem wisiały chmury tak ciemne jak nad Bałtykiem, wiał zimny wiatr i nie było tak, jak powinno. „Kuba, wyspa jak wulkan gorąca” przypomniałam sobie szczękając zębami pod cienkim prześcieradełkiem stwierdzając, że te Karaiby to przereklamowane. Dobrze, że była jeszcze narzuta i ciepłe koce. I rum. Pewien Polak z Kanady pocieszył nas, że i tak mamy szczęście, bo trzy dni przed naszym przyjazdem temperatura spadła z 33º C do 18 i lało. Na szczęście deszcz nie padał w czasie naszego pobytu i z dnia na dzień robiło się coraz cieplej. Zaczęło świecić słońce i ociepliło się na tyle, że można było się kąpać i plażować, ale upałów nie doświadczyliśmy.

Właściwie to jechałam na Kubę bez entuzjazmu. MDK chciał tam jechać, a ja miałam opory. Pamiętałam Polskę w czasach, gdy w półkach był tylko ocet i groszek zielony, a o Kubie myślałam jak o Rumunii pod koniec lat 80. tylko cieplejszej. Wyobrażałam sobie smutnych, szarych ludzi stojących w kolejkach po wszystko.

Pomyliłam się. Ludzie byli bardzo sympatyczni, życzliwi, uśmiechnięci, rozśpiewani i roztańczeni. Gdziekolwiek nie pojedziecie, usłyszycie śpiewaków ulicznych wykonujących pieśń Guantanamera, czyli opowieść o dzielnej wiejskiej dziewczynie z Guantanamo. Na weselach podpici goście potrafią o tym śpiewać dodając coś nowego nawet 2 godziny!

W Hawanie całkiem sporo dobrze ubranych młodych ludzi. A kolejek nie było z tej prostej przyczyny, że nadal obowiązuje na Kubie system kartkowy. Każdy Kubańczyk posiada libretę – książeczkę na przydział następujących artykułów: jajka, pieczywo, kurczak, wieprzowina, sól, ziemniaki, ryż, mydło, fasola oraz papier toaletowy. Co pewien czas odżywa na wyspie dyskusja o zniesieniu kartek, ale wiele, zwłaszcza starszych osób, protestuje. Trudno się nawet dziwić. System kartkowy obowiązuje od kilkudziesięciu lat, artykuły na kartki są znacznie tańsze niż te w sklepach bez kartek (takich jak kiedyś u nas sklepy komercyjne), co przy tutejszych pensjach  wynoszących w przeliczeniu 8,70-26,00 USD (przeliczyłam na dolary, bo myśmy w Polsce zarabiali kiedyś po ok. 20 USD, ale tam amerykańskie wrogie dolary nie są nigdzie przyjmowane, walutą jest peso), a zwłaszcza groszowych emeryturach jest dla ludzi jedyną szansą zaopatrzenia. Inna rzecz, że kartki nie dają gwarancji kupienia swojego przydziału, bo dostawy są bardzo skąpe.

Niebieskie meduzy na plaży wyglądają jak torebki z jakimś napojem z ozdobnym zamknięciem.

Pierwszy raz w życiu byłam w hotelu, gdzie w każdych drzwiach był wizjerek.

Pamiątki to głównie Che Guevara: na pocztówkach, okładkach książek, kalendarzach, koszulkach, ale też na ścianach domów. Fidela Castro było niewiele: trochę na pocztówkach i nielicznych książkach, jakaś gazetka ścienna w którymś muzeum poświęcona el comendante, zero pomników. Dowiedzieliśmy się, że Fidel Castro nie życzył sobie pomników. Ciekawostką jest, że nie potrafił tańczyć salsy, co niektórzy mieli mu za złe, bo przecież każdy Kubańczyk powinien mieć salsę we krwi!

W wielu miejscach można zobaczyć różne hasła rewolucyjne: na ścianach domów albo tu przy drodze wielką pięść wymierzoną w USA. Zdjęcie robiłam przejazdem przez szybę – że też akurat tutaj postawili ten słup!

Miasteczko Matanzas – widać ślady dawnej świetności, niszczejące piękne domy, chociaż niektóre odnowione. To duża rzecz w kraju, gdzie zdobycie materiałów budowlanych i farb jest takie trudne.

Pełno tu rowerów, dorożek i bicitaxi (skrzyżowanie roweru z dorożką), bo z paliwem krucho.

Wystawa sklepu. Te papierowe łańcuchy, złocenia i paczka z zieloną kokardą to dekoracja świąteczna przed Bożym Narodzeniem.

Jaka wystawa, takie i wnętrze sklepu.

Warto wybrać się na wycieczkę do Trinidadu – starego pięknego hiszpańskiego miasta wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Polecam też odwiedzenie Cienfuegos.

Dla tych, którzy chcieliby się dowiedzieć więcej o Kubie bardzo polecam książkę „To właśnie Kuba”. Autorka, Lea Aschkenas jest Amerykanką, która mieszkała na Kubie, wyszła za mąż za Kubańczyka i napisała sporo ciekawych rzeczy o Kubańczykach i o życiu na wyspie. W Kubańczykach jest mieszanka melancholii i optymizmu. Wielu z nich pomagają krewni mieszkający w USA, natomiast ciężko jest tym, którzy muszą sobie radzić sami. Kubańczycy zarabiają bardzo mało, więc szukają nielegalnych źródeł dochodów – negocios, np. oferują turystom cygara (przeważnie podrabiane) lub proponują turystom jakieś usługi.

 

 

 

Mojito i szczęśliwego Nowego Roku 2018!

Prawie już przeszłam ten męczący stan zagubienia w czasie po powrocie z Kuby, kiedy trzeba się przestawić o 6 godzin i nie wie się, kiedy spać, kiedy jeść i co ze sobą począć w nowym czasie. Niebawem opowiem o Kubie, ale na razie chcę złożyć wszystkim najserdeczniejsze życzenia z okazji Nowego Roku i przedstawić bardzo popularny w tym kraju long drink mojito (czyt. mohito). Ciekawe, że drinki z kubańskim rumem piją tam z radością osoby zwykle pijące mało lub wcale i ja też próbowałam z wielkim zadowoleniem różnych drinków, chociaż zwykle piję alkohol w ilościach niewielkich albo wcale. Przed wyjazdem na Kubę byłam zaskoczona, że znajome osoby, których bym nigdy nie podejrzewała o picie czegokolwiek były zachwycone drinkami na Kubie, ale już nie jestem zaskoczona tylko mile wspominam. Dlatego jeśli ktoś się wybiera na Kubę to mogę tylko powiedzieć – jedźcie i pijcie!

Wspominając tamtejsze drinki, o których będę jeszcze pisała, na ten Nowy Rok 2018 z przyjemnością podaję przepis na mohito. Może nie będzie smakował u nas tak jak na Kubie, ale i tak warto spróbować. Dodam jeszcze, że do drinków używany jest biały rum, natomiast rum o barwie herbacianej używany jest po prostu do picia.

 

Mojito

 

kilka gałązek świeżej mięty

20 ml soku z cytryny lub z limonki

10 ml syropu z cukru

40 ml białego rumu

garść pokruszonego lodu

troszkę wody gazowanej

 

Ten drink przygotowuje się od razu w szklance. Trzeba wrzucić gałązki mięty i trochę je utłuc, np. tłuczkiem od moździerza. Dodać sok cytrynowy i syrop z cukru, wsypać pokruszony lód, dolać rum i wymieszać, a następnie dolać trochę wody gazowanej.

 

 

 

 

 

 

 

Kwiatowe bułeczki

Kwiatów w naturze coraz mniej, więc trzeba sobie radzić w inny sposób. Dlatego zrobiłam kwiatowe bułeczki. A jak ja się biorę za zrobienie kwiatków, to zawsze wychodzą mi róże.

Kwiatowe bułeczki

15 g świeżych drożdży

mleko

280 g mąki

1 łyżka cukru

1 jajko

1/4 łyżeczki soli

3 łyżki masła

Drożdże rozrobić w misce w 1/4 szklanki ciepłego mleka i zostawić na 15 minut, aż drożdże zaczną pracować. Wówczas wsypać cukier oraz sól i wymieszać.

Do miski z drożdżami dodać 280 g mąki, 1 jajko, 3 łyżki roztopionego masła i wyrobić, dodając tyle mleka, by ciasto było miękkie. Miskę przykryć ściereczką i pozostawić ciasto do wyrośnięcia na 30 minut.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 4 części.

Brać po kolei po kawałku ciasta i rozwałkować każdy na grubość ok. 2 mm.

Wycinać kółka foremką (moja ma 8,5 cm), kłaść 4 jedno na drugie i zwijać w rulonik.

Każdy rulonik przeciąć na pół.

Każdą połówkę postawić i trochę rozwinąć płatki róży.

Włożyć róże do foremki do muffinek wysmarowanej masłem i pozostawić na 10-15 minut do wyrośnięcia. Roztrzepać widelcem w miseczce jajko z mlekiem, a następnie posmarować każdą różę pędzelkiem.

Piec w piekarniku rozgrzanym do temp. 220º C ok. 7-10 minut.

Wpis z 22.10.2017 r.

Sernik złota rosa

W tym tygodniu było pięknie – słonecznie i cieplutko. Teraz już trochę wieje, a jak ktoś dowcipny zauważył, najgorszy jest wiatr, bo jak jest wiatr to nawet gdy jest ciepło to jest zimno.

U mnie kolejny sernik. Miało być inne ciasto, ale gdy zobaczyłam ten sernik to już wiedziałam, że muszę go zrobić. Znalazłam go na blogu Wszystko Smaczne. Nie zawiódł naszych oczekiwań – jest tak dobry jak wygląda, a do tego bardzo ładny z tymi złotymi kroplami. W dodatku jego przygotowanie jest dosyć proste. Po wyjęciu z piekarnika nie było na serniku złotej rosy, co mnie zmartwiło, ale kropelki „rosy” pojawiły się po wystudzeniu ciasta.

Sernik złota rosa

Ciasto:

125 g masła

1/2 szklanki cukru

2 szklanki mąki pszennej

2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

2 jajka

2 łyżeczki domowego cukru waniliowego lub cukru wanilinowego

Masa serowa:

1 kg sera mielonego z wiaderka

2 łyżeczki domowego cukru waniliowego lub cukru wanilinowego

1/2 szklanki cukru

2 jajka

4 żółtka

1/2 litra mleka

2 budynie waniliowe bez cukru

1/2 szklanki oleju

Pianka:

4 białka

1/2 szklanki cukru

Przygotowanie ciasta:

Mąkę połączyć z proszkiem do pieczenia i przesiać do miski.

Dodać cukier, cukier waniliowy, jajka, pokrojone w kosteczkę masło i zagnieść ciasto (ja włożyłam je na 1/2 godziny do lodówki).

Blaszkę  24 x 36 cm wylepić przygotowanym ciastem.

Masa serowa:

Ser mielony z wiaderka przełożyć do miski, dodać cukier, cukier waniliowy, 2 jajka, 4 żółtka i olej, dokładnie zmiksować.

Budynie waniliowe rozmieszać w 1/2 litra mleka, a następnie dodać do masy serowej.

Ponownie zmiksować – masa będzie bardzo rzadka, ale taka ma być.

Masę serową wylać na wyłożony spód ciasta i włożyć blaszkę do piekarnika nagrzanego do temp. 180º C. Piec 45 minut.

Białka ubić na sztywną pianę, a następnie ubijać stopniowo dodając cukier.

Po upływie 45 minut wyjąć ciasto z piekarnika i wyłożyć na nim ubitą na sztywno pianę.

Blaszkę ponownie wstawić do piekarnika, zmniejszyć temperaturę do 160 stopni i piec kolejne 15-20 minut do lekkiego zarumienienia pianki.

Nie podpiekać zbyt mocno, bo na wierzchu sernika nie pojawi się złota rosa.

Po upieczeniu sernik pozostawić w lekko uchylonym piekarniku przez ok. 20 minut, a następnie wyjąć ciasto i pozostawić do całkowitego wystudzenia.

Przechowywać w lodówce.

 Wpis z 19.10.2017 r.

Zupa z pieczonej papryki z bryndzą

Jak tak patrzę na nowe części miast to architektura się uwsteczniła. Te proste blokowiska albo beton + szkło nijak się mają do starych, pięknych kamieniczek. A ponieważ lubię oglądać stare miasta i kamienice, więc z przyjemnością jeżdżę do Kalisza, Wrocławia czy Krakowa, żeby sobie pochodzić po ich starych częściach i nacieszyć panującą tam atmosferą.

Przepis na tę zupę dostałam kiedyś właśnie w Krakowie na Kazimierzu. W hotelu „Eden” dwie siostry karmiły nas po prostu fantastycznie. Zatrzymaliśmy się tam przypadkiem, bo akurat były wolne miejsca, ale okazało się to kulinarnym zrządzeniem losu.

Zupa jest wspaniała i aromatyczna. Warto ją zrobić dopóki jeszcze trwa sezon paprykowo-pomidorowy.

Zupa z pieczonej papryki z bryndzą

1,5 kg papryki

1 główka czosnku, obrana

3 łodygi selera naciowego

4 pomidory

50 g masła

2 l bulionu warzywnego

sól, pieprz, cukier

drobno posiekane zioła: lubczyk, natka pietruszki i troszkę bazylii

oliwa

na „bryndzę”:

ok. 1/2 kostki sera śmietankowego tłustego

1 średni oscypek

1/2 pora

1 ząbek czosnku

śmietana

pieprz

Pomidory sparzyć, obrać ze skórki i pokroić na ćwiartki.

Papryki umyć, przeciąć na pół, oczyścić z pestek.

Warzywa ułożyć w żaroodpornym naczyniu, skropić oliwą, włożyć do piekarnika i piec w temp. 175º C, aż się zarumienią.

W rondelku rozpuścić 50 g masła, wrzucić pieczone warzywa i lekko je przysmażyć, by jeszcze intensywniej wydobyć smak, zalać 2 l wywaru warzywnego i gotować ok. 10 minut. Przyprawić solą, pieprzem i cukrem. Zmiksować blenderem, zabielić śmietanką, dodać zioła (lubczyk, natkę i troszkę bazylii).

Przygotowanie „bryndzy”

ser, oscypek, por i czosnek zmiksować w blenderze. Dodać troszkę śmietany i pieprz (soli nie dodawać, bo oscypek jest słony).

Do zupy na talerzu dołożyć „łezkę” z dużej łyżki kuchennej.

Wpis z 12.10.2017 r.

Lasagne grzybowe

Mój stosunek do świata jest wprost proporcjonalny do stopnia wyspania. Dzisiaj był po prostu wspaniały. Wyspałam się, słońce pięknie świeciło, chciało się żyć!

Z wczorajszego grzybobrania część grzybków ususzyłam, a z części zrobiłam lasagne. Danie jest pyszne. Kiedyś widziałam podobne gdzieś w internecie, potem je przetwarzałam i teraz robię takie:

Lasagne z grzybami

Składniki na 4 lasagne:

12 płatów makaronu na lasagne

400 g podgrzybków (mogą być mieszane z koźlakami czy zajączkami)

400 g pieczarek

70 g cebuli

olej

1/2 szklanki sosu pomidorowego

2 łyżki posiekanej zielonej pietruszki

sól, pieprz

Sos beszamelowy:

1/2 l mleka

4 łyżki mąki

szczypta pieprzu białego

3 szczypty gałki muszkatołowej

sól

Na wierzch:

150 g sera żółtego (pół na pół parmezanu i ementalera lub królewskiego)

trochę listków bazylii

Grzyby umyć, pokroić na plasterki i podsmażyć z cebulą pokrojoną w kostkę na gorącym oleju. Dodać sos pomidorowy, pietruszkę, sól, pieprz i wymieszać. Zestawić z ognia.

Przygotować sos. Odlać do kubeczka 1/2 szklanki mleka, dodać 4 łyżki mąki i wymieszać. Pozostałe mleko zagotować w stalowym rondelku, dodać mleko z mąką i gotować mieszając kilka minut, aż zgęstnieje do konsystencji gęstej śmietany. Wówczas dodać sól, pieprz biały i gałkę muszkatołową.

Płaty makaronu ugotować w dużej ilości posolonej wody z 1 łyżką oleju.

Naczynie żaroodporne albo po prostu długą keksówkę (mnie wchodzą do niej rzędem dwie lasagne) wysmarować olejem i wykładać kolejno:

– makaron,

– sos beszamelowy,

– grzyby,

– makaron,

– sos beszamelowy,

– grzyby,

– makaron,

– sos beszamelowy,

– obydwa sery starte na drobnej tarce.

Piec 30 minut w temperaturze 200º C. Po upieczeniu posypać świeżą bazylią.

Wpis z 01.10.2017 r.

Sernik na zimno z owocami

Ostatnio w nielicznych chwilach wolnych zbieram grzyby, ale bardzo polecam pyszny serniczek, znaleziony na stronie http://zcukrempudrem.blogspot.com

Warto spróbować dopóki można kupić świeże owoce.

Sernik na zimno z owocami

600  g mielonego sera na sernik lub twarożku, np. Piątnicy lub Turka

400 ml śmietany kremówki 30%

6 kopiastych łyżek cukru pudru

2 łyżki cukru z wanilią

1 łyżeczka soku z cytryny

2 i 1/2 kopiastych łyżek żelatyny + 1/3 szklanki gorącej wody

dodatkowo:

ok. 100 g okrągłych biszkoptów

700 g dowolnych owoców

2 opakowania dowolnej galaretki

Serek wyjąć z lodówki na ok. godzinę przed rozpoczęciem przygotowania sernika, by uzyskał temperaturę pokojową.

Żelatynę rozpuścić w wodzie i schłodzić do temperatury pokojowej (ma być płynna).

Do dużej miski wlać śmietankę, dodać twaróg i zmiksować na jednolitą masę – niezbyt długo, tylko do połączenia składników. Wsypać oba cukry, dodać sok z cytryny, krótko utrzeć (najlepiej łyżką).

Tortownicę o średnicy 24 cm wyłożyć biszkoptami (można też ułożyć owoce na bokach sernika).

Do schłodzonej żelatyny dodać 1 łyżeczkę masy serowej, wymieszać, a następnie wlać jednym ruchem do całości miksując na najwyższych obrotach.

Masę rozprowadzić delikatnie na biszkoptach i wyrównać powierzchnię, schłodzić w lodówce.

Obie galaretki rozpuścić w ok. 800 ml gorącej wody, schłodzić.

Na stężałej masie twarogowej ułożyć owoce, a następnie zalać je tężejącymi galaretkami.

Schłodzić porządnie w lodówce.

Wpis z 24.09.2017 r.

Koniec lata i lasagne

18.09.2017

DOROPOM 159.JPG

 

Zastanawiałam się jak tu pożegnać to ponure lato, jak przywołać chociaż wspomnienie słońca. Teraz cieszy mnie nawet błękitna dziurka w szarych chmurach. Wymyśliłam lasagne. W tym daniu jest nie tylko włoskie słońce, ale też kalorie, których nagle zapragnęłam.

Śmieszy mnie wszechobecna popkultura, która powoduje, że robiąc lasagne myślę nie tylko o słonecznym włoskim południu, ale też o uwielbiającym to danie kocie Garfieldzie. Nie żebym była fanką tego kota – po prostu obejrzałam kilka filmów o nim i zapamiętałam, że lasagne to dla niego największy przysmak.

Przepis dostałam kiedyś od koleżanki i robiłam lasagne wiele razy. Kiedyś bardziej podgotowywałam makaron i robiłam to danie z mniejszą ilością sosu pomidorowego. Teraz kładę suche płaty makaronu, zalewam wszystko sosem pomidorowym i dolewam trochę wody – wszystko przejdzie aromatem nadzionka. Podgotowuję tylko płaty makaronu na wierzch.

 

Lasagne

 

płaty makaronu na lasagne

oliwa

250 g podsmażonych pieczarek (po grecku) lub surowych (po włosku)

100 g sera żółtego: mozarella + gouda lub ementaler

sos pomidorowy

 

Przygotować sos bolognese:

500 g mielonej wołowiny

5 pomidorów + 1/2 słoiczka sosu pomidorowego

oregano, tymianek, bazylia, sól, pieprz, cukier, 1 ząbek czosnku

ok. 100 g cebuli

rosół

kawałek korzenia selera (ok. 50 g)

ewentualnie trochę startej marchwi (nie dodawałam)

Na patelni rozgrzać trochę oliwy i przez 10-20 minut smażyć wołowinę. Następnie dodać seler (ewent. marchew) starty na tarce „w łezkę”, podsmażać kilka minut i dołożyć posiekaną cebulę. Dodać obrane i pokrojone w kostkę pomidory. Zalać wszystko rosołem (lub wodą) i dusić na małym ogniu co najmniej przez 2 godziny pod przykryciem. Na koniec odkryć, wsypać przyprawy, zioła i przeciśnięty przez praskę czosnek, wymieszać i dusić jeszcze przez 5 minut.

 

Przygotować sos beszamelowy:

2 łyżki masła

2 łyżki mąki

1 szklanka mleka

sól, szczypta pieprzu białego, 2 szczypty gałki muszkatołowej

Masło roztopić w rondelku (najlepiej stalowym) na małym ogniu, dodać mąkę i całość podgrzewać ok. 2 minuty. Dodać mleko i mieszać aż do zgęstnienia. Gdy zgęstnieje, dodać przyprawy i wymieszać.

 

W naczyniu wysmarowanym oliwą (ja to robię w jednym naczyniu, gdzie mieszczą się 2 lasagne i w podłużnej keksówce, gdzie mieszczą się 3) – układać warstwami:

– makaron

– sos beszamelowy

– sos bolongnese

– pieczarki

– starte i wymieszane sery

– makaron itd.

Ostatnią warstwę posypać żółtym serem. Można posypać parmezanem. Zalać sosem pomidorowym.

Piec 30 minut w temperaturze 200º C.

 

 

 

PB100009.JPG

 

 

 

Wzmacniający miód pokrzywowy

Gdy pisałam niedawno o pokrzywie, natknęłam się w „Wiadomościach Zielarskich” na przepis na miód pokrzywowy. Miód ten ma niezwykłe właściwości. Opisywane są przypadki powstrzymania u kilku chorych rozwoju gruczolaka prostaty, a także rozwój raka sutka w I stopniu klinicznym już po tygodniu stosowania miodu pokrzywowego. Ponadto obniża on i wyrównuje ciśnienie tętnicze. Stwierdziłam więc, że warto nawet profilaktycznie pojeść tego miodu na wzmocnienie odporności organizmu. Pogoda jest kapryśna, ja niedawno byłam mocno przeziębiona, dlatego miód zrobiłam.

Miód pokrzywowy można zrobić ze świeżych, zmiksowanych lub przepuszczonych przez maszynkę liści pokrzyw i orzecha włoskiego, ale uznałam, że prościej będzie z suszonych według receptury doc. dr hab. Aleksandra Ożarowskiego. Należy sproszkować w młynku równe ilości liści pokrzywy i liści orzecha włoskiego. Do 500 g ogrzanego płynnego miodu dodać 3-4 łyżki sproszkowanych ziół i wymieszać. Jeść po 1 łyżeczce 2-3 razy dziennie po jedzeniu.

O innych właściwościach pokrzywy pisałam tu:

http://dorodnepomidory.bloog.pl/id,361245908,title,Pokrzywa-roslina-towarzyska-i-wszechstronna,index.html

Wpis z 12.09.2017 r.

Rolada mięsno-pieczarkowa z Nowej Zelandii

Ależ zimno i mokro mamy tego lata! Niedawno całe Houston zalała woda. Ktoś napisał w internecie, że zaobserwował pewną zależność: jeśli w Ameryce następują jakieś klęski żywiołowe, to po ok. 2 tygodniach, w mniejszym zakresie, występują także u nas. Wyszło mu, że ok. 10 września może się dziać coś takiego w Polsce. Oby nie.

A dzisiaj nietypowa rolada, na którą przepis znalazłam w książce Biruty Markuzy. Wygląda bardzo efektownie i jest pyszna, a nie wymaga zbyt dużego wysiłku. Za to otwiera duże możliwości. Na razie zrobiłam ją według przepisu z książki z surowym mięsem z indyka. Zachęcona niewielkim wysiłkiem przy produkcji, następną roladę zrobiłam z podsmażonego mielonego mięsa indyczego i pieczarek duszonych z cebulką, które też zmieliłam. Wszystko razem wymieszałam z jajkiem oraz przyprawami i uważam, że było jeszcze smaczniejsze. Planuję jeszcze inne farsze, np. z serem ricotta i szpinakiem albo z kapustą i grzybami.

Rolada mięsno-pieczarkowa

Składniki ciasta:

1 i 1/2 szklanki mąki pszennej

125 g masła

3-4 łyżki wody

1 jajko

Składniki nadzienia:

20 dag mielonego mięsa (u mnie z indyka na gulasz)

15 dag pieczarek

1 jajko

1 cebula (nieduża)

2-3 łyżki posiekanej natki pietruszki

1 łyżeczka sosu Worcestershire

sól, pieprz

Zimne masło posiekać z przesianą mąką, dodać wodę i szybko zagnieść ciasto. Włożyć do lodówki na ok. 1 godzinę (może być dłużej – ciasto można zrobić w przeddzień.

Cebulę posiekać, pieczarki umyć i pokroić w plasterki, połączyć z mięsem, dodać sól, pieprz, natkę pietruszki, surowe jajko i sos. Wymieszać.

Ciasto rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30 x 25 cm. Mięso uformować w spłaszczony wałek, ułożyć na środku ciasta, pociąć boki ciasta na ukośne paski, posmarować pędzelkiem zanurzonym w zimnej wodzie, zapleść ciasto, zakładając najpierw ładnie górę i dół na farsz.

Ułożyć roladę na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, wstawić do nagrzanego piekarnika i piec przez 40-45 minut w temp. 200º C (roladę z mięsem uprzednio przesmażonym piecze się krócej – do zrumienienia ciasta).

Podawać na gorąco lub na zimno.

Wpis z 04.09.2017 r.

Bezy

Bezy lubię od zawsze, od kiedy pamiętam. Mama robiła je kiedyś w domu, gdy zostały jakieś białka, np. po koglu-moglu. Chcąc nie chcąc i ja – miłośniczka bez – musiałam się nauczyć je robić, bo te ze sklepu nie zawsze są dobre. Mając wieloletnią bezową wprawę mogę powiedzieć, że zrobienie bez nie jest trudne. Trzeba jedynie pamiętać, że:

– białka powinny mieć temperaturę pokojową,

– dodawanie szczypty soli nie ma żadnego wpływu na ubijanie białek,

– odrobina żółtka, która dostanie się do białek, uniemożliwi ich ubicie – dlatego lepiej rozbić najpierw każde jajko nad jakąś miseczką,

– cukier należy dodawać stopniowo, po trochu,

– bez się nie piecze, tylko się je suszy.

Bezy

4 białka

300 g drobnego cukru (kryształu)

Białka wlać do naczynia (używam wyższego, wąskiego garnka) i ubijać je mikserem, aż piana będzie sztywna, gładka i lśniąca. Dopiero wówczas dodawać po troszku cukier, cały czas miksując. Piana powinna być nadal sztywna, gładka i lśniąca, a ponadto powinna przylegać do mieszadeł miksera.

Blachę wyłożyć papierem do pieczenia, szpryckę napełniać ubitą pianą i wyciskać na papier ładne beziki (jeżeli nam się nie chce – można wyłożyć bezy łyżką).

Małe bezy piec w temperaturze 110º C przy uchylonych drzwiczkach piekarnika przez ok. 40 minut. Jeśli chcemy mieć bezy-ciągutki, to po tych 40 minutach będą gotowe. Jeśli chcemy bezy suche w środku, to trzeba wyłączyć piekarnik i pozostawić w nim bezy do ostygnięcia piekarnika (drzwiczki trzeba pozostawić nadal uchylone). Zimą można dosuszyć bezy na kaloryferze.

Większe bezy trzeba suszyć w piekarniku odpowiednio dłużej (powinny być suche na zewnątrz – potem tylko dosuszamy).

Wpis z 27.08.2017 r.

Zupa z bobem, groszkiem zielonym i cząbrem

Ostatnio udało mi się kupić jeszcze świeży groszek zielony, a ponieważ miałam też ugotowany bób i świeży cząber – postanowiłam je połączyć w zupie. Wyszło bardzo smacznie. Lubię zupy, do których można dorzucić ugotowaną włoszczyznę, bo często nie ma chętnych na gotowane pietruszki, a w ten sposób od razu się je zjada.

Zupa z bobem, groszkiem zielonym i cząbrem

1,75 l wody

2 marchewki

1 pietruszka

nieduży kawałek selera

150 g bobu

150 g groszku zielonego

260 g ziemniaków

połowa niedużej cebuli upalonej nad palnikiem

1 łyżka masła

sól, pieprz

3 łyżki posiekanego świeżego cząbru lub 1 i 1/2 suszonego

Ziemniaki obrać, pokroić w kostkę i dusić na 1 łyżce masła ok. 5 minut, mieszając.

Wodę zagotować w garnku i wrzucić cebulę (w razie braku palnika gazowego, można połowę cebuli położyć na patelni z odrobiną oleju i mocno zarumienić), ziemniaki, oskrobane marchewki, pietruszkę i kawałek selera. Doprowadzić do wrzenia i gotować na średnim ogniu ok. 20 minut, aż warzywa będą miękkie. Ostudzić, cebulę wyrzucić, a włoszczyznę pokroić w drobną kostkę i z powrotem wrzucić do zupy.

1/3 zupy zmiksować w blenderze wraz z ugotowanym i obranym bobem, a następnie dodać do pozostałej zupy i wszystko zagotować. Wrzucić groszek zielony i gotować 5 minut, dodać sól, pieprz i posiekany cząber. Gotować jeszcze 1 minutę i podawać. Jak wiele innych zup, ta też jest smaczniejsza na drugi dzień.

Wpis z 17.08.2017 r.

Pysznogłówka – zdrowa i bardzo ozdobna

Pysznogłówka (Monarda) rośnie dziko od Kanady po Meksyk. Jej właściwości lecznicze wykorzystywali już Indianie. Sprowadzona do Europy w 1752 była uprawiana w parkach i ogrodach jako bylina ozdobna. Nazwa Monarda pochodzi od Mikołaja Monardesa żyjącego w latch 1493-1588. Monardes był lekarzem i botanikiem w Sewilii, jednym z twórców farmakognozji, autorem książki o roślinach amerykańskich. Pysznogłówka to roślina stosowana nie tylko w lecznictwie, ale też stanowiąca źródło tzw. „herbaty pensylwańskiej” („herbaty Oswego”) i uprawiana w obu Amerykach.

Pysznogłówka jest mało wymagająca w uprawie, za to szalenie efektowna. Ma kwiaty w kolorach białym, różowym, różowym z purpurowymi kropkami, liliowym czy szkarłatnym. Kwitnie od czerwca do sierpnia. Może rosnąć na glebie wilgotnej albo całkiem suchej w miejscach słonecznych lub w półcieniu. Surowcem zielarskim jest kwitnące ziele oraz liście zebrane podczas kwitnienia roślin. Zawiera olejki lotne: tymol i karwakrol, a także cytral, p-cymen, fenole, aldehydy i inne składniki. Do rodzaju Monarda należy kilkanaście gatunków, m. in. pysznogłówka szkarłatna, cytrynowa, dęta – dziki bergamot.

Już w latach 70. pisano o działaniu przeciwbakteryjnym i moczopędnym pysznogłówki. Roślina ta powoduje wydzielanie soku żołądkowego, uczucie łaknienia oraz poprawę trawienia pokarmów.

Według E. Balcera i B. Borkowskiego olejek z ziela pysznogłówki dętej wykazuje działanie robakobójcze.

W medycynie różnych plemion Indian otrzymywano olejek bergamotowy, wdychany w schorzeniach górnych dróg oddechowych. Do leczenia chorób skórnych używano gotowanych liści. Dla wzmocnienia włosów, przygotowywano pomadę z gotowanych roślin. Herbatę z bergamotki pito w celu obniżenia gorączki, przy bólach gardła, przy przeziębieniach i bólach głowy. Ponieważ roślina ma właściwości wiatropędne – gotowane liście często jadano z mięsem.

Ze względu na walory zapachowe i zdrowotne, pysznogłówka może być dodawana do herbaty, ale też jako dodatek do potraw. Nie należy jej jednak stosować w zbyt dużych ilościach i przez dłuższy czas.

Źródła:

1) Banach R. „Pysznogłówka szkarłatna”, „Wiadomości Zielarskie” 1984, s. 12-13,

2) Banach R. „Pysznogłówki – rośliny mało znane”, „Wiadomości Zielarskie” 1985, nr 7-8, s. 19-20,

3) Nowiński M. „Dzieje upraw i roślin leczniczych”, PWRiL 1983.

Wpis z 12.08.2017 r.

Sałatka z jajek z groszkiem zielonym

Przerzuciłam dzisiaj kompostownik w ogrodzie. Straciłam miliony kalorii i czuję, że powinnam pójść na wcześniejszą emeryturę albo chociaż pojechać do sanatorium. Od wiosny nie doczekałam się, że zrobi to ktoś inny i dzisiaj przystąpiłam do akcji sama. Koło środy powinnam odżyć i zacząć się cieszyć, że to już zrobione. Uffff.

A teraz jedna z moich ulubionych sałatek. Zwykle robię ją z groszkiem mrożonym, ale teraz był świeży. A skoro zakwitła pysznogłówka, czyli bergamotka, więc posypałam sałatkę jej pikantnymi płatkami (chociaż bez nich też jest pyszna).

Sałatka z jajek z groszkiem zielonym

3 jajka na twardo

80 g groszku zielonego mrożonego lub świeżego (ugotowanego)

30 g cebuli

2 łyżki majonezu

sól, pieprz

ewentualnie posiekany cząber lub płatki pysznogłówki

Jajka obrać i zetrzeć na tarce w łezkę, dodać groszek zielony i cebulę pokrojoną w kostkę. Wymieszać z majonezem i przyprawami.

Wpis z 06.08.2017 r.

Kruche babeczki z owocami

Gdybym miała wybrać miss świata owoców – wybrałabym truskawkę. Dla mnie to jest najpiękniejszy owoc. Gdybym miała wybrać wicemiss, byłaby to malina. Dlatego cieszę się, że jedne i drugie rosną u nas, a w sezonie mogę się na nie napatrzeć.

I jak tak patrzę na te maliny, przypomniało mi się jak Kasia, córka Agaty, miała w I klasie zadane do domu narysować martwą naturę. Zapytała mamę, co to jest ta martwa natura. Agata jej ułożyła jakąś kompozycję z dzbankiem, talerzem oraz owocami i tłumaczyła, ale do Kasi nie bardzo to tłumaczenie przemawiało. Przyglądała się uważnie i nagle mówi do Agaty: „Mamo, a nie uważasz, że ta brzoskwinia jest trochę przywiędła?”. Dziecko nie mogło pojąć, dlaczego ta natura jest martwa i tak to sobie próbowało wyjaśnić.

Te babeczki bardzo lubię i zwykle latem robię, jak się nadarzy okazja. Okazja niedawno się nadarzyła i są.

Kruche babeczki z owocami

Kruche ciasto:

350 g mąki

200 g masła

50 g cukru pudru

2 żółtka

1 łyżka cukru waniliowego (najlepiej z prawdziwą wanilią)

Krem:

1/2 l mleka

2 łyżki mąki pszennej

1 łyżka mąki ziemniaczanej

1/2 szklanki cukru

1 jajko

1 żółtko

100 g miękkiego masła

+ owoce do dekoracji (dowolne)

Przygotowanie ciasta

Mąkę wymieszać z cukrem, dodać zimne masło i posiekać. Dodać jajka oraz żółtko i szybko zagnieść ciasto. Włożyć je na 1 godzinę do lodówki (pod przykryciem), a po schłodzeniu albo rozwałkować na grubość kilku milimetrów i wyłożyć ciastem foremki (nie trzeba ich dodatkowo smarować tłuszczem) albo po prostu odrywać po trochu i cienką warstwą wylepiać palcami w foremkach. Włożyć do piekarnika rozgrzanego do temp. 180º C i piec kilkanaście minut, aż się leciutko zrumienią (trzeba bardzo uważać i patrzeć, bo bardzo lubią się przypalić).

Po wyjęciu z piekarnika, zostawić babeczki na kilka minut w spokoju, a potem odwracać po kolei foremki i delikatnie wyjmować babeczki.

Przygotowanie masy

Odlać 1/2 szklanki mleka, a resztę zagotować z cukrem w grubszym stalowym rondlu, przepłukanym uprzednio wodą. Pozostałe zimne mleko zmiksować z mąką oraz jajkiem i żółtkiem, a następnie dodać do garnka z gorącym mlekiem i gotować, mieszając, aż masa zgęstnieje. Odstawić z ognia, ostudzić i zmiksować z miękkim masłem.

Masą napełnić babeczki i udekorować owocami – ja dodałam jeszcze po listku melisy.

Wpis z 30.07.2017 r.

 

Nalewka wiśniowa wytrawna

Nalewkę wiśniową robię co kilka lat według sprawdzonego przepisu z „Kuchni polskiej” Marka Łebkowskiego. Gdy nadejdą chłody, przyjemnie jest czasem wypić kieliszek czegoś rozgrzewającego. Poza tym troszkę nalewki wiśniowej dobrze mieć w kuchni do niektórych dań chińskich. Zrobiłam kiedyś wersję słodką, ale była dla mnie zbyt słodka. Wytrawna jest w sam raz.

Nalewka wiśniowa wytrawna

1,5 kg wiśni

200 g cukru

500 ml spirytusu 96%

500 ml wódki 40% (ja przeważnie zamiast wódki używam spirytusu rozcieńczonego wodą w proporcji 1:2)

Wiśnie opłukać, osączyć, wydrylować, wsypać do słoja, dodać 1/5 pestek i cukier, zalać spirytusem i odstawić na 6 tygodni. Nalew zlać, owoce zalać wódką i macerować 3 tygodnie. Nalew zlać, owoce odcisnąć. Połączyć nalewy, przefiltrować przez watę, rozlać do butelek i odstawić na 6 miesięcy.

Wpis z 23.07.2017 r.

Pesto z pokrzywy i natki pietruszki

Pogoda ostatnio nas nie rozpieszcza i mamy wyjątkowo chłodne, jak na lipiec, wieczory i ranki. Śpi się lepiej, ale też łatwiej złapać przeziębienie albo jakieś inne korzonki.

Ale już zapowiadają upały, więc coś bardziej południowego i lekkiego – pesto. Robiła je ostatnio Marysia z firmy Mamboo i bardzo mi się spodobało, bo z pokrzywy i natki pietruszki. Smak ostrzejszy – pasuje do makaronu. W dodatku robi się je bardzo szybko i nie trzeba w gorący dzień stać nad kuchnią.

Pesto z bazylii i natki pietruszki

50 g natki pietruszki

50 g młodych liści pokrzywy

1 ząbek czosnku,

30 g startego parmezanu,

1 garstka orzeszków piniowych lub pestek słonecznika,

50 ml oliwy

Listki wrzucić do blendera wraz z pokrojonym ząbkiem czosnku, parmezanem i słonecznikiem lub orzeszkami piniowymi, dodać oliwę i wszystko zmiksować.

Wpis z 17.07.2017 r.

S6300749-001.JPG

Winko z modraków

To jedno z najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa. Z tych bardzo miłych wspomnień. Byłam z Mamą w terenie i dłuższy czas mieszkałyśmy u gospodarzy w Kamionku (obecnie województwo wielkopolskie). Wyobraźcie sobie upalny wieczór i gospodarza z butelką winka z chabrów, nazywanych tam modrakami. Całe moje pięcioletnie jestestwo przepełnione było wielką dumą, że ja także zostałam poczęstowana winem.

Kwiaty chabru mają działanie moczopędne i przeciwzapalne. Napary z kwiatów mogą być stosowane do kompresów na oczy przy zapaleniu spojówek lub stanach zmęczenia.

Poza tym chabry są śliczne i pięknie wygląda głęboko niebieski bukiet na stole.

DOROPOM 116.JPGWspomnienie o chabrowym winku było jedynie pięknym wspomnieniem, bo nie wiedziałam, jak się je robi. Bardzo się ucieszyłam, gdy znalazłam przepis na blogu Moje Gotowanie. To „wino” nadaje się też dla dzieci, bo nie zawiera alkoholu, a może być atrakcyjne i orzeźwiające w upalne dni. W razie potrzeby można dodać jeszcze troszkę cukru. Wykonanie jest proste i dosyć szybkie.

Winko z modraków

1/2 litrowego słoika płatków chabra zbieranego z daleka od szosy

4 łyżki cukru

Gdy oberwiemy wszystko, co niebieskie i umieścimy płatki w litrowym słoiku, wsypujemy cukier i zalewamy wodą (w braku pysznej wody ze studni – też cudowne wspomnienie, wodę przegotowałam i ostudziłam) do wysokości 2 cm od góry słoika. Słoik przykryć gazą lub lnianą czy bawełnianą ściereczką i przymocować gumką. Odstawić na ok. 1 tydzień na nasłoneczniony parapet (ja codziennie je mieszałam). Pod koniec tygodnia winko robi się intensywnie różowe, a płatki w środku białe. Wtedy trzeba odcedzić płatki i pić na zdrowie.

Wpis z 09.07.2017 r.

P1010009-003.JPG

Bruschetta z groszkiem i szalotką

Czytaliście książkę Frances Mayes „Pod słońcem Toskanii” albo może oglądaliście film? Motyw ten sam, ale książka i film różnią się od siebie. A mnie szalenie się podobają. Jest w nich radość, słońce i proste życie mieszkańców wsi, pociągające większość mieszczuchów z betonowych miast.

Jedzenie też jest bardzo proste, ale pyszne.Świeżutkie, takie „prosto z krzaka”, nagrzane słońcem Południa. Warzywa, owoce i zioła aż pachną z kart książki, a autorka opisuje proste potrawy, które przygotowuje się się tam szybko i jakby od niechcenia.

Gdy zobaczyłam na targu świeży groszek zielony, zrobiłam pastę według opisu w książce.

Bruschetta z groszkiem i szalotką

4 szalotki

1 szklanka groszku zielonego

trochę masła

trochę posiekanej mięty

sól, pieprz

25 kromek chleba (najlepiej tostowego)

25 ząbków czosnku

oliwa

Szalotki posiekać, połączyć z groszkiem i smażyć na maśle mieszając, aż groszek będzie podsmażony, a szalotki miękkie. Dodać posiekaną miętę, sól i pieprz. Wszystko przepuścić przez maszynkę lub posiekać.

Kromki chleba skropić oliwą i przypiec na ruszcie. Na każdej kromce rozetrzeć ząbek czosnku, a następnie położyć groszkową pastę.

Wpis z 03.07.2017 r.

Sałatka z pieczonych buraków

Ostatnio rzadko gotuję buraki – wolę pieczone. Nawet w barszczu wyglądają lepiej, bo są intensywnie czerwone, a także lepiej smakują. Ta prosta sałatka powstała, gdy upiekłam za dużo buraków.

Sałatka z pieczonych buraków

2 buraki (ok. 250 g)

3 ziemniaki (ok. 180 g)

2 łyżki cebuli pokrojonej w kostkę

2 łyżki majonezu

1 łyżka jogurtu

Buraki upiec piekarniku w folii aluminiowej (folia niezbyt zdrowa, ale bardzo praktyczna – można upiec w specjalnym garnku do pieczenia) w temp. 210º C (ok. 45 minut do 1 godziny – trzeba sprawdzić widelcem, czy są już miękkie). Można też użyć naczynia żaroodpornego. Ostudzić. Pokroić w kostkę.

Ziemniaki ugotować w mundurkach. Ostudzić. Pokroić w kostkę.

Buraki i ziemniaki wymieszać z cebulą, majonezem i jogurtem. Można schłodzić w lodówce przed podaniem, ale niekoniecznie. Można posolić, ale ja nie potrzebuję, więc nie dodałam soli.

Wpis z 25.06.2017 r.

P1010009-003.JPG

Pstrąg z grilla

Pogoda się popsuła, ale na pewno się naprawi. Ja jestem na diecie i bardziej niż wcześniej przeszkadzają mi w sklepach te wszystkie batoniki przy kasie. To powinno być zabronione. Człowiek idzie kupić sobie coś postnego, kupuje nie oglądając się na niedozwolone półki, a tu go kuszą tymi wszystkimi słodkościami przy wyjściu (gdyby klient nie zauważył ich w sklepie). To jest czas na rzeczywiste ćwiczenie silnej woli zwłaszcza, gdy jest kolejka i trzeba spędzić wśród kolorowych batonów więcej czasu.

Gdy wrócą dni grillowe, polecam pieczonego pstrąga. Roboty z nim niewiele, ale w razie braku pięknej pogody, można go w foremce metalowej przygotować w domowym piekarniku. Trzeba kupić patroszone pstrągi lub wypatroszyć je osobiście, umyć, oskrobać z łusek, a do środka każdej rybki włożyć posiekany drobno mały ząbek czosnku (lub pół dużego), kilka wiórków masła i posolić. Ryby trzeba posmarować lekko olejem, włożyć do foremek i piec, aż skórka się zrumieni.

Wpis z 14.06.2017 r.

P1010009-003.JPG

Pokrzywa – roślina towarzyska i wszechstronna

Pokrzywa zwyczajna (Urtica dioica L.) jest rośliną wieloletnią o parzących włoskach. Ta właściwość powoduje, że nawet osoby nie potrafiące rozróżniać roślin, pokrzywę znają doskonale. Pokrzywa trzyma się blisko ludzi, tzn. rośnie w pobliżu domów i rumowisk. W starożytności pokrzywę uważano za afrodyzjak. Wiele ludów poświęcało ją bogom płodności.

Dioskurides, Pliniusz i inni uczeni i lekarze antyczni pisali o zdolności pokrzywy do tamowania krwawienia. W XVI w. sprzedawano ją w miastach jako produkt spożywczy.  Na wsiach była pożywieniem biedoty, zwłaszcza w okresie przedwiośnia, gdy nie wyrosły jeszcze warzywa. Z młodych pokrzyw przygotowywano zupę lub jarzynę do ziemniaków. W wierzeniach ludowych pokrzywa uważana była za roślinę magiczną. Wplatano ją w wianki na uroczystości Bożego Ciała. Latem palono, by odpędzić burzę. Okadzano też krowy, by w noc świętojańską wiedźmy nie odebrały im mleka. Pokrzywy używano od najdawniejszych czasów w lecznictwie, ale też jako dodatek do paszy dla zwierząt jako środka poprawiającego ich kondycję, np. przyspieszającego wzrost cieląt czy zwiększenie niosności kur. W średniowiecznej Europie wytwarzano koszule z włókna pokrzywowego jako odzienia pokutnego. W południowo-wschodniej Azji z pokrzywy uzyskiwano mocne włókna do przędzenia lin i sieci rybackich. Z rzadko tkanego włókna uzyskiwano cedzaki do miodu oraz sita do przesiewania mąki.

Surowcem leczniczym są liście, ziele, korzenie i nasiona pokrzywy. Pokrzywa jest jednym z najbardziej wszechstronnie działających leków ziołowych. W liściach i korzeniach pokrzywy stwierdzono istnienie czynników pobudzających wytwarzanie interferonu oraz antygenów wirusowych. Pokrzywa działa też bakteriobójczo. Rozdrobnione świeże liście można przykładać do ran.

W liściach zawarte są liczne substancje czynne: chlorofil, ksantofil, flawonoidy, karotenoidy, fitosterole, związki aminowe, garbniki, kwasy organiczne, m. in. kwas mrówkowy, związki zwiększające odporność organizmu na infekcje, sole mineralne oraz witaminy K, B2, a witaminy C jest więcej niż w owocach czarnej porzeczki.

Napar z liści do picia wzmacnia organizm, zwłaszcza przy anemii (podnosi poziom hemoglobiny we krwi), wyrównuje poziom ważnych dla organizmu mikroelementów,  jest słabym środkiem przeciwbiegunkowym, moczopędnym, przeciwreumatycznym, pobudza czynność trzustki, wątroby i woreczka żółciowego, leczy hemoroidy, łagodzi bóle mięśniowe i stawowe. W drobnych krwawieniach w przewodzie pokarmowym może być stosowana jako środek przeciwkrwotoczny. Działa odflegmiająco przy chorobach dróg oddechowych. Można ją stosować przy chorobach skórnych, a także przy febrze i malarii.

Dobra jest wiosenna kuracja wzmacniająca z naparu z liści, usuwająca z organizmu skumulowane zimą produkty przemiany materii, poprawiająca wygląd cery i samopoczucie.

Zewnętrznie napar z liści można stosować do płukania w stanach zapalnych jamy ustnej, pochwy (przy upławach), w bólach mięśniowych i stawowych, do okładów przy czyrakach (po konsultacji z lekarzem), do nacierania skóry głowy przy łupieżu, łojotoku lub wypadaniu włosów (może to być również wyciąg alkoholowy), sprzyja gojeniu się ran i wrzodów. Świeżych liści można używać w celu usuwania brodawek.

Korzenie mają działanie silniejsze niż liście. W korzeniach występują kwasy organiczne, fitosterol, substancje woskowe, lecytyna, sole mineralne, rozpuszczalna krzemionka, witaminy z grupy B, witamina K i garbniki

Napar z korzeni do picia obniża poziom cukru we krwi i może być stosowany jako środek przeciwcukrzycowy, przeciw kamicy nerkowej i zapaleniu dróg moczowych oraz przy złej przemianie materii. Dobrze je pić przy obrzękach nóg. Zewnętrznie preparaty z korzeni pokrzywy stosuje się do płukania włosów w przypadku łupieżu i łojotoku.

Korzenie należy wykopywać wczesną wiosną lub późną jesienią, wypłukać i suszyć rozłożone cienką warstwą na powietrzu w miejscu zacienionym (podobnie jak liście). Po wysuszeniu przechowywać w płóciennych woreczkach lub w torebkach papierowych..

Odwar z korzeni: 1-1,5 łyżki rozdrobnionych korzeni zalać szklanką wody i ogrzewać pod przykryciem. Po zagotowaniu odstawić na 15-20 minut. Przecedzić. Pić 1/3-1/2 szklanki 2-3 razy dziennie jako środek moczopędny. Korzeń pokrzywy można stosować w połączeniu z liśćmi porzeczki czarnej, zielem macierzanki, korą jesionu i kwiatem wiązówki błotnej. Odwar można wcierać we włosy oraz do pielęgnacji skóry. Wyciąg z korzeni przyjmuje się jako środek nasercowy.

Napar z kwiatów pokrzywy – na astmę i kaszel jako środek odflegmiający.

Pokrzywa jest przeważnie dobrze tolerowana. Bardzo rzadko mogą wystąpić reakcje alergiczne po podaniu wewnętrznym objawiające się nieżytem żołądka, obrzękiem oraz skąpomoczem.

W medycynie ludowej świeża pokrzywa zalecana jest do biczowania ciała przy leczeniu reumatyzmu, artretyzmu i zapaleniu dróg moczowych.

Dawniej wdychanie dymu z palonych korzeni pokrzywy było stosowane przy bólach zębów. Wysuszone łodygi oraz liście palono jako papierosy przeciwko astmie, kaszlowi i bólom zębów. Nalewki spirytusowe stosowano jako lek przeciw astmie i reumatyzmowi.

Napar do picia z liści pokrzywy: 2 łyżki stołowe pokruszonych suszonych liści pokrzywy zalać 1 szklanką wrzątku. Po 10 minutach odcedzić. Pić 2-3 razy dziennie między posiłkami.

Napar do picia z korzeni pokrzywy: 2 łyżki suszonych, drobno pociętych korzeni pokrzywy zalać 1 szklanką wrzątku. Używać do płukania gardła, irygacji, nacierania skóry głowy przy łupieżu i wypadaniu włosów.

Wzmacniająca sałatka wiosenna z liści pokrzywy, babki lancetowatej i liści mniszka z oliwą i solą. Kuracja trwa 10-15 dni. Pierwszego dnia należy zjeść 1 łyżkę sałatki i stopniowo zwiększać jej ilość do 10 łyżek. Zamiast sałatki można pić sok ze świeżego ziela uzyskany z sokowirówki. Zalecana dawka to 2-3 łyżki dziennie. Można poprawić jego smak dodając miód.

Z pokrzywy otrzymuje się chlorofil do celów kosmetycznych i farmaceutycznych oraz naturalny barwnik spożywczy (np. do farbowania pisanek).  Kiedyś korzeni pokrzywy używano do farbowania tkanin lnianych i bawełnianych na kolor żółty.

Ziele pokrzywy może być używane jako środek zapobiegający szybkiemu psuciu się produktów spożywczych, np. mięsa czy ryb (należy owinąć produkty zielem).

Młode 5-10 cm pędy można przygotowywać jak szpinak w lekko osolonej wodzie. Pokrzywę można też udusić w maśle z drobno pokrajaną cebulą, czosnkiem i gałką muszkatołową, zagęszczoną pod koniec duszenia jajkiem roztrzepanym w mleku i podawać – jak podawano we Francji- do duszonych mięs.

W niektórych rejonach Polski przygotowuje się sałatkę z młodej pokrzywy na wielkanocny stół.

Liście pokrzywy można kisić jak kapustę albo marynować w zalewie octowej (do zalewy można dodać trochę portulaki warzywnej).

Źródła:

1) Czikow P., Łaptiew J. „Rośliny lecznicze i bogate w witaminy”, Warszawa:PWRiL, 1983,

2) Kuźnicka B., Dziak M. „Zioła i ich stosowanie. Historia i współczesność”, Warszawa: PZWL, 1987,

3) Kwaśniewska J., Mikołajczyk K. „Zbieramy zioła”, Warszawa: Wydawnictwa Akcydensowe, 1986,

4) Nartowska J. „Ziołowa apteczka domowa”, „Wiadomości Zielarskie” 1988 nr 4/5, s. 43-44,

5) Nartowska J. „Ziołowa apteczka domowa cz. IX”, „Wiadomości Zielarskie” 1987 nr 11, s. 10,

6) Pirożnikow E. „Pokrzywa w aptece domowej i w kuchni”, „Wiadomości Zielarskie” 1985 nr 7-8, s. 20-22,

7) Sołouchin W. „Zielsko”, Warszawa: Instytut Wydawniczy PAX, 1979.

Wpis z 11.06.2017 r.

Ciasto pijana kukułka

Miało być o pokrzywie, ale w tym tygodniu nie miałam okazji zrobić zdjęcia pokrzywie, więc po kilku zdrowych przepisach, dzisiaj będzie pyszne ciasto kukułkowe. Najpierw zrobiła je koleżanka, a gdy go spróbowałam od razu poprosiłam o przepis, żeby koniecznie takie ciasto powtórzyć przy jakiejś okazji. Okazja się nadarzyła i dzisiaj dzielę się z Wami przepisem.

Pijana kukułka

1,1 l mleka

1/4 kg cukierków kukułek

4 budynie czekoladowe z cukrem

350 g herbatników (tak było w przepisie, ale mnie zabrakło prawie na całą 1 warstwę, więc trzeba się zaopatrzyć w większą ilość)

250 g + 2 łyżki masła

2 łyżki miodu

100 g gorzkiej czekolady 70%

2  łyżki kakao

150 ml alkoholu (ja użyłam spirytusu)

Do garnka wlać 0,1 l mleka, wrzucić kukułki i podgrzewać na małym ogniu, aż kukułki się rozpuszczą. W 1 l mleka rozrobić budynie, żeby nie było grudek (lepiej jest rozrobić je w 1 szklance mleka, a potem wlać je do pozostałego mleka). Do rozpuszczonych w mleku kukułek wlać mleko z budyniami, postawić garnek ogniu i mieszać do momentu zgęstnienia masy. Masę ostudzić, ale nie do końca – powinna być jeszcze trochę ciepła.

W misce zmiksować kostkę masła z kakao, dodając stopniowo wystudzoną masę. Na końcu dodać alkohol.

Blaszkę 25 x 30 cm (moja miała 25 x 25 cm) wyłożyć folią aluminiową, na niej warstwę herbatników, na które trzeba wyłożyć 1/2 masy. Kładziemy następną warstwę herbatników, masę i znowu herbatniki.

W kąpieli wodnej rozpuścić czekoladę, 2 łyżki miodu, 2 łyżki masła i 1/4 szklanki mleka. Powstałą polewą polać ostatnią warstwę herbatników. Ciasto włożyć do lodówki, najlepiej na całą noc. Rano pokroić ciasto na kawałki.

Wpis z 28.05.2017 r.

Wiosenna zupa z pokrzywy

Od dawna zabierałam się za zrobienie zupy z pokrzywy i nareszcie ją zrobiłam. O właściwościach pokrzywy będzie następnym razem, a teraz przepis na wzmacniającą zupę z pokrzywy z bloga Agnieszki Maciąg (z moimi drobnymi modyfikacjami).

Zupa z pokrzywy

3 garści świeżo zerwanej młodej pokrzywy

1 por

1 duża cebula

3-4 średniej wielkości ziemniaki

2 marchewki

1 pietruszka (razem z natką)

1/4 bulwy selera lub posiekane liście młodego selera

4-5 ząbki czosnku (może być posiekana garść czosnku niedźwiedziego)

1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej

2 łyżki masła klarowanego (ja użyłam zwykłego masła)

sól, pieprz

2 gałązki świeżego lub trochę suszonego lubczyku (ja użyłam trochę curry)

dużo posiekanej natki pietruszki i koperku

do podania – śmietana lub jogurt

Posiekać cebulę, czosnek i białą część pora. Pokroić też ziemniaki w większe kostki i marchewkę oraz pietruszkę w małe kosteczki lub w słupki.

W garnku rozpuścić masło, wrzucić posiekaną cebulę, pora (w półkrążki) oraz czosnek i lekko przesmażyć mieszając, a następnie dodać ziemniaki, marchewkę i pietruszkę. Chwilę podduszać razem, dodać seler i całość zalać ok. 2 l wrzącej wody. Dodać sól, pieprz, gałkę muszkatołową i gotować na małym ogniu przez ok. 10 minut. Dodać posiekaną pokrzywę (siekać raczej w gumowych rękawicach) oraz lubczyk i gotować na małym ogniu, pod przykryciem, przez dalsze 10-15 minut.

Zupę można podawać ze śmietaną lub z jogurtem. Można z kromką razowego chleba lub grzankami. Smaczna też będzie z dodatkiem jajka na twardo – jak szczawiowa lub chłodnik.

Wpis z 22.05.2017 r.

Kopytka

Chodzę ostatnio niewyspana, bo za późno chodzę spać. Kiedyś ktoś napisał o paradoksie łóżka, że lubimy w nim być, ale nie możemy się zdecydować, żeby się położyć. Z kolei rano wcale nie chce się wstać. I tak w kółko. Mam tak codziennie i chyba nic na to nie poradzę, nawet gdy to dokładnie wiem.

A teraz kopytka. Pyszna klasyka. Trwa kwietniowo-majowy ciąg urodzinowo-imieninowy, ale zanim zacznę dietę – pyszne kluseczki. Smakują domem rodzinnym, czymś miłym i dobrze znanym. Trzeba je czasem zrobić.

Kopytka

600 g ziemniaków

150 g mąki + maka do podsypania

1 jajko

sól, olej

Ziemniaki ugotować w mundurkach (wodę odlać, ostudzić i podlać nią kwiatki), obrać i przecisnąć przez praskę do miski. Ostudzić. W międzyczasie wstawić na gaz garnek z wodą.

Do ziemniaków dodać 150 g mąki i jajko. Porządnie wyrobić ręką.

Na blacie posypanym lekko mąką utoczyć wałeczki z ciasta grubości palca i pokroić je trochę w poprzek na kopytka.

Wrzącą wodę w garnku posolić (jeśli posolimy wodę wcześniej – zagotuje się trochę później) i dodać 1 łyżkę oleju, żeby kopytka się nie sklejały. Kopytka wrzucać partiami do wrzątku, mieszając. Gdy wypłyną na powierzchnię, wyławiać łyżką cedzakową.

Kopytka są pyszne z wszelkimi sosami, np. pieczarkowym, z bitkami z sosem albo pulpecikami. Można je jeść właściwie do wszystkiego.

Wpis z 15.05.2017 r.

P1010009-003.JPG

Sałatka z sera feta, mniszka, pomidorków i słonecznika

Wiosną, przed wytworzeniem nasion, czyli dmuchawców, dobrze jest jeść młode listki mniszka lekarskiego. Mniszek jest wyjątkowo zdrową rośliną – dobrze wpływa na wątrobę i pęcherzyk żółciowy i działa oczyszczająco na organizm. O mniszku pisałam tu:

http://dorodnepomidory.bloog.pl/id,341089823,title,Bardzo-zdrowy-mniszek-lekarski,index.html

Wczoraj zerwałam w swoim ogródku ekologiczny mniszek, a dzisiaj zrobiłam wiosenną sałatkę. Do tej sałatki można użyć sera feta, ale może też być grecki manouri. Myślę, że może też być nasz twardszy twaróg.

Sałatka z sera feta z mniszkiem lekarskim

100 g sera feta

10 g cebuli

kilka młodych listków mniszka lekarskiego

pomidorki koktailowe

pestki słonecznika

oliwa, pieprz

Ser feta pokroić w kostkę (jeśli używamy naszego twarogu, raczej będzie pokruszony i trzeba go dodatkowo trochę posolić). Cebulę pokroić w kostkę, pomidorki pokroić w ćwiartki, liście mlecza posiekać. Wszystko razem posypać troszkę pieprzem, wymieszać, skropić oliwą i posypać uprażonymi pestkami słonecznika.

Wpis z 07.05.2017 r.

P1010006-002.JPG

Kotlety z kaszy jaglanej

01.05.2017

Kamil 061.JPG

 

Święta się skończyły, robi się cieplej, staram się zrzucić to. co zyskałam zimą. Beata podrzuciła mi przepis na kotleciki, które ułatwią to zadanie. Kotlety nie tylko są niskokaloryczne same w sobie, ale w dodatku pieczone. Plus spacery, prace ogrodnicze itd. Tęskniłam za tym wszystkim.

A z zajęć domowych, chciałam podzielić się patentem. Udało mi się wreszcie wywabić plamy z mojej najładniejszej białej bluzki. Nie wiem, z czego były te plamy. Mogłam się pobrudzić jakimś smarem na łodzi albo nie wiem czym. W każdym razie nic plam nie ruszało – ani wielokrotne pranie, ani Vanish, nic. Wyglądało to beznadziejnie i myślałam, że straciłam ulubioną bluzkę. Wymyśliłam inny sposób – polałam plamy wodą utlenioną, obłożyłam pastą z Ariela z wodą i zostawiłam na kilka godzin. Następnie namoczyłam bluzkę w wodzie z Arielem, znowu zostawiłam na kilka godzin i – tadam! Plamy zniknęły, a ja mam moją piękną bluzeczkę z powrotem. Bardzo mnie to ucieszyło i może komuś się przyda.

A wracając do kuchni – polecam kotleciki.

 

Kotlety pieczone z kaszy jaglanej, pieczarek i marchewki

 

1 szklanka kaszy jaglanej (lub 2 torebki)

500 g pieczarek

1 marchewka

1 ząbek czosnku

2 cebule

1 łyżka masła

sól, pieprz

1 jajko

sos sojowy

 

1 szklankę kaszy zalać 2 szklankami wody, zagotować, zmniejszyć ogień i powoli ją ugotować.

500 g pieczarek i 2 cebule poszatkować, udusić z 1 łyżką masła i przyprawami pod przykryciem, zdjąć pokrywkę i odparować wodę.

Marchewkę zetrzeć na tarce jarzynowej w malutkie paseczki i udusić z 1 ząbkiem czosnku z niewielką ilością wody pod przykryciem.

Do letniej kaszy dodać marchew i zblendowane pieczarki. Dodać jajko (wg przepisu może być zamiast tego 1 czubata łyżeczka zmielonego siemienia lnianego rozpuszczonego w niewielkiej ilości wody, ale nie próbowałam), do smaku: sos sojowy, pieprz, sól, ewentualnie trochę posiekanej natki pietruszki.

Mokrymi rękami uformować kotlety i piec 30 minut w temp. 190º C.

Podawać na ciepło z sosem czosnkowo-jogurtowym lub tzatziki.

 

 

 

P1010004-001.JPG

 

Pierogi szwedzkie

To są pieczone pierogi i naprawdę pochodzą ze Szwecji. Pisała o nich Astrid Lindgren w „Dzieciach z Bullerbyn”. Jadł je Bosse, żeby dostać obwarzanka, ale są tak sycące, że jak zjadł kilka pierogów – upragniony obwarzanek już mu się nie zmieścił. Książkę czytałam wieki temu, ale tamtą historię z pierożkami nadal pamiętam. Dlatego chętnie pierożki zrobiłam, gdy znalazłam przepis na Mirabelkowym blogu. Najpierw zrobiłam z połowy składników podanych w przepisie, a następne razy robiłam już z całości.

Pierogi są bardzo smaczne oraz praktyczne w sensie spożycia gdziekolwiek. Można je zabrać do pracy lub do szkoły, ale też, jak w dzieci z Bullerbyn, na wycieczkę.

Pierogi szwedzkie (16 sztuk)

Ciasto:

500 g mąki
30 g świeżych drożdży
1 szklanka ciepłego mleka
1 żółtko
80 g roztopionego masła
1 łyżeczka cukru
szczypta soli

Farsz:
1 kg pieczarek,
2 cebule,
2-3 łyżki oleju,
sól, pieprz, ostra papryka w proszku,
białko (do posmarowania pierogów)
czarnuszka  (lub czarny sezam) do posypania

Przygotowanie ciasta

Drożdże rozkruszyć w garnuszku, dodać 1 łyżeczkę cukru, kilka łyżek ciepłego mleka i łyżkę mąki. Odstawić w ciepłe miejsce na ok. 15 minut, aż zaczyn zacznie rosnąć.
Do miski przesiać resztę mąki, dodać zaczyn, żółtko, ciepłe mleko i szczyptę soli. Wymieszać i zagnieść, następnie stopniowo wlewać roztopiony tłuszcz i wyrabiać, aż ciasto będzie jednolite i zacznie odchodzić od ręki. Miskę przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na 30-40 minut.

Przygotowanie farszu

Cebulę posiekać, zeszklić na rozgrzanym oleju, dodać posiekane pieczarki i smażyć, aż odparują. Doprawić solą, pieprzem i ostrą papryką – farsz powinien być pikantny. Zostawić do lekkiego przestygnięcia.

Ciasto przełożyć na blat lub stolnicę, podzielić na pół. Każdą z porcji cienko rozwałkować i pokroić na prostokąty ok. 8 x 20 cm lub trochę większe. Nakładać farsz i zrolować, dokładnie zaklejając krawędź i boki.
Układać na płaskiej blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Każdego pieroga posmarować białkiem i posypać czarnuszką lub sezamem.
Piec w temp. 180° C aż będą rumiane (ja piekłam 20 minut, a wg przepisu 30 minut).

Wpis z 23.04.2017 r.

P1010011.JPG

Mazurek serowy z jogurtów greckich z ksylitolem

Właściwie ten mazurek powstał dzięki Agacie, która co roku jeździła po mazurki do jakiejś specjalnej cukierni, a ja starałam się dojść, jak je zrobić. Oczywiście ten mazurek można zrobić z serem i cukrem, ale ja miałam akurat odcieknięty twarożek z jogurtów greckich.

Mazurek serowy

Ciasto:

300 g mąki

150 g masła

2 żółtka

80 g ksylitolu

Do mąki dodać zimne masło i posiekać je drobno, dodać żółtka utarte z cukrem, szybko wyrobić, zrobić kulę i włożyć ją na 1/2 godziny do lodówki. Następnie rozwałkować (lub wylepić ręką) ciasto na wielkość dużej blachy (25 cm x 35 cm), pozostawiając część ciasta na wałeczki dookoła i w środku (wychodzą 2 mazurki).

Piec w piekarniku rozgrzanym do temp. 180º C ok. 5 minut.

Twaróg:

2 duże kubeczki jogurtów greckich (660 g) – uzyskałam 420 g twarożku, następnym razem z jogurtów innego producenta uzyskałam jedynie 337 g, więc dołożyłam inny twaróg, aby uzyskać 420 g

250 g ksylitolu

1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

4 białka ubite na sztywno

Na garnku położyć sitko, wyłożyć je ściereczką lub kilka razy złożoną gazą i włożyć tam jogurty. Ściereczkę zawinąć i całość włożyć do lodówki na 48 godzin, by jogurty odciekły.

Uzyskany twarożek zmiksować z ksylitolem, ekstraktem z wanilii i delikatnie wmieszać łyżką pianę z białek.

Masę serową wyłożyć na podpieczone ciasto i piec w piekarniku rozgrzanym do temp. 180º C ok. 30 minut.

Pomada:

60 g masła

75 g ksylitolu

35 g mleka w proszku

1 łyżka wody

Masło rozpuścić w rondelku, dodać ksylitol, wodę i mleko w proszku. Całość mieszać, aż wszystkie składniki się połączą, a pomada będzie gęsta i gładka. Na upieczonego mazurka wyłożyć jeszcze ciepłą pomadę i równomiernie rozprowadzić na całej powierzchni. Odstawić na chwilę do ostygnięcia i udekorować.

Wpis z 09.04.2017 r.

P1010001-001.JPG

Przedświątecznie

Weekend był prześliczny i wręcz letni. Miałam wrażenie, że całe miasto wyruszyło na słońce. Marzy mi się taka pogoda na Wielkanoc. Myślę już, co by tu zrobić dobrego do jedzenia.

Nie wiem, czy Tatarzy w ogóle widzieli taki sos, ale często i chętnie jest podawany na świąteczny stół obok chrzanu, musztardy i majonezu. Świetnie pasuje do jajek, wędlin czy ryb. Dlatego pomyślałam sobie, że trzeba przetestować różne przepisy na sos tatarski. Smakował mi sos z bloga http://poproszedokladke.pl i dzisiaj właśnie ten sos.

Sos tatarski

10 bardzo małych ogóreczków konserwowych lub 5 trochę większych

10 małych grzybków konserwowych

2 łyżki posiekanego drobnego szczypiorku

2 łyżki posiekanego koperku

4 łyżki gęstego jogurtu naturalnego

2 łyżki majonezu

1 łyżeczka ostrej musztardy, np. Dijon

1/2 łyżeczki cukru

spora szczypta pieprzu

ewentualnie odrobina soli

Ogórki i grzybki dosyć drobno posiekać, ale nie na papkę.

Jogurt wymieszać z majonezem i musztardą. Dodać cukier i pieprz, a następnie posiekany szczypiorek i koperek oraz ogórki i grzybki. Całość wymieszać i w razie potrzeby dodać troszkę soli.

Przed podaniem schłodzić w lodówce.

Wpis z 03.04.2017 r.

P1010011-003.JPG

Wiosna, zmiana czasu i pasta do chleba

Przyszła długo oczekiwana wiosna i z mety zabrała nam godzinę snu. Strasznie nie lubię przestawiania czasu. Nie lubię nawet wtedy, gdy nam dają dodatkową godzinę, bo mam dobrze nastawiony zegarek wewnętrzny i wszystko mi się rozjeżdża – spanie, jedzenie, praca. Przez dobry tydzień nie mogę się pozbierać. Kiedyś jesienią dziennikarz pytał ludzi na ulicy „Co pan/pani robi z dodatkową godziną”. Jeden pan powiedział tak: „Jestem zegarmistrzem, więc przychodzę do zakładu, przestawiam wszystkie zegarki. Potem biorę stołeczek, przestawiam po kolei zegary wiszące i tak mi mija godzina”. Teraz ten pan musi wszystkie zegary przestawić i nikt mu nawet nie da na to dodatkowego czasu. Z zazdrością myślę o tym, że są takie kraje na świecie, gdzie się nie przestawia czasu. W Polsce długie lata też nie przestawiano, a zaczęto dopiero chyba pod koniec lat 70.

Nic nie poradzę na czas, więc zajęłam się czym innym. Poza spacerem i innymi sprawami, zrobiłam pastę do chleba. Bardzo mi niedawno smakowała, więc powtórzyłam. Pierwszy raz zrobiłam, bo miałam ugotowaną resztę ryżu, a teraz zrobiłam od początku.

Pasta z czerwonego ryżu, czerwonej soczewicy i pieczarek

50 g czerwonego ryżu

50 g czerwonej soczewicy

130 g pieczarek

1 niewielka cebula

sól, pieprz

olej

Ryż i soczewicę ugotować w oddzielnych garnkach, wodę odlać. Pieczarki umyć i poddusić z cebulą na niewielkiej ilości oleju. Wszystko ostudzić, dodać przyprawy i zmiksować w blenderze na gładką pastę, dodając troszkę wody, żeby dało się miksować.

Wyszły mi dwa słoiczki pasty, więc jeden zamroziłam.

Wpis z 26.03.2017 r.

Domowa pasta do zębów

Fluor jest pierwiastkiem silnie toksycznym, ale przyjmuje się, że w niewielkich ilościach niezbędnym dla naszych zębów i kości. Dlatego od lat dodawany jest do wody oraz do past do zębów, płynów do płukania ust, jest obecny w nitkach dentystycznych i preparatach stomatologicznych.

Trzeba powiedzieć, że fluor występuje naturalnie w organizmie oraz jest obecny w naszej diecie: głównie w rybach i innych stworzeniach morskich, ale też w herbacie, produktach zbożowych, warzywach liściastych, ziemniakach, serach podpuszczkowych i orzechach. W związku z uprzemysłowieniem jest go coraz więcej w naszym powietrzu i glebie. Wielu naukowców zwróciło już uwagę na to, iż obecnie nie ma podstaw do obaw, że fluoru jest zbyt mało, natomiast istnieją obawy, że może być go zbyt dużo. Nadmiar fluoru jest bardzo szkodliwy i może powodować uszkodzenia zębów i kości, alergie, zaburzenia koncentracji i trudności z zapamiętywaniem, depresję,  zaburzenia pracy trzustki, nerek oraz tarczycy, może też uszkadzać narządy rozrodcze i powodować bezpłodność albo też uszkadzać płód, może też prowadzić do powstania nowotworów. Blokuje wchłanianie magnezu przez organizm. W skrajnych przypadkach może wystąpić fluoroza zębów i kości. Początkowo objawia się to pojawianiem się białych plamek na zębach, następnie szkliwo ciemnieje i pęka. Kości stają się bardziej kruche.

Czytałam, że Belgia wystąpiła do Komisji Europejskiej, aby zabronić stosowania dodatków fluorowych w całej Unii Europejskiej, ale na razie bez powodzenia.

Pasty do zębów zawierają nie tylko fluor, ale także inne chemiczne dodatki, chociaż można już kupić pasty nie zawierające fluoru. Zrobiłam przegląd różnych środków służących do mycia zębów oraz higieny jamy ustnej:

– olej kokosowy nierafinowany – ma działanie antybakteryjne, przeciwpróchnicze i wybiela zęby. Aktorka Gwyneth Paltrow mówi, że po przebudzeniu nie myje zębów tylko płucze usta olejem kokosowym.  Ssanie oleju jest bardzo zdrowe, ale to osobny temat. Do ssania nadają się też inne oleje, natomiast ze względu na swoje właściwości oraz konsystencję olej kokosowy do zrobienia pasty do zębów nadaje się najlepiej,

– soda oczyszczona – ma działanie antybakteryjne, wybiela zęby usuwając kamień i osad; czytałam, że niektórzy stosują ją wraz z wodą utlenioną, ale nie próbowałam,

– ksylitol – ma działanie antybakteryjne, zapobiega próchnicy i poprawia smak pasty,

– mięta – napar do płukania lub olejek miętowy – ma działanie antybakteryjne, jest dobra do odświeżenia oddechu, stosowana w stanach zapalnych błony śluzowej jamy ustnej i stanach zapalnych dziąseł,

– goździki – olejek, proszek lub napar – uśmierzają ból zęba,

– kakao zawiera substancje zapobiegające próchnicy zębów,

– rozmaryn – odświeża oddech i działa antyseptycznie, miętowo-rozmarynowy napar jest dobry do płukania ust,

– korzeń truskawki wysuszony i sproszkowany – wybiela zęby,

– cynamon – ma właściwości antybakteryjne, przeciwgrzybicze i poprawia smak pasty, ale nie każdemu służy i nie każdy go lubi,

– szałwia lekarska – napar do picia i płukania przy ropniach zębów, stanach zapalnych jamy ustnej, krwawieniu i owrzodzeniu dziąseł, zaniku dziąseł,

– skrzyp – napar dobry do płukania przy zapaleniu błony śluzowej ust, zapaleniu pryszczykowym jamy ustnej, próchnicy, krwawieniu z dziąseł, stanie zapalnym dziąseł. Ja dodaję zawsze trochę suszonego skrzypu gdy mielę skorupki, a potem jem proszek ok. ¼ łyżeczki dziennie. Gdy w grudniu byłam na przeglądzie u dentystki, znowu nie miałam ani jednej dziury w zębach. Przekonałam się też, że i kości mam mocniejsze. Oczywiście nie należy jeść zbyt dużo słodyczy. O skorupkach pisałam kiedyś tu:

Szanujmy skorupki

Domowa pasta do zębów

 

½ szklanki oleju kokosowego nierafinowanego

4 łyżki sody oczyszczonej

1 łyżka ksylitolu

Olej kokosowy podgrzać na tyle, by można było wymieszać go z pozostałymi składnikami. Gdyby nam się podgrzało za bardzo i olej stał się zbyt płynny, należy go zdjąć z ognia i pozwolić mu trochę zastygnąć, bo w płynnym oleju dodatki opadną na dno. Do podstawowej pasty można dodać:

20 kropel olejku miętowego lub

5 łyżek sproszkowanego korzenia truskawki lub

2 łyżki kakao lub

którykolwiek inny z ww. dodatków w proszku lub olejku.

Pastę umieścić w płaskich, szerokich słoiczkach. Aktualnie używany ustawić w łazience, a pozostałe przechowywać w lodówce. Nakładać na szczotkę szpatułką.

Wpis z 19.03.2017 r.

PB100019.JPG

„Bądź twórcą swojego zdrowia”

Książka Bożeny Żak-Cyran „Bądź twórcą swojego zdrowia” wydana przez Wydawnictwo GALAKTYKA okazała się niezwykle interesująca i bardzo dziękuję Wydawnictwu za tę pozycję.

Autorka jest dietetyczką i dietoterapeutką z wieloletnim doświadczeniem, autorką ośmiu książek poświęconych odżywianiu. Przeczytanie ostatniej książki, zawierającej wiele cennych spostrzeżeń i wskazówek praktycznych, zachęciło mnie do zapoznania się także z poprzednimi pozycjami.

Bożena Żak-Cyran podchodzi do uzdrawiania w sposób, który cenię: widzi całego człowieka – nie tylko jego talerz, ale też psychikę i emocje, które mają ogromny udział w powrocie do zdrowia lub nie dopuszczeniu do choroby. Już Hipokrates pisał, iż „Nie istnieje taka choroba ciała, która byłaby oddzielona od duszy”, a medycy-kapłani uważali, że żal, rozpacz i złe myśli mają duży destrukcyjny wpływ na ciało, a zatem niezbędne dla zdrowia są spokój, ufność i optymizm. Współczesne badania potwierdzają to w całej rozciągłości, a autorka książki obszernie omawia. Podobno człowiek ma w 90% ciągle te same myśli! Z książki można się dowiedzieć jak to zmienić i co zrobić, by nasza psychika wpływała pozytywnie na nasze zdrowie.

Istotną informacją dla czytelników jest ta, że komórki organizmu podlegają ciągłej odnowie. Z książki można się dowiedzieć, jakie można podjąć działania, by nasze nowe komórki były zdrowe.

Obszernie omówiona jest kwestia przewodu pokarmowego jako niezwykle ważnej części organizmu. Warto się dowiedzieć jak działa, jak o niego dbać, jak go oczyszczać i odkwaszać. Co robić, by właściwe funkcjonowała wątroba i w jaki sposób pozbyć się groźnych dla zdrowia złogów. Z książki można dowiedzieć się krok po kroku, jak przeprowadzić oczyszczanie wątroby i pęcherzyka żółciowego. Ja zamierzam oczyścić w tym roku swoją wątrobę zgodnie ze wskazówkami z książki, gdyż „kamienie żółciowe w wątrobie są jedną z głównych przyczyn zapadalności na różne choroby”, w tym autoimmunologiczne.

Autorka pisze też w książce jak usprawnić mózg, jaka jest tajemnica długowieczności, jaką dietę stosować i w jaki sposób spożywać posiłki, by dobrze nam służyły. Jakie pokarmy i napoje są dla człowieka najbardziej wskazane. W dalszej części proponuje wiele różnych technik medytacji i wizualizacji mających na celu pobudzenie energii i mocy, zmniejszenie zmęczenia, uspokojenie, poprawienie stanu psychiki i fizjologicznych funkcji organizmu.

Część książki zawiera przepisy na wiele zdrowych dań i deserów. Na kolorowej wkładce zamieszczone są zdjęcia niektórych potraw.

Na koniec zacytuję jedno zdanie z książki, które uważam za istotny przekaz tej pozycji: „Niezależnie od tego, jaka jest nasza sytuacja zdrowotna, nigdy nie jest za późno, by dokonać zmian”.

Uważam, że każdy, komu zależy na własnym zdrowiu, powinien przeczytać tę książkę.

Wpis z 11.03.2017 r.

S6300749-001.JPG

Sałatka ze szpinakiem, czarną soczewicą i serem halloumi

Karnawał się skończył i zima prawie też. Dzień był dzisiaj przepiękny, prawdziwie wiosenny i od razu ma się ochotę na coś lekkiego. Poza tym trzeba zrzucić to, czego jest za dużo. Ten przepis świetnie się nada na cieplejsze dni. Znalazłam go na blogu Moja Mała Kuchnia i sałatkę zrobiłam już dwa razy. Raz ze słonecznikiem, a następnym razem z orzeszkami piniowymi i ten drugi wariant jeszcze bardziej mi się spodobał. Sałatka naprawdę warta polecenia.

Sałatka ze szpinakiem, czarną soczewicą i serem halloumi

1 opakowanie świeżego szpinaku

1/3 szklanki czarnej soczewicy

pomidorki koktajlowe – ile kto lubi

1 kostka sera halloumi

1/3 szklanki prażonego słonecznika lub dowolnych orzechów

oliwa i oliwa z dodatkiem chili

Liście szpinaku (ja trochę posiekałam, bo były większe) włożyć na dno miski. Polać go odrobiną oliwy z dodatkiem chili. Na szpinak wrzucić ugotowaną i osączoną czarną soczewicę (trochę zostawić na później). Następnie pokroić pomidorki koktajlowe na połówki lub ćwiartki i dodać do sałatki. Ser halloumi pokroić na plastry (ja pokroiłam w kostkę) i też dodać. Całość posypać prażonym słonecznikiem i resztką soczewicy i polać oliwą.

Według przepisu można jeszcze dodać dynię piżmową, paprykę marynowaną i buraka.

Wpis z 04.03.2017 r.

Zupa cebulowa

Nabrałam ochoty na dobrą, treściwą zupę. Przejrzałam różne przepisy i zdecydowałam się na zupę cebulową. Ta zupa jest dla mnie o tyle kłopotliwa, że nie bardzo lubię zapiekane w niej grzanki. Teraz podjęłam kolejną próbę zapieczenia grzanek w środku, ale zarzucę już te próby i będę jednak podawać grzanki oddzielnie, bo te zapiekane w zupie zawsze trochę nasiąkną, a takie mnie nie zachwycają. Grzanka to grzanka – powinna być chrupiąca.

Tym razem skorzystałam w największym stopniu z przepisu Pascala. Sama zupa posypana żółtym serem i zapieczona bardzo mi smakuje.

Zupa cebulowa

1 l wywaru z warzyw

10 cebul

trochę oliwy lub oleju rzepakowego

20 g masła

1 łyżka mąki

80 g sera gruyere, startego na tarce o grubych oczkach

1 liść laurowy

grzanki z kilku kromek bułki

Oliwę rozgrzać w garnku, dodać masło, wrzucić cebulę pokrojoną w kostkę. Dusić, aż cebula trochę się przyrumieni. Dodać mąkę i smażyć kilka minut, mieszając. Dodać wywar, zagotować, wrzucić liść laurowy i gotować 15 minut. Następnie wlać zupę do żaroodpornych miseczek, włożyć do każdej grzankę, posypać startym serem i piec w temp. 220º C, aż ser się roztopi i troszkę przyrumieni.

Wpis z 26.02.2017 r.

P1010006-002.JPG

Mrowisko (kuchnia litewska)

Chodziło za mną od kiedy je zobaczyłam. Potem o nim zapomniałam, ale znowu pojawiło się w moim polu widzenia, bo zaczęli je sprzedawać w cukierni koło mojej pracy i widuję je teraz każdego dnia. Mrowisko. Tak nazywa się kopiec ułożony z faworków, polany pysznym syropem, posypany makiem i rodzynkami.

Postanowiłam sama zrobić mrowisko i dzisiaj nadszedł ten dzień, kiedy stałam się posiadaczką aż trzech mrowisk. Przepis znalazłam na blogu Wyroby Domowe.

Mrowisko

Syrop:

1/2 kostki margaryny (ja użyłam 125 g masła)

3/4 szklanki cukru (użyłam ksylitolu)

1 łyżka gęstej śmietany

3 łyżki miodu

1 cukier waniliowy

Wszystkie składniki wrzucić do garnka (miód i śmietanę na końcu) i doprowadzić do wrzenia mieszając. Po zagotowaniu odstawić do wystudzenia.

Ciasto:

3-4 szklanki mąki

1/2 paczki małego proszku do pieczenia

10 żółtek i 1 jajko

1 łyżka cukru pudru

1 łyżka śmietany

1 łyżka masła

3 łyżki spirytusu

Do smażenia:

smalec lub olej

Wszystkie składniki dokładnie wyrobić. Ciasto powinno być gładkie i elastyczne. Długo wyrabiać ręką, a potem wytłuc wałkiem.

Blat posmarować olejem. Z ciasta odrywać niewielkie kule, rozwałkować po kolei bardzo cienko i kroić radełkiem na niewielkie nieregularne kawałki. Resztę ciasta przykrywać, by się nie zsychało.

Pomp 009.JPG

Dodatki:

mak

rodzynki (najlepiej wcześniej namoczone w alkoholu)

wiórki kokosowe (nie używałam)

Kawałki ciasta smażyć na średnio gorącym tłuszczu i wykładać na ręczniki papierowe.

Po usmażeniu wszystkich kawałków układać je warstwami. Każdą warstwę polać syropem (syrop lekko przed tym podgrzałam i wymieszałam, a każdy kawałek ciasta smarowałam leciutko pędzlem), posypać dodatkami.

Wpis z 19.02.2017 r.

Sernik nowojorski

Walentynek można nie obchodzić (chociaż przyjemniej jest jednak obchodzić), ale co szkodzi zjeść coś pysznego? Ten sernik jest nadzwyczajny i to z kilku powodów. Po pierwsze jest przepyszny, po drugie jest przepyszny, a po trzecie nie opada. Robiłam go ostatnio kilka razy na powtarzaną co pewien czas prośbę, żeby upiec TEN sernik i nie opadł ani razu. Powinno się go piec w kąpieli wodnej, ale pomimo uszczelniania kolejnych tortownic, kąpiel wodna uciekała szybciej lub wolniej. Nie miało to jednak żadnego wpływu na sernik i następnym razem chyba z niej zrezygnuję.

Jedyny problem z tym sernikiem jest taki, że po upieczeniu trzeba go zostawić w lodówce na co najmniej 12 godzin.

Przepis znalazłam na blogu Moje Wypieki.

Sernik nowojorski

Składniki na spód:

70 g masła, roztopionego

140 g ciastek digestive, pokruszonych

Ciastka rozdrobnić wałkiem na piasek, wymieszać z roztopionym masłem. Tortownicę o średnicy 23 cm wysmarować na bokach masłem. Masę ciasteczkową wcisnąć na dno, wyrównać i schłodzić pół godziny w lodówce.

Składniki na masę serową:

900 g serków kremowych, klasycznie philadelphia

250 g cukru (używam ksylitolu)

3 łyżki mąki pszennej

1 i 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

skórka otarta z 1 cytryny

1 i 1/2 łyżeczki soku z cytryny

3 duże jajka

1 żółtko

200 ml kwaśnej, gęstej śmietany 18%

Wszystkie składniki umieścić w misie miksera i zmiksować do gładkości. Nie trzeba miksować długo, tylko do połączenia składników.

Wylać masę na schłodzony spód.

Zagotować wodę w czajniku. Owinąć formę z sernikiem podwójnie folią aluminiową. Formę umieścić w większej formie lub naczyniu żaroodpornym, do którego nalać wody do połowy wysokości formy z sernikiem.

Piekarnik nagrzać do 180º C. Wstawić formę z sernikiem i piec przez 10 minut, następnie obniżyć temperaturę do 110º C i piec dodatkowe 30 minut (lub dłużej, dopóki cała powierzchnia sernika nie będzie ścięta – sprawdzać dotykając delikatnie patyczkiem powierzchnię sernika na środku – ja piekłam ponad godzinę).

Wyłączyć piekarnik, sernik pozostawić w nim do przestudzenia na 1 godzinę, lekko uchylając drzwiczki. Wyjąć z piekarnika, ostudzić w formie. Posmarować polewą z kwaśnej śmietany, równo na całej powierzchni. Schłodzić w lodówce przez minimum 12 godzin.

Polewa z kwaśnej śmietany:

220 ml kwaśnej śmietany 18%

1 łyżka cukru

2 łyżeczki soku z cytryny

Wszystkie składniki wymieszać do gładkości

Wpis z 12.02.2017 r.

Pyszne leniwe pierogi mojej Mamy (bez bicia piany)

05.02.2017

Te pierogi (dlaczego pierogi właściwie?) leniwe jadłam tylko u Mamy. Robi się je bardzo szybko, więc obiad jest może być gotowy w ciągu 15 minut. Trzeba tylko nabyć biały ser, z którego nie leje się woda, bo wtedy należałoby dodać sporo mąki, a chodzi o to, by mąki było jak najmniej. Jeśli mąki będzie za dużo – pierogi będą twarde, a przecież mają być mięciutkie i pyszne.

Takie leniwe lubię też za to, że nie trzeba ubijać piany, co skraca i upraszcza przygotowanie dania.

 

Leniwe pierogi

 

160 g zwartego sera białego

30 g mąki + trochę do podsypania

1 jajko

Nalać wody do większego garnka i postawić na gazie, by się zagotowała.

Jajko wbić do głębokiego talerza i ubijać widelcem, aż na całej powierzchni pokażą się bąbelki. Wtedy dodać twaróg, rozgnieść widelcem i wymieszać z ubitym jajkiem. Na końcu dodać mąkę i ręką wyrobić ciasto (niedługo – do połączenia składników).

Blat oprószyć mąką. Z ciasta utoczyć wałki grubości palca, a następnie pokroić je skośnie na kluski. Gdy woda się zagotuje, osolić ją i nalać troszkę oleju, żeby leniwe się się sklejały. Wrzucać leniwe partiami. Po wrzuceniu zamieszać zawartość garnka, zmniejszyć ogień i gotować jeszcze przez parę sekund. Wyłowić łyżką cedzakową.

Na talerzu polać zrumienioną na maśle bułeczką tartą i posypać cukrem.

 

 

 

Chipsy z jarmużu

Kilka razy przeszukałam mój blog, bo byłam przekonana, że kiedyś już pisałam o chipsach z jarmużu. Alicja zrobiła, poczęstowała mnie i bardzo mi smakowały. Od tego czasu w sezonie jarmużowym często je piekę i przyjemnie chrupię. Znalazłam je na innych blogach, ale na moim nie – dlatego nadrabiam tę niedoróbkę. Jeśli ich nie próbowaliście – bardzo namawiam, bo jarmuż jest pyszny i zdrowy. Kiedyś o tym pisałam.

Liście trzeba umyć i wysuszyć. Jak mam duże liście, to wkładam łodygi do wazonu i liście sobie schną. Jeśli kupię kawałki liści na tacce, to trudno – myję, zostawiam, żeby odciekły, osuszam ściereczką. Następnie szybko nacieram liście olejem rzepakowym – palcami, bo pędzlem będzie zbyt tłusto. Po prostu przy karbowanych liściach inaczej nie uda się rozprowadzić cienkiej warstwy oleju.

Piekarnik rozgrzać do temperatury 130º C, blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Liście podrzeć na mniejsze kawałki, grubsze nerwy wyrzucić.

Kawałki liści rozłożyć na blaszce i piec czujnie, czyli sprawdzać ręką co jakiś czas, czy któryś listek nie jest już sztywny i upieczony.

Gotowe chipsy dobrze jest wrzucić do dużej miski, posypać trochę solą i delikatnie przemieszać w misce. Można też posypać curry.

Wpis z 29.01.2017 r.

S6300749-001.JPG

Deser kasztanowy z bitą śmietaną

Gdy letni bób się skończy, zaczynają się jesienne kasztany jadalne. Bardzo lubię kasztany i jadam je za każdym razem, gdy się nadarzy okazja. Kiedyś były bardzo drogie, więc kupowałam tylko trochę do upieczenia. Czasem wybierałam się jesienią do ogrodu botanicznego, gdzie rośnie duży, stary kasztan i można było trochę tych brązowych dobroci pozbierać.

Teraz można kupić kasztany nawet w Biedronce. Cena mocno spadła, kupuję je częściej i zrobiłam kilka deserów. Nawet ostatnio udało mi się jeszcze kupić kasztany w Auchan. Te styczniowe nie są takie dobre jak jesienne. Przed przygotowaniem trzeba zalać wodą i wyrzucić te podsuszone, które wypłyną na powierzchnię. Nadal najbardziej lubię kasztany pieczone, ale warto spróbować deserów, np. z Francji i Włoch. Przetestowałam kilka przepisów na kasztany. Dzisiejszy pochodzi z książki „Desery z różnych stron świata”, którą napisała Francesca Massa i jest to przepis mistrza Artusiego.

Deser jest trochę czasochłonny, bo ugotowane kasztany trzeba obrać z łupin i przetrzeć (nie trzeba ich przecinać jak do pieczenia – nie wybuchną i zachowają więcej witamin). Łatwiejsze do obierania są kasztany świeżo wyjęte z wody. Dlatego nie odlewam wody, tylko zestawiam garnek z ognia i wyjmuję je pojedynczo.

Deser kasztanowy z bitą śmietaną

500 g dużych, zdrowych kasztanów

130 g cukru pudru

60 g czekolady

3 łyżki likieru cytronowego (ja użyłam nalewki na mandarynkach)

300 g bitej śmietany

Kasztany w łupinach ugotować w wodzie (gotowałam 50 minut), następnie obrać i jeszcze gorące przetrzeć przez sito (najlepiej metalowe). Czekoladę zetrzeć na tarce.

Zagnieść ciasto z kasztanów, cukru pudru, czekolady i likieru.  Wziąć duży okrągły półmisek, na środku umieścić odwrócony spodeczek i przetrzeć masę przez sito, obracając co jakiś czas półmisek, by spadając z sita równomiernie się rozłożyła. Usunąć spodek ze środka i w powstałe zagłębienie nałożyć 300 g bitej śmietany.

Wpis z 24.01.2017 r.

Kurczak Yassa

Nie wiem, czy to trudności pourlopowe, czy ciemności, a może spóźniony blue tuesday? Przy wszystkich porannych problemach decyzyjnych i zwykłej rozlazłości, za sukces uznałam, że się w końcu w coś ubrałam i wyszłam do pracy. Później było już lepiej, ale poranek był naprawdę koszmarny.

Chcę powiedzieć, że nie wróciłam do Was z pustymi rękami. Przywiozłam przepis na kurczaka od pewnej przemiłej Kreolki z Senegalu.

W kuchni senegalskiej wyraźne są wpływy francuskie, portugalskie i włoskie. Jada się tu dużo ryb i owoców morza, omlety, pizze, ryż z różnymi sosami i dużo bagietek. Zup nigdzie nie dostawaliśmy, a na deser były podawane przeważnie owoce, głównie arbuzy, banany, pomarańcze, papaje i ananasy, chociaż zdarzały się desery budyniowe.

„Nasza” Kreolka serwowała w swoim hoteliku ryby (karpia czerwonego, doradę, miętusa, barakudę), kraby faszerowane, krewetki z czosnkiem smażone w oleju palmowym, kurczaka yassa i kurczaka w sosie imbirowo-cebulowym. Najbardziej popularny w Senegalu jest kurczak yassa, theboudien – kurczak z rybą (pisany na różne sposoby) i thiebou yapp – ryż z mięsem. Do wszystkiego dostawaliśmy sos cebulowy i był bardzo smaczny. Oczywiście z dodatkiem kostek rosołowych, bo kostki są w Senegalu i w Afryce Zachodniej bardzo popularne. Mieliśmy też okazję pić café touba – kawę parzoną po turecku z kardamonem, pieprzem gwinejskim i imbirem (to nie jest moja ulubiona kawa).

Do kurczaka yassa z tego przepisu dodaje się zioła prowansalskie. Z tego, co widziałam, niekoniecznie te zioła są dodawane do kurczaka, ale w senegalskich sklepach dostępne są zioła francuskie, a mąż „naszej” Kreolki jest Francuzem, więc i kurczak ma francuski dodatek.

Kurczak yassa bardzo nam smakował w Senegalu, a ten domowy też jest pyszny i na pewno będę go robiła częściej, chociaż użyłam troszkę mniej cebuli, czosnku i papryki. Kurczak jest też pyszny po prostu upieczony w marynacie.

Nie korzystam z kostek rosołowych, więc zamiast tego dodałam pół szklanki esencjonalnego rosołu, ale podaję przepis oryginalny.

Kurczak yassa

1 kurczak

4 cebule

1 główka czosnku

2 papryki

sok z 2 limonek

2-3 łyżki musztardy Dijon

2 suszone ostre papryczki (ja dosypałam trochę ostrej papryki w proszku)

pieprz, sól, zioła prowansalskie

olej

2 kostki rosołowe (ja użyłam 1/2 szklanki rosołu)

Przygotowanie

Dzień wcześniej wymieszać w misce, w której zmieści się kurczak, składniki marynaty: 2-3 łyżki musztardy, sok z limonki, 2-3 łyżki oleju, 3 ząbki czosnku, rozgniecione, suche, pokruszone papryczki, drobno pokrojone cebule, zioła prowansalskie, 2 kostki rosołowe.

Kurczaka umyć, włożyć do miski i posmarować marynatą. Miskę owinąć folią spożywczą i włożyć na noc do lodówki.

Rano wyjąć kurczaka z marynaty i usmażyć na patelni, grillu lub upiec w piekarniku (ja upiekłam w naczyniu żaroodpornym z pokrywą).

W garnku na oleju udusić pokrojoną cebulę, po ok. 30 minutach dodać pokrojoną paprykę. Jak wszystko będzie miękkie, dodać pozostałą marynatę + 2 łyżki musztardy oraz 2-3 ząbki czosnku i sok z limonki. Do tego sosu włożyć podsmażonego kurczaka i dusić 45 minut.

Podawać z ryżem.

Wpis z 17.01.2017 r.

Gwinea Bissau

Gwinea Bissau jest jednym z najbiedniejszych państw Afryki, a także jednym z 10 najbiedniejszych krajów świata. W tej byłej kolonii portugalskiej obowiązuje język urzędowy portugalski, ale tylko 13% ludności potrafi mówić biegle po portugalsku. Przeważnie ludzie rozmawiają w języku kreolskim.

Ludność Gwinei Bissau zajmuje się rolnictwem i rybołówstwem, a najważniejszym produktem eksportowym są orzeszki nerkowca i orzeszki ziemne. Niestety, rząd podpisał bardzo niekorzystne umowy z Rosją i Chinami na połowy ryb, w związku z tym ryb jest coraz mniej dla miejscowych rybaków. Podpisano też niekorzystną umowę na dostawę orzeszków nerkowca z Portugalią i państwo to ma pierwszeństwo na dostawy orzeszków po niezbyt wysokich cenach. Kraj ma lasy mahoniowe, ale dano Chińczykom koncesję na ich wyrąb i można się spodziewać, że wytną oni lasy dla tego cennego drewna.

Nie ma tu emerytur, a zarobki są niskie, np. policjant zarabia ok. 35 USD na miesiąc. Dla ludzi najważniejszy jest system rodzinny i wzajemna pomoc (ważna również w Gambii i Senegalu). Więcej tu szamanów niż lekarzy.

Niewielu turystów dociera do Gwinei Bissau, ale władze stawiają na rozwój turystyki. Hotele należą jednak głównie do cudzoziemców: Francuzów, Portugalczyków i Holendrów.

W Gwinei Bissau działają kartele narkotykowe przemycające narkotyki z Ameryki Południowej. Temu procederowi sprzyja bieda i powszechna korupcja.

Stolicą Gwinei Bissau jest Bissau. Prawie niczego nie wolno tam fotografować, bo to tajemnica, ale Rondo Che Guevary można.

W restauracji przy Rondzie Che Guevary można zjeść pyszne świeże ryby i owoce morza, m. in. kilkunastocentymetrowe krewetki z grilla.

Jadąc przez Gambię, Senegal i Gwineę Bissau, widzieliśmy dużo kopców termitów. Niektóre kopce były naprawdę wysokie. Wysokość kopca odpowiada jego głębokości.

Archipelag Bijagos jest jedną z największych atrakcji Afryki Zachodniej. Składa się z 88 wysp na Oceanie Atlantyckim, z czego 23 jest zamieszkałych. Wyspy są przepiękne, przyroda dzika, zatoczki bajeczne. Na zdjęciu zatoczka na wyspie Rubane.

Widok na zatoczkę od strony wyspy.

Na wyspie odbywały się występy miejscowych tancerzy. Po występach jeden z nich, młody chłopak, podszedł do mnie, przedstawił się oraz wtuloną w niego dziewczynę. Powiedział, że podobają mu się moje kolczyki (mam takie małe sztyfciki z białego złota) i poprosił, żebym dała je jego dziewczynie.

– Ale to jest złoto – odpowiedziałam.

A on mi na to, że nie szkodzi.

Tak mnie zaskoczył, że nie wiedziałam, co powiedzieć. Chyba powinnam wytłumaczyć, ile czasu musiałam pracować, żeby te kolczyki kupić. Jak inaczej mógłby to zrozumieć chłopak z bardzo biednej afrykańskiej wioski?

Na sąsiedniej wyspie Bubaque jest nawet lotnisko. Z 4-osobowego samolociku można obejrzeć wyspy Bijagos z lotu ptaka. Pas startowy to droga gruntowa, gdzie przechodzą ludzie, dzieci i krowy.

Na koniec polski akcent w Bissau. Piłka nożna jest w Gwinei Bissau bardzo popularna, zwłaszcza od kiedy drużyna tego kraju zakwalifikowała się do rozgrywek Pucharu Narodów Afryki.

Wpis z 15.01.2017 r.