Puri (kuchnia indyjska)

 

Nareszcie chwilę odetchnęłam nad moim ulubionym Oceanem Indyjskim i przywiozłam przepis na puri – takie indyjskie chlebki-dmuchawce, które mnie zachwyciły. Najczęściej są one przygotowywane z mąki pszennej pełnoziarnistej i takie zrobiłam, ale możliwy jest dodatek białej mąki. Zaletą tych chlebków jest to, iż robi się je dość szybko bez dodatku drożdży czy zakwasu, a one się nadymają, tworząc w środku „kieszonkę”. Podaje się je np. do curry.

 

Chlebki puri

 

2 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej

1 łyżka semoliny

1/2 łyżeczki cukru

1/2 łyżeczki soli

ok. 3/4 szklanki wody

olej do smażenia

 

Wymieszać w misce mąkę, semolinę, cukier oraz sól. Następnie stopniowo dodawać wodę, wyrabiając ciasto, aż stanie się dość twarde, ale elastyczne.

Ciasto odstawić, by odpoczęło ok. 15 minut, a następnie uformować wałek, który kroimy na 10 kawałków. Z każdego kawałka uformować kulkę rękami zwilżonymi olejem. Wszystkie kulki umieścić w misce.

W garnuszku z grubszym dnem na średnim ogniu rozgrzać olej (olej nie może być zbyt gorący, bo nam się chlebki nie rozedmą). Brać każdą kulkę pojedynczo, rozwałkowywać na blacie placki o średnicy ok. 10 cm i pojedynczo smażyć na głębokim tłuszczu do lekkiego zrumienienia, cały czas polewając łyżką olejem z tego garnuszka. Chlebki powinny ładnie się rozdąć.

Chlebki wykładać na talerz wyłożony ręcznikiem papierowym, by je trochę osuszyć z oleju.

Można podawać z curry, ja proponuję dahl z tego przepisu:

Dahl z czerwonej soczewicy

 

 

 

 

 

Blanc manger

 

Ten deser polubiłam od pierwszego wejrzenia. Lubię odkrywanie starych, świetnych przepisów, o których świat zapomniał, a teraz sobie o nich czasem przypomina. O blanc manger, zwanym też blamasem lub blamanżem, pisała u nas przed ponad stu laty Lucyna Ćwierciakiewicz (i nie tylko ona), jadali  go nasi przodkowie. Ten deser migdałowy (chociaż blamanż robiono również z innych składników) pochodzi z Francji i oznacza białe jedzenie.

Ten pyszny deser robiłam kilka razy i na pewno nie raz jeszcze zrobię. Robiłam go z migdałów obranych i z nie obranych, robiłam z samym mleczkiem migdałowym, ale uznaliśmy, że nam bardziej smakuje z dodatkiem migdałów.

 

Blanc manger

 

300 g słodkich migdałów

5 gorzkich migdałów (niekoniecznie)

250 ml tłustego mleka

1 łyżka żelatyny

120 g cukru (ja zastąpiłam ksylitolem)

350 g śmietanki kremówki

 

Migdały uprażyć lekko w piekarniku, żeby zdjąć skórki (mieszać, by się nie przypaliły), a następnie zmiksować w blenderze, aby uzyskać mączkę przypominającą bułkę tartą. Zalać gorącym mlekiem i odstawić godzinę, następnie odcisnąć przez bawełnianą ściereczkę lub przez sitko wyłożone gazą.

Żelatynę zalać 1/3 szklanki wrzątku, wymieszać i odstawić do ostygnięcia.

Śmietankę ubić.

Mleko migdałowe podgrzać z cukrem i wymieszać. Dodać rozpuszczoną żelatynę i dobrze wymieszać, a gdy przestygnie – dodać ubitą śmietankę, wymieszać.

Rozlać do foremek i wstawić na kilka godzin do lodówki. Ćwierciakiewiczowa radzi, by foremki były wysmarowane lekko oliwą, ale żeby wyjąć deser, wystarczy zanurzyć foremki w ciepłej wodzie.

Można podawać z dodatkiem soku owocowego.

 

 

 

 

 

 

 

 

Pizza z boczkiem i kurkami z sosem śmietanowym

 

Znaleźliśmy ostatnio trochę kurek w lesie i zdecydowałam się zrobić pizzę z tymi kurkami.

Z pizzą kojarzy mi się śmieszna sytuacja z pracy. Kiedyś byłyśmy głodne i postanowiłyśmy z koleżankami zamówić sobie pizzę. Jednej koleżance podobał się nasz kolega i poświęcała mu więcej uwagi. Pytałyśmy go, czy też ma ochotę na pizzę, ale odmówił, bo nie lubił pizzy i cały był zajęty pracą. Jednak, gdy już przywieźli pizzę, ta koleżanka zaczęła go namawiać:

– Może zjesz kawałek?

On cały czas wpatrywał się w monitor i był zajęty pracą, więc grzecznie odpowiedział:

– Nie, dziękuję.

Ona nie odpuszczała:

– Ale ja ci ukroję kawałek.

– Nie, dziękuję – odpowiedział pisząc i wpatrując się w monitor.

– Ale taki mały kawałek.

– Nie, dziękuję, nie lubię pizzy.

Tu już się mocno zdenerwowała i z pretensją do niego:

-To czego d… zawracasz!

Do dzisiaj się z tego śmiejemy, gdy nam się ta scenka przypomni.

 

Pizza z boczkiem, kurkami i sosem śmietanowym

 

Ciasto na 2 duże pizze:

25 g drożdży

1 łyżeczka cukru

2 łyżki oliwy

400 g mąki + mąka do podsypywania

230-240 g ciepłej wody

3 łyżeczki soli

 

Sos:

3 łyżki śmietany 18%

130 ml śmietany kremówki 30%

3 łyżeczki mąki pszennej

25 ml wody

2 łyżeczki ziół do pizzy, np. takie:

Zioła do pizzy

sól, pieprz

 

Na wierzch:

250 g sera mozarella (lub 2 większe kulki)

150 g kurek

160 g boczku

 

Drożdże rozpuścić w ciepłej wodzie z 1 łyżeczką cukru i zaczekać 10 minut, aż zaczną pracować. Wówczas dodać mąkę, 2 łyżki oliwy i sól. Ciasto powinno być miękkie i dobrze wyrobione tak, by odstawało od ręki. Wtedy trzeba je włożyć do miski, a miskę przykryć ściereczką i pozostawić w ciepłym miejscu na ok. 40 minut do 1 godziny, aby ciasto wyrosło.

Gdy ciasto na pizzę rośnie, przygotować sos. Obydwie śmietany zagotować w garnuszku, dodać mąkę rozrobioną z wodą, chwilę pogotować, mieszając, aż sos trochę zgęstnieje. Pod koniec gotowania dodać zioła, sól i pieprz. Wymieszać i odstawić, żeby sos ostygł.

Wyrośnięte ciasto podzielić na pół. Każdą połowę jeszcze raz wyrobić, zrobić kulkę i rozwałkować cienko na blacie posypanym mąką. Placki położyć na blachach wyłożonych papierem do pieczenia (ja tym razem eksperymentowałam na okrągłych blachach do pizzy), zagiąć brzegi i dać im ok. 10 minut, aby odpoczęły i podrosły.

Rozwałkowane placki posmarować sosem śmietanowym, na sosie położyć plasterki sera mozzarella, a na nich pokrojony boczek oraz umyte i pokrojone kurki.

Pizzę należy piec w odpowiedni sposób, żeby spód się za bardzo nie spiekał. Można używać kamienia do pieczenia, ale ja nie mam kamienia, więc używam dwóch blach złożonych razem. Pizzę wkładam do piekarnika nagrzanego do temp. 225º C i piekę ok.12-15 minut.

 

 

 

 

 

 

 

Bakłażan pod serem halloumi

 

Dostałam dzisiaj na WhatsAppa świetny tekst: „Sądząc po pogodzie Bóg nie może się zdecydować, co zrobić z ludzkością: utopić czy usmażyć”. Śmieszne, chociaż ja jestem szczęśliwa, bo lubię upały. Co prawda, wolę je poza miastem, ale trudno.

Bardzo spodobał mi się przepis Ewy Wachowicz na letni obiad. Leciutko przepis zmodyfikowałam i wyszło przepysznie.

 

Bakłażan pod serem halloumi

 

1 duży bakłażan

sól

1 cebula

1 ząbek czosnku

1 łyżka oliwy

3 średnie pomidory

1 łyżeczka suszonej bazylii lub 2 łyżeczki świeżej + trochę do dekoracji

1 łyżeczka suszonego oregano lub 2 łyżeczki świeżego

ser halloumi

 

Piekarnik rozgrzać do temp. 180 st. C. W tym czasie bakłażana pokroić w krążki o grubości ok. 1 cm. Posolić z obu stron i odstawić. Gdy pojawi się na plastrach „rosa”, osuszyć ręcznikiem papierowym i przełożyć na blachę piekarnika wyłożoną papierem do pieczenia. Piec do lekkiego zrumienienia.

Przygotować sos. Na gorącej oliwie podsmażyć lekko, mieszając, cebulę pokrojoną w kostkę.  Dodać przeciśnięty przez praskę czosnek. Dodać pomidory sparzone, obrane ze skórki i pokrojone w większą kostkę. Trochę posolić i dusić razem tak długo, aż sos zgęstnieje, mieszając od czasu do czasu. Pod koniec duszenia dodać posiekane zioła.

Tortownicę albo inne płaskie naczynie wyłożyć papierem do pieczenia. Rozłożyć podpieczone plastry bakłażana, na nie sos i przykryć plastrami (ok. 1/2 cm) sera halloumi. Zapiekać w piekarniku z włączoną funkcją grillowania (ja piekłam ok. 15 minut w temp. 200 st. C).

 

 

 

 

 

 

 

Domowa maggi

Mieliśmy remont kuchni, więc nie mogłam zbyt intensywnie gotować.  Tymczasem w skrzynce na balkonie urósł bujnie lubczyk. Lubię lubczyk, bo nadaje przyjemny smak zupom, np. ziemniaczanej czy rosołowi, ale też pomidorowej, selerowej, jarzynowej itd. Lubczyk można dodawać do sosów do mięs, do sałaty i innych warzyw, a nawet do jajecznicy lub omletów.

Według „Ziołolecznictwa” dr A. Ożarowskiego lubczyk nie zwiększa popędu płciowego, więc nie można go stosować jako afrodyzjak, ale jest dobry dla zdrowia, gdyż wykazuje działanie:

  • moczopędne w nieznacznym stopniu, ale za to następuje przy tym wzmożenie wydalania chlorków i mocznika,
  • lekko pobudzające wydzielanie soku żołądkowego (czyli wspomaga trawienie) i jest wiatropędny,
  • w medycynie ludowej lubczyk stosowano jako środek wykrztuśny oraz pobudzający krwawienie miesiączkowe.

Ponadto wywar z lubczyku zapobiega wypadaniu włosów i wspomaga ich wzrost.

 

Maggi

1 pęczek lubczyku, jeśli mamy z korzeniem, to nawet lepiej, bo głównym składnikiem maggi jest właśnie korzeń

1 mała cebula lub 1/2 większej

oliwa

sól, pieprz

2 łyżeczki zmielonych nasion kozieradki

 

Cebulę posiekać i podsmażyć lekko na oliwie. Na ostatnie 5 minut smażenia dodać oczyszczony i drobno posiekany korzeń lubczyku.

Listki lubczyku oberwać i zblendować z oliwą wraz z miękkimi częściami łodyżek, ostudzoną cebulą z korzeniem i przyprawami. Włożyć po trochu do niewielkich słoiczków. Kilka dni mogą stać w lodówce, ale jeśli mają stać dłużej, to lepiej zamrozić.

 

 

 

Pierogi bolognese z pieczarkami

Pogoda w tym roku jest naprawdę okropna. Cały tydzień, gdy człowiek musi pracować, jest pięknie, gorąco, słonecznie, a przychodzi weekend – robi się chłodno i deszczowo. Zamiast uprawiać działking, trzeba sobie znaleźć jakieś zajęcia świetlicowe. Tyle sobie zaplanowałam zrobić w ogrodzie, a także pójść do lasu i poszukać czarnego bzu albo akacji i nic z tego!

To chociaż jest czas, żeby napisać coś na blogu 🙂

Przyjęły się u nas w domu pierogi bolognese. Powstały kiedyś przypadkiem, gdy przygotowałam mięso do sosu bolognese i okazało się, że nie mam makaronu. Przygotowałam wtedy ciasto i ulepiłam pierogi, które nazwałam pierogami bolognese. Bardzo smakowały, więc do nich wracam.

 

Pierogi bolognese z pieczarkami

 

300 g wołowiny mielonej (gdy nie mam wołowiny, używam indyczego mięsa na gulasz)

100 g pieczarek

1 mała cebula lub 1/2 większej

ok. 40 g selera

ok. 20 g sera żółtego startego na tarce

1/2 szklanki sosu pomidorowego, np. z tego przepisu:

Sos pomidorowy

ok. 1 szklanki wody lub rosołu (dolewać po trochu, w miarę potrzeby)

sól, pieprz

oregano, tymianek, bazylia

oliwa

ok. 330 g mąki + ok. 1/3 szkl. wody do zrobienia ciasta na pierogi

trochę startego parmezanu do posypania pierogów

 

Na dużej patelni rozgrzać oliwę. Wrzucić cebulę pokrojoną w kostkę i podsmażać ok. 3 minut, mieszając. Dodać mielone mięso i podsmażać ok. 15 minut, mieszając. Dodać kawałek selera startego w łezkę i podsmażać z mięsem ok. 5 minut. Wszystko zalać gorącą wodą lub rosołem, przykryć pokrywką i dusić na malutkim ogniu ok. 1,5 godziny (indykowi wystarczy godzina). Od czasu do czasu dolać wody lub rosołu (w miarę potrzeby) i wymieszać. Pod koniec duszenia dodać sos pomidorowy, posiekane świeże lub suszone zioła oraz sól i pieprz.

Pieczarki pokroić na niewielkie plasterki i krótko podsmażyć. Ostudzić.

Do ostudzonego mięsa dodać pieczarki oraz starty żółty ser i wymieszać.

Do mąki dodawać wodę (ja dodaję zimnej) i zagnieść mięciutkie ciasto (po wyrobieniu powinno odpocząć ok. 15 minut). Potem robię kulki, wygniatam palcami kółka, wkładam nadzienie i zaklejam. Można, oczywiście, wycinać kółka z rozwałkowanego ciasta.

Pierogi wrzucać partiami do osolonego wrzątku z dodatkiem łyżki oleju, a po ugotowaniu od razu posypać startym parmezanem.

 

 

 

 

 

 

 

 

Boczek pieczony

W niedzielne poranki często piekę boczek na śniadanie. Kiedyś długie lata byłam wegetarianką, ale mi się odmieniło. Nie to, żebym często jadła coś mięsnego, ale czasem jadam. Widocznie organizm potrzebuje.

Pogoda w tym roku bardzo zmienną jest, więc nie mogliśmy zbyt dużo zrobić na działce i zarosło. Słoneczne dni bywały raczej w tygodniu, gdy trzeba było być w pracy, a w weekendy to raczej zimno i deszczowo. Dzisiaj nareszcie skosiliśmy, obcięliśmy żywopłot i ogarnęliśmy całość. Oczywiście odrośnie. Niekończąca się historia. Trochę jak z grą w tetrisa: można wejść na wysoki poziom, ale gra nie ma końca.

Najpierw było śniadanie w ogrodzie: boczek pieczony i jajecznica. Pyszne. Taki boczek pierwszy raz jadłam kiedyś w hotelu w Wieliczce i bardzo mi smakował. Zaczęłam więc robić go w domu. Pracy przy nim niewiele, a efekt wspaniały.

Plastry boczku parzonego trzeba położyć na blasze piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia i włączyć temperaturę 130 st. C, żeby tłuszczyk powoli się wytapiał (ok. 30 minut). Na koniec zwiększyć temperaturę do 160 st. C i dopiekać plastry ok. 10-15 minut, aż zrobią się sztywne. I schrupać do jajecznicy albo chleba.

 

 

 

Ciasto mleczna kanapka

 

W okresie kwietniowo-majowym jest u mnie tradycyjnie więcej ciast, bo są okazje. To ciasto ze styl.pl spodobało mi się od razu i zrobiłam je. Jednak zamiast margaryny użyłam masła. Ciasto nie rozczarowało mnie i okazało się tak smaczne, jak sobie wyobrażałam. Dominujący jest smak mleka w proszku i czekolady.

 

Ciasto mleczna kanapka

 

Składniki ciasta:

3 jajka

100 g cukru

1 łyżeczka soku z cytryny

2 łyżki oleju

15 g kakao

50 g mąki pszennej

1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

 

Składniki kremu:

125 g masła

1/4 szklanki mleka

1/4 szklanki cukru

120 g mleka w proszku

100 g serka śmietankowego

 

Składniki polewy:

100 g czekolady mlecznej

10 g masła

2 łyżki mleka

 

Białka ubić na sztywną pianę. Ciągle ubijając, dodawać do piany stopniowo cukier, potem żółtka, następnie sok z cytryny i olej. Przesiać mąkę z proszkiem do pieczenia i kakao, połączyć z masą jajeczną.

Ciasto wylać na dno wyłożonej pergaminem formy (20 x 20 cm). Piec 30 minut w temp. 180 st. C. Wyjąć z formy, odwrócić do góry dnem.

Mleko zagotować z cukrem. Wystudzić. Miękkie masło utrzeć na krem. Ucierając, wlewać cienkim strumieniem mleko z cukrem. Małymi porcjami dodawać mleko w proszku i serek. Cały czas ucierać.

Wystudzone ciasto przekroić wzdłuż i przełożyć kremem.

Czekoladę, mleko i masło roztopić w kąpieli wodnej. Otrzymaną masą polać wierzch ciasta, szybko rozprowadzić i odstawić do zastygnięcia.

 

 

 

 

 

Przyprawa do barbecue

 

Zrobiło się tak pięknie, że nic tylko w plener! Wzięłam grill elektryczny i kurczaka posypanego przyprawą do barbecue. Pierwszy raz zrobiłam mięso z nową przyprawą i byłam ciekawa, czy będzie smakowało, a ponieważ smakowało, więc podaję przepis.

 

Przyprawa do barbecue

 

2 łyżeczki słodkiej papryki mielonej

1/2 łyżeczki czosnku w proszku

1/2 łyżeczki cebuli w proszku

1/2 łyżeczki mielonego ziela angielskiego

1/2 łyżeczki mielonego pieprzu czarnego

1/2 łyżeczki mielonego kminku

1 drobno pokruszony liść laurowy

1/2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej

1 łyżeczka pokruszonych listków suszonego tymianku

1 łyżeczka soli

 

 

 

Kladdkaka

Wygląda na to, że walka z globalnym ociepleniem została wygrana. Hura 🙁

Z powodu przejmującego chłodu i deszczu w czasie majówki, zrobiłam takie szwedzkie brownie, czyli ciasto kladdkaka. Patrzyłam na różne przepisy na to ciasto od jakiegoś czasu, planowałam zrobić i w długi, majowy weekend przystąpiłam do dzieła, żeby osłodzić te okropnie zimne dni.

Ciasto jest przepyszne, a robi się je bardzo szybko. Powinno być upieczone w okrągłej formie i krojone na trójkąty, jak inne okrągłe ciasta, jednak wygodniej mi się zrobiło w foremce kwadratowej, jak brownie – 20 x 20 cm.

Ciasto jest najsmaczniejsze na drugi-trzeci dzień, jak się „przegryzie”.

 

Kladdkaka

 

2 jajka

120 g mąki pszennej

180 g cukru (można użyć więcej, ale my wolimy mniej)

130 g masła

50 g kakao

1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

szczypta soli

 

W garnku rozpuścić masło i zdjąć z ognia. Po 2 minutach dodać cukier oraz ekstrakt waniliowy i zmiksować, aby cukier się rozpuścił. Dodać jajka, mąkę, kakao, szczyptę soli i zmiksować.

Piekarnik rozgrzać do temperatury 180 st. C. Okrągłą formę wyłożyć papierem do pieczenia, przelać ciasto, wyrównać i włożyć do piekarnika. Piec ok. 20-25 minut. Chodzi o to, by ciasto było zapieczone na zewnątrz, a mokre w środku. Ostudzić. Można posypać cukrem pudrem.

 

 

 

 

Ser prawie kaukaski

 

Mam dostęp do normalnego mleka krowiego, więc wypróbowałam przepisy na ser z dodatkiem jajek i śmietany. Serek jest bardzo śmietankowy, delikatny i pyszny. Dodatek jajek powoduje, że ser ma zwartą konsystencję i można go kroić nawet na cienkie plastry.

 

Ser prawie kaukaski

2 l tłustego mleka

330 g śmietany 18%

3 jajka

2 łyżeczki soli

ewentualnie ulubione zioła lub przyprawy, żeby dodać pod koniec gotowania (ja dodałam garść nasion czarnuszki)

 

Mleko wlać do dużego garnka z grubym dnem (wypłukanego wodą) i zagotować. Dodać śmietanę zmiksowaną z jajkami i solą. Gotować na malutkim ogniu ok. 1/2 godziny, od czasu do czasu mieszając drewnianą łyżką. Gdy wytrąci się serwatka, zdjąć z ognia i wylać zawartość na sito wyłożone podwójnie złożoną gazą (ja skorzystałam z chusty serowarskiej) . Gdy serwatka odcieknie, owinąć ser ściśle gazą, przykryć talerzykiem i obciążyć, np. kamieniem. Zostawić na kilka godzin, żeby ser dobrze odciekł (można zostawić nawet na całą noc).

Przechowywać w lodówce pod przykryciem.

Serwatkę (po przecedzeniu) można użyć do zupy czy do zrobienia chleba. Mam też pomysł, żeby zrobić z serwatki solankę i przechowywać w niej ser – powstanie coś w rodzaju sera feta do sałatek.

 

 

 

 

Babka serowa z pistacjową posypką

Zastanawiałam się nad babką na Święta i wpadł mi w oko ten przepis z mniam-mniam. Babka jest delikatna i pyszna. Polecam.

 

Babka serowa

 

5 jajek

1 szklanka cukru

1 szklanka mąki pszennej

1/2 szklanki mąki ziemniaczanej

20 dag miękkiego masła

1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

2 łyżeczki cukru waniliowego

200 g twarożku kremowego

 

Miękkie masło zmiksować, stopniowo dodając cukier i cukier waniliowy, aż powstanie puszysty krem i dodać serek. Dalej miksując na najwyższych obrotach dodawać po 1 jajku. Następnie dosypać przesiane mąki z proszkiem do pieczenia i mieszać łyżką – nie za długo, tylko do połączenia się składników.

Ciasto przełożyć do posmarowanej masłem i posypanej, np. kaszą manną lub bułką tartą foremki. Piec ok. 45-55 minut w temp. 160 st. C do suchego patyczka.

 

 

 

Mazurek orzechowy bez mąki

Wiosna idzie, ale z oporami. Zbliżają się Święta i  spieszę ze świątecznym przepisem. Tego mazurka  stworzyłam w ubiegłym roku, ale czasem robiłam go później na deser, bo bardzo nam smakował, a nie jest specjalnie pracochłonny. Lekko ciągnący, delikatny i pełen orzechów. Trzeba tylko masło i jajka wyjąć z lodówki wcześniej, żeby się ogrzały.

 

Mazurek orzechowy

 

80 g  miękkiego masła

50 g orzechów włoskich zmielonych

50 g orzechów włoskich posiekanych

110 g cukru

1 łyżka kakao

2 białka

1 żółtko

 

Polewa:

20 g masła

3 łyżki cukru

1 łyżka kakao

1 żółtko

 

Masło zmiksować z żółtkiem, kakao i cukrem. Następnie wymieszać łyżką z orzechami, a na koniec dodać 2 białka ubite na sztywno i delikatnie wymieszać.

Włożyć do tortownicy o średnicy 24 cm, wyłożonej papierem do pieczenia (musi być papier, bo inaczej się przyklei) i wyrównać.

Piec ok. 30-35 min w piekarniku nagrzanym do temp. 175 st. C.

 

Przygotować polewę: masło rozpuścić w rondelku na średnim ogniu, dodać kakao i cukier. Mieszać wszystko razem ok. 5 minut. Rondelek zdjąć z ognia, dodać żółtko i mieszać wszystko przez kilka minut, a następnie rozprowadzić na zimnym mazurku.

 

 

 

Tureckie klopsiki sułtana Ahmeta

Kilka razy robiłam już te klopsiki z przepisu Mniam Mniam i pomyślałam sobie, że pora umieścić przepis na blogu. Klopsiki nie tylko są bardzo smaczne, ale też nie wymagają zbyt dużo pracy, a ich dodatkowym wielkim plusem jest to, że bardzo szybko się je smaży. Tak szybkie przygotowanie dania z wołowiny jest dosyć zaskakujące i godne wypróbowania.

 

Sultanahmet Köftesi

 

250 g mięsa mielonego wołowego

1 jajko

3 ząbki czosnku

1 i 1/2 łyżeczki kuminu

1 łyżeczka soli

1 łyżeczka mielonego pieprzu

2 łyżeczki bazylii

1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

1 łyżka pasty paprykowej lub koncentratu pomidorowego

3 łyżki siekanej natki pietruszki

chili

olej do smażenia

 

Mięso zmiksować w blenderze wraz z dodatkami (musi być zblendowane do kremowej konsystencji, gdyż nie wystarczy mięso mielone). Następnie formować z masy kształty, które lubimy, np. kiełbaski, kulki, placuszki.

Klopsiki smażyć na rozgrzanym oleju, aby nabrały złotego koloru (smażą się bardzo szybko). Ja ostatnio piekłam je w piekarniku i też były pyszne.

 

 

 

 

Zimowa sałatka z kapustą kiszoną

 

Może ta sałatka nie mogłaby zostać miss sałatek, ale jest bardzo smaczna. To ostatnio nasza ulubiona sałatka, która pasuje do kotletów mięsnych i warzywnych. Jest ostrzejsza w smaku, a powstała z potrzeby chwili, gdy potrzebowałam jakiejś sałatkowej odmiany do obiadu. Może nawet stanowić samodzielne wegetariańskie danie.

 

Sałatka z ziemniaków, kapusty kiszonej i pora

 

230 g ziemniaków

100 g kapusty kiszonej

7-8 cm cienkiego pora

2 łyżki majonezu

1 łyżka oleju lnianego

sól, pieprz

 

Ziemniaki ugotować w mundurkach, ostudzić i pokroić w kosteczkę. Kapustę odcisnąć i posiekać drobniej. Pora pokroić w półplasterki. Wszystkie składniki wymieszać w misce z majonezem, olejem lnianym, solą i pieprzem.

 

 

 

Pieczone placki ziemniaczane

 

Dzisiaj Walentynki i stwierdziłam, że zrobię ziemniaki do obiadu inaczej, bardziej atrakcyjnie. Trochę podobnie do szwajcarskich rosti. Muszę powiedzieć, że bardzo smakowały.

 

Placki ziemniaczane (ok. 10 szt.)

 

500 g ziemniaków

1 średnia cebula

30 g sera żółtego (u mnie Królewski i Dziugas)

30 salami, ale można również pokrojoną w kostkę i podsmażoną paprykę

1 jajko

sól, pieprz, gałka muszkatołowa

 

Ziemniaki wrzucić do wrzątku i gotować w mundurkach ok. 20-25 minut. Odcedzić, obrać i zetrzeć na tarce o dużych oczkach.

Ser żółty zetrzeć na tarce o małych oczkach.

Salami pokroić na niewielkie kwadraty.

Cebulę pokroić w kostkę i usmażyć na kilku łyżkach oleju. Gdy się lekko podsmaży, dodać salami i podsmażać razem przez kilka minut.

W dużym garnku wymieszać starte ziemniaki, ser i cebulę z salami. Doprawić i spróbować – masa powinna być wyrazista w smaku. Dodać jajko i wszystko wymieszać.

Piekarnik nagrzać do temp. 200 st. C. Placki kłaść łyżką na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i piec, aż do lekkiego zrumienienia, przełożyć łopatką na drugą stronę – w sumie ok. 25 minut.

Podawać z surówką, kotletami itp.

 

 

 

Rozetki

Była u nas w domu tajemnicza metalowa foremka na drucie. Mama nigdy jej nie używała, więc myślałam sobie, że to pewnie po babci. Plątało się to to na drucie, a ja szukając czegoś, natykałam się na ten drut, aż kiedyś, w czasie wielkich porządków po remocie, wyrzuciłam to bezużyteczne coś. Po kilku latach obejrzałam któryś odcinek „Boso przez świat”. W tym odcinku Wojciech Cejrowski pokazał faceta smażącego na ulicy południowoamerykańskiego miasta dziwne ciasteczka za pomocą… mojej wyrzuconej foremki. Zanurzał ją w cieście, wkładał do tłuszczu, a dzieci w zachwycie kupowały te szybkie ciasteczka. Oświeciło mnie i zrobiło mi się szkoda wyrzuconej foremki. Przy okazji kupiłam sobie foremkę na drucie. W zestawie były nawet 3 foremki – na bogato. Zrobiłam raz ciasteczka, ucieszyłam się, że wiem i mogę, włożyłam do szuflady i zapomniałam, aż na blogu mniam-mniam.com.pl zobaczyłam przepis na rozetki. Znowu się ucieszyłam, bo zdążyłam już zgubić karteczkę z przepisem, która była przy foremkach. I proszę, oto przepis i ile radości! Jeśli ktoś ma foremkę na drucie, to może znowu sobie o niej przypomni.

 

Rozetki

 

1 szklanka mąki

1 jajko

szczypta soli

1 łyżeczka cukru waniliowego

3/4 szklanki wody

1 i 1/2 łyżki śmietany

tłuszcz do smażenia

cukier puder do posypania

 

Wszystkie składniki zmiksować. W rondelku rozgrzać tłuszcz.

Foremkę wkładać na chwilę do gorącego tłuszczu, gorącą osączyć i zanurzać w cieście na około 5 sekund, ale tylko do górnej krawędzi, gdyż inaczej trudno będzie zdjąć ciastko. Foremkę z ciastem zanurzać w tłuszczu i lekkim ruchem unosić – ciastko powinno spaść, a gdyby nie chciało, trzeba mu pomóc widelcem lub patyczkiem do szaszłyków. Smażyć dosyć krótko na średnim ogniu – chodzi o to, by ciasto nie było surowe. Zbyt długo smażone ciasteczka stają się twarde.

Gotowe ciasteczka wykładać na ręcznik papierowy, by osączyć z tłuszczu. Posypywać cukrem pudrem.

 

 

 

Pasztet drobiowy ze śliwką

 

To jeszcze reminiscencje ze Świąt, bo zrobiłam wtedy pasztet z przepisu Apetycznie-Klasycznie. Pasztet zniknął najszybciej ze wszystkich potraw, a MDK tak się rozsmakował, że się upomina o następny i dzisiaj będę go robiła po raz trzeci. W dodatku ten pasztet dosyć szybko się przygotowuje (jak na pasztet, oczywiście). Czy trzeba lepszej reklamy? Spieszę z przepisem.

 

Pasztet drobiowy ze śliwkami

 

500 g filetu z piersi kurczaka

300 g wątróbki drobiowej

1 duża cebula

100 g masła (ja użyłam 50 g masła i 50 g oleju)

1/4 szklanki półsłodkiego wina

1 łyżka koniaku, brandy lub porto

6 łyżek bułki tartej

1 jajko

1 łyżeczka tymianku

1 łyżeczka rozmarynu

1/2 łyżeczki majeranku

1/2 łyżeczki kminu rzymskiego

sól i pieprz (ja dodałam jeszcze troszkę proszku z suszonych grzybów)

8-10 suszonych śliwek

2-3 łyżki płatków migdałów

 

Cebulę obrać i pokroić w drobną kostkę. Piersi kurczaka pokroić w małą kostkę, podobnie pokroić wątróbkę. Na dużej patelni rozpuścić masło, wrzucić cebulę i podsmażać na małym ogniu, żeby się zeszkliła. Dodać kurczaka, chwilę smażyć, posypać tymiankiem, rozmarynem, majerankiem, kminem i smażyć, mieszając, przez około 5 minut (bez rumienienia). Następnie dołożyć wątróbkę, dolać wino, koniak i smażyć na małym ogniu przez kolejne 5 minut. Zdjąć z ognia, poczekać, aż całość wystygnie i zmiksować na gładką masę w malakserze lub blenderze kieliczowym, doprawić solą i pieprzem, dodać jajko, bułkę tartą i zmiksować ponownie.

Piekarnik rozgrzać do temperatury 160 st. C. Małą formę keksową (moja ma 29 x 10 cm) posmarować masłem i wysypać tartą bułką (w foremce silikonowej nie ma takiej potrzeby).

Połowę masy przełożyć do formy, na środku przez całą długość ułożyć śliwki jedna za drugą, przełożyć resztę masy, wyrównać powierzchnię, posypać płatkami migdałów, włożyć do piekarnika i piec przez około 40-50 minut. Wyjąć z piekarnika, poczekać, aż pasztet całkowicie ostygnie, dopiero wtedy wyjąć z formy. Przechowywać w lodówce.

 

 

 

 

 

Trąbki z bitą śmietaną

 

Za oknem jesień i leje deszcz, ale zbliża się straszna BESTIA ZE WSCHODU, czyli mróz zimą. Może ktoś nie pamięta, ale zimą zawsze jest trochę mrozu. Bywa większy lub mniejszy, a nawet pada śnieg, ale lubią nas straszyć, więc straszą. Trzeba to przetrwać.

Dzisiaj Trzech Króli, byliśmy w domu, więc wypróbowałam przepis ze starej książki Jana Czernikowskiego „Ciasta, ciastka, ciasteczka”. Mało precyzyjny, to sobie doprecyzowałam i wyszło pysznie.

 

Trąbki 

 

200 g mąki

150 g cukru pudru (wg przepisu 200 g, ale wzięłam mniej)

2 jajka

1 szklanka mleka

1 paczka cukru waniliowego

50 g posiekanych migdałów do posypania (ja użyłam 20 g startej na tarce gorzkiej czekolady)

1 szklanka śmietanki 30 lub 36%

 

Jajka zmiksować z cukrem pudrem, dodać mąkę, mleko i znowu zmiksować.

Piekarnik nagrzać do 200 st. C. Ciasto wylewać łyżką na blachę wyłożoną papierem do pieczenia  i szybko rozprowadzać, by uzyskać cienkie placuszki o średnicy ok. 10 cm (mnie wychodziło 5 placuszków). Piec ok. 5 minut, aż się troszkę zrumienią na brzegach. Każdy placuszek od razu po zdjęciu z blachy zwijać w trąbkę (np. na trzonku drewnianej łyżki) i odkładać do ostygnięcia.

Śmietankę ubić, dodać cukier waniliowy, nakładać do trąbek szprycką lub łyżeczką i posypywać migdałami lub czekoladą.

Trąbki najlepsze są świeże i miękkie. Jeśli mają zostać na następny dzień, to lepiej trzymać je pod folią, bo twardnieją jak wszystkie placuszki.

 

 

 

Tartaletki

 

Idzie Nowy Rok i co przyniesie? Zawsze mamy nadzieję, że będzie lepszy niż poprzednie lata, a przynajmniej, że chociaż koronawirus nas opuści. Z tą nadzieją przywitajmy Nowy Rok, choćby w domu, ale jakoś specjalnie i ciepło.

Wytrawne tartaletki świetnie nadają się na wszelkie przyjęcia, nawet do szampana.

Szczęśliwego 2021 Roku 🙂

 

Tartaletki (9 sztuk)

 

Ciasto:

1/3 szklanki oleju

2/3 szklanki mleka

2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

2 szklanki mąki + troszkę mąki do podsypania

szczypta soli

 

Farsz:

250 g kiełbasy

1 duży pomidor

140 g kukurydzy

120 g topiącego się sera żółtego

 

Kiełbasę i pomidora pokroić w kosteczkę i wymieszać z kukurydzą.

Zagnieść razem składniki ciasta, uformować kulę i odstawić w zakrytej misce na 1/2 godziny do lodówki. Następnie rozwałkować ciasto na blacie pokrytym lekko mąką na placek o grubości ok. 1 cm. Foremki do tartaletek wysmarowane masłem i wysypane bułką tartą przykryć płatem ciasta i odcisnąć brzegi, by każdą foremkę wylepić ciastem. Nałożyć farsz, posypać żółtym serem i zapiekać przez 15 minut w piekarniku nagrzanym do temperatury 200 st. C.

 

 

 

 

Piernik z jogurtem

 

Już nadchodzą Święta. U nas w domu pachnie od wczoraj duży, piękny świerk, a ja upiekłam piernik z jogurtem wg przepisu z magazynu „Kuchnia”.

Życzę wszystkim pięknych i zdrowych Świąt.

 

Piernik z jogurtem

 

2 szklanki mąki pszennej

50 g masła

3 jajka

3/4 szklanki cukru

5 łyżek miodu

5 łyżek jogurtu naturalnego

60 g posiekanych orzechów włoskich

50 g posiekanych migdałów

2 łyżki kakao

2 łyżki przyprawy do piernika, np. z tego przepisu:

Przyprawa do piernika

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

szczypta soli

cukier puder do posypania

 

Masło z miodem, cukrem oraz przyprawą do pierników podgrzewać na małym ogniu, mieszając, aż powstanie jednolita masa, a następnie ostudzić.

Kakao, sodę, proszek do pieczenia i sól wymieszać z mąką.

Do masy piernikowej dodawać po 1 żółtku, łyżce mąki oraz jogurtu i ucierać.

Z białek ubić pianę i połączyć delikatnie z masą. Na końcu wsypać orzechy oraz migdały i delikatnie wymieszać.

Formę keksową (moja ma 28 x 8 cm) wyłożyć papierem do pieczenia albo wysmarować masłem i wysypać tartą bułką. Ciasto przełożyć do formy i piec 50 minut w piekarniku nagrzanym do temperatury 180 st. C. Upieczony piernik ostudzić, wyjąć z formy i posypać cukrem pudrem.

 

 

 

Sznycle grzybowe

 

Bardzo nam smakowało to danie z Podkarpacia. Dobry pomysł na urozmaicenie dań z piersi kurczaka. Przepis pochodzi z bloga trzecitalerz.blogspot.com

 

Sznycle grzybowe (4 porcje)

 

2 filety z piersi kurczaka

2 jajka

1 cebula

6 dużych pieczarek

100 g startego żółtego sera

3 łyżki maki ziemniaczanej

olej do smażenia

sól, pieprz

 

Mięso pokroić w drobną kostkę. Pieczarki i cebulę również pokroić w kostkę. Wszystko przełożyć do miski, dodać żółty ser oraz roztrzepane jajka połączone z mąką ziemniaczaną. Doprawić do smaku. Smażyć z obu stron. Podawać z ziemniakami i surówką.

 

 

 

 

 

 

Sos słodko-kwaśny

 

Podobny sos – Sweet & sour – można w sklepie kupić w słoiku, ale domowy lepszy. Wiadomo! Co prawda nie jadłam takiego sosu w Azji, ale podobne już tak. Bo inspiracja pochodzi z stamtąd. Sos można podać do ryżu i do wszelkich mięs. Chętnie podaję ten sos do grillowanego kurczaka. Przepis pochodzi z kotlet.tv.

 

Sos słodko-kwaśny

 

1/2 szklanki soku z ananasów

1/2 szklanki przecieru pomidorowego (ewentualnie keczupu)

1 łyżka octu ryżowego lub jabłkowego

3 łyżki cukru lub miodu

1 łyżka mąki ziemniaczanej

1/3 szklanki wody

1 cebula

1 i 1/2  papryki słodkiej

4 plastry ananasa

ok. 2 łyżek pędów bambusa

1 łyżka oliwy lub oleju

można dodać marchewkę lub kukurydzę

 

Na patelni podgrzać cukier (lub miód), a gdy się rozpuści i zrobi złocisty, wlać sok ananasowy i podgrzać. Dodać przecier pomidorowy, ocet i podgrzewać kilka minut.

Mąkę ziemniaczaną wymieszać z wodą i wlać do sosu. Wymieszać dokładnie i zagotować. Sos powinien zgęstnieć.

Cebulę i paprykę pokroić w kostkę i podsmażyć na oliwie. Dodać ananasa pokrojonego również w kostkę, posiekane pędy bambusa, a można też dodać pokrojoną marchewkę czy kukurydzę.

Gorący sos można włożyć do gorących, wygotowanych słoików, obrócić słoiki i tak wystudzić.

 

 

 

Pasta z grochu

 

Ostatnio nie bardzo miałam czas i nastrój do gotowania. Wirus zaczął dopadać znajomych i to już się zrobiło mało ciekawe.

Myślę sobie o wyjazdach, błękitach mórz, kwiatach i cieple. Gdy jeszcze można było chodzić do restauracji, wybieraliśmy się  czasem do knajpki greckiej „Santorini”. Kiedyś podano nam na przystawkę pastę, której nie rozpoznaliśmy. Była pyszna z chlebkiem pita. Okazało się, że to groch z oliwą. Dlatego dzisiaj chciałam polecić taką pastę. Ugotowany, odcedzony groch trzeba po prostu zmiksować z oliwą i solą (można dodać odrobinę wody). Można posypać, np. majerankiem lub innymi ziołami. Ja posypałam moją ulubioną macierzanką.

Podawać z chlebkiem pita, np. z tego przepisu:

Chlebek pita

 

 

 

 

 

Daimtårta

 

 

 

Kolejny wprost dekadencki tort, pełen wszystkiego, co niezdrowe: cukru i tłuszczu, pachnący czekoladą. Po prostu poezja. Można go kupić w sklepach Ikea, ale można zrobić też w domu. Pozytywne i zdrowe jest w nim to, że nie ma w nim mąki, ale mielone migdały.

Tort trzeba zrobić w przeddzień, bo wtedy kawałki karmelowych batoników nabiorą właściwej konsystencji.

Przepis pochodzi z bloga Mania Pieczenia. Przymierzałam się do zrobienia tego tortu dość długo i nareszcie była okazja. Polecam gorąco.

 

Szwedzki tort Daim

 

Ciasto:

350 g mielonych migdałów (ze skórką)

200 g cukru

6 białek

 

Krem:

200 g śmietany kremówki 36%

100 g cukru

6 żółtek

2 łyżeczki cukru waniliowego

150 g miękkiego masła

 

Dekoracja:

200 g czekolady mlecznej

100 g śmietany kremówki 36%

160 g batoników Daim (w razie braku oryginalnych batoników, na końcu podaję przepis na domowe)

 

Wykonanie ciasta.

Dna dwóch tortownic o średnicy 26 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Piekarnik rozgrzać do temperatury 175 st. C z termoobiegiem.

Białka ubić na sztywno, a następnie po trochu dodawać cukier. Ubijać, aż piana stanie się gęsta i błyszcząca. Delikatnie wmieszać zmielone migdały i rozłożyć masę do dwóch tortownic. Wyrównać. Piec ok. 25-30 minut.

Wyjąć z piekarnika, wystudzić, wyjąć z foremek, nożem okroić brzegi.

 

Wykonanie kremu.

Do rondla wlać żółtka, śmietanę i cukier. Roztrzepać, by składniki się połączyły. Podgrzewać na małym ogniu, aż masa zgęstnieje, nie dopuszczając do zagotowania. Wystudzić całkowicie.

Masło zmiksować, a następnie stopniowo, po łyżce, dodawać zimną masę śmietanową.

 

Wykonanie dekoracji.

Czekoladę połamać na małe kawałki. Śmietanę wlać do rondelka. Podgrzewać, aż będzie gorąca, ale nie wrząca. Zdjąć z palnika. Do gorącej śmietany wrzucić kawałki czekolady. Wymieszać na jednolitą masę.

Batoniki Daim pociąć nożem na małe kawałeczki.

 

Pierwszy blat ciasta położyć na paterze, posmarować połową kremu śmietankowego. Przykryć drugim blatem i posmarować pozostałym kremem.

Ciasto równomiernie posypać połamanymi batonikami Daim. Wierzch i boki tortu posmarować polewą czekoladową. Schłodzić w lodówce najlepiej przez całą noc.

 

Domowe batoniki Daim (ok. 16-18 szt.)

100 g migdałów

100 g masła

230 g cukru

50 g jasnego miodu

½ łyżeczki soli

250 g mlecznej czekolady

Podłużną formę o wymiarach np. 21x 32 cm wyłożyć papierem do pieczenia.

Migdały pokruszyć w blenderze dość drobno, ale tak, by pozostały wyraźne kawałki.

Cukier, masło i miód wrzucić do rondla o grubym dnie. Doprowadzić do wrzenia i gotować na sporym ogniu przez ok. 4 minuty. Co jakiś czas zamieszać, pilnując, by masa nie przywierała do dna rondla. Masa lekko zbrązowieje i zgęstnieje do konsystencji miodu. Zdjąć rondel z palnika, wsypać sól i migdały, wymieszać. Postawić znów na palniku i podgrzewać kolejne 3-4 minuty. Następnie wylać powstałą masę do przygotowanej foremki. Równomiernie rozprowadzić łyżką. Pozostawić do lekkiego przestygnięcia na ok. 3-4 minuty i pokroić na batoniki. Nie wolno czekać zbyt długo, gdyż masa błyskawicznie zastyga!

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Każdy batonik maczać w roztopionej czekoladzie i odkładać na kratkę do zastygnięcia.

 

 

 

 

 

 

 

Tarta ziemniaczana z grzybami

 

Leje deszcz, ale wcale nas to nie martwi, bo to zapowiedź grzybów. Do tej pory było sucho i nie było szans na grzybobranie, ale to się właśnie zmienia. A gdy już nazbieramy grzybów, to proponuję zrobić tartę ziemniaczaną z grzybami według przepisu Gregorhspeed. Oczywiście, mogą być to pieczarki, ale lepsze będą świeże grzyby prosto z lasu.

 

Tarta ziemniaczana z grzybami

 

600 g ziemniaków

2 jajka

3 łyżki mąki

2 cebule

1 ząbek czosnku (pominęłam)

400 g grzybów

100 ml mleka 3,2%

3 łyżki śmietany

natka pietruszki

masło

sól, pieprz

 

Ziemniaki zetrzeć na tarce o dużych oczkach (w łezkę). Cebulę pokroić w piórka, dodać mąkę i jajka, doprawić solą i pieprzem.

Formę do tarty wyłożyć papierem do pieczenia i włożyć masę ziemniaczaną. Wyrównać i zapiekać 15 minut w temperaturze 200 st. C. Wyjąć foremkę z piekarnika, temperaturę zmniejszyć do 180 st. C.

W międzyczasie posiekaną cebulę poddusić na maśle, dodać pokrojone w plasterki grzyby, posiekany czosnek (pominęłam), mleko i dusić na wolnym ogniu przez 10 minut. Dodać śmietanę i wymieszać, doprawić solą i pieprzem, wymieszać z posiekaną natką pietruszki, wyłożyć na podpieczony placek ziemniaczany i zapiekać kolejne 15 minut.

 

 

 

 

 

 

Lody, lody dla ochłody!

 

W czasie upałów najlepszym deserem są lody. Dlatego dzisiaj będzie przepis na lody bananowe.

Przepis pochodzi z bloga ciazowezachcianki.blogspot.com

 

Lody bananowe

 

4 banany

1/2 limonki

1 szklanka śmietanki 36%

1 łyżeczka cukru pudru

wafelki do lodów

 

Banany obrać ze skórki. Pokroić na kilka części i wrzucić do blendera. Dodać sok z limonki, zblendować. Dodać śmietankę i zblendować. Na koniec dodać cukier puder (ja wzięłam 3 łyżeczki) i jeszcze chwilę blendować.

Wlać do maszynki do lodów, a w razie braku – do naczynia z pokrywką i włożyć do zamrażalnika na 4 godziny. Lody wyjąć kilka minut przed podaniem i gdy troszkę zmiękną, nakładać do foremek.

 

 

 

Likier malinowy

 

Maliny cieszą oko samą swoją malinią urodą, a w dodatku pięknie pachną, są pyszne i można z nich zrobić sok, nalewkę i mnóstwo innych rzeczy. Ja zrobiłam w ubiegłym roku likier i zimą był bardzo pomocny na rozgrzewkę.

Likier łatwo zrobić i teraz jest na to najlepsza pora.

 

Likier malinowy

 

2 kg malin

700 g cukru

500 ml spirytusu 95%

500 ml wódki 40%

 

Maliny przebrać, układać w słoju przesypując cukrem. Słój przykryć podwójnie złożoną gazą lub ściereczką umocowaną gumką. Pozostawić w temperaturze pokojowej. Gdy maliny puszczą sok, zalać spirytusem, szczelnie zamknąć i odstawić na tydzień.

Nalew zlać do innego naczynia, a owoce zalać wódką i odstawić na 2-3 tygodnie.

Wódkę zlać znad owoców, owoce odcisnąć. Połączyć nalewy, przefiltrować przez watę na lejku. Rozlać do butelek i odstawić na 6 miesięcy.

 

 

 

 

Sałatka z kapusty z suszonymi pomidorami

 

Lato trochę kapryśne i zmienne, ale na razie gorące. I pełne komarów. Wczoraj w ogrodzie prawie nas zjadły. Gdy jest upał, to nie bardzo nas ciągnie do gotowania. Ja zrobiłam sałatkę z kapusty z warzywami. Jest pikantniejsza dzięki suszonymi pomidorom.

 

Sałatka z kapusty, warzyw i suszonych pomidorów

 

160 g białej kapusty, drobno poszatkowanej

30 g suszonych pomidorów z oliwy, pokrojonych w kostkę

100 g kukurydzy z puszki

garść pomidorków koktajlowych

2 łyżki oliwy

1/2 łyżki majonezu

sól, pieprz cayenne

 

Kapustę wymieszać z suszonymi pomidorami, kukurydzą, pomidorkami pokrojonymi w ćwiartki i przyprawami. Schłodzić 1/2 godziny w lodówce i podawać.

Sałatka bardzo dobra do kotletów, falafeli czy dań z grilla.

 

 

 

Kotlety pożarskie

 

Taki przysmak PRL, który wrócił do łask. Według starego przepisu, te kotlety robi się z mięsa całego kurczaka, ale można robić nawet tylko z piersi. Od jakiegoś czasu robię czasem takie kotlety, bo pracy przy nich niewiele, a u mnie w domu zawsze są przyjmowane z entuzjazmem.

 

Kotlety pożarskie

 

1 podwójna pierś kurczaka, zmielona

kilka gałązek natki pietruszki

1 bułka namoczona w wodzie

1 jajko

sól, pieprz

bułka tarta

olej do smażenia

 

Mięso porządnie wyrobić z 1 jajkiem, posiekaną natką pietruszki, odciśniętą bułką i przyprawami. Mokrymi dłońmi formować kotlety, obtoczyć w bułce tartej i smażyć na rozgrzanym oleju.

 

 

 

Tarta lawendowa

 

Właśnie kwitnie lawenda. Można oberwać kwiatki, ususzyć i zrobić tartę lawendową. Oprócz pięknego zapachu, lawenda ma też właściwości uspokajające i lekko nasenne, dobrze robi na trawienie, łagodzi ból i jest pomocna przy zwalczaniu infekcji.

 

Tarta lawendowa

 

Ciasto:

200 g mąki

100 g masła

50 g cukru

szczypta soli

1 żółtko

 

Krem budyniowy:

1/2 l mleka

3 łyżki cukru

3 łyżki mąki ziemniaczanej

1,5 łyżki mąki pszennej

1 łyżka masła

1 żółtko

3 łyżki suszonych kwiatów lawendy

 

Najpierw trzeba z podanych składników zagnieść kruche ciasto, uformować kulę, włożyć do lodówki na 1/2 godziny. Następnie wylepić okrągłą formę do tarty, wyłożoną papierem do pieczenia. Nakłuć ciasto widelcem i włożyć do piekarnika nagrzanego do temp. 180 st. C. Piec 12-15 minut, aż ciasto nabierze złotego koloru. Wyjąć i wystudzić.

Odlać do kubeczka 3/4 szklanki mleka i wymieszać z żółtkiem i mąką. Pozostałe mleko zagotować z masłem i cukrem i dodać mleko z mąką oraz lawendę. Wszystko zagotować, mieszając energiczne, a potem pogotować parę minut, aż masa zgęstnieje. Wylać na przygotowany spód i schłodzić w lodówce.

Tarta najlepsza jest na drugi dzień.

 

 

 

 

 

Syrop z kwiatów czarnego bzu

 

Troszkę późno wzięłam się za robienie tego syropu z tej przyczyny, że w lasach, gdzie zawsze zaopatrywałam się w czarny bez, właściciel wziął się za jego tępienie i miałam problemy ze zdobyciem surowca. Jak na złość, jadąc przez Warszawę, co chwilę widziałam gdzieś pięknie kwitnące krzaki, ale w mieście przecież rwać nie będę…

Kwiaty czarnego bzu są bogate w mikro i makroelementy, mają działanie napotne i lekko moczopędne. Kwiatów można używać do płukania jamy ustnej, a także oczu, przy zapaleniach spojówek. Napary z kwiatów czarnego bzu nadają się do kąpieli i kompresów na skórę twarzy.

Syrop z kwiatów czy nalewka mają wspaniały smak, którego nie da się porównać z niczym innym. Syrop można dodawać latem do wody, a zimą do herbaty przy przeziębieniach i grypie.

Poniższa receptura pochodzi ze skrzyżowania przepisów Ireny Gumowskiej i dr Alicji Elbanowskiej, zamieszczonych w „Wiadomościach Zielarskich”. Cukru należy użyć sporo gdyż służy jako konserwant. Widzę na blogach, że autorzy wpisów starają się ograniczyć ilość cukru, ale ja podaję stary przepis.

 

Syrop z kwiatów czarnego bzu

 

Sporządzić syrop rozpuszczając 2 kg cukru w 1,5 l wrzącej wody. Ostudzonym syropem zalać 35-40 baldachów kwiatów bzu czarnego, oderwanych lub odciętych nożyczkami od szypułek. Dodać sok z 1-2 cytryn. Odstawić na 48 godzin. Zagotować (nie gotować, tylko poczekać, by zawrzał!), od razu przecedzić i szybko przelać do wyparzonych, gorących butelek.

 

 

 

Sernik, pyszny sernik i sernik neapolitański

 

Sernik neapolitański pochodzi od warstwowych lodów włoskich (tam najczęściej były to lody wiśniowo-czekoladowo-pistacjowe), dostosowanych do amerykańskich gustów i trzeba przyznać, że jest przepyszny. Jest na tyle smaczny, że robiłam go już kilka razy i jeszcze nie raz zrobię.

Przepis pochodzi z kuchnia.wp.pl

 

Sernik neapolitański

 

200 g ciasteczek zbożowych, np. z tego przepisu:

Wiosna i ciastka digestive

60 g masła

750 g twarogu sernikowego lub serka śmietankowego

1 szklanka cukru

3 jajka

1 i 1/3 szklanki śmietanki kremówki 30 lub 36%

1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

100 g gorzkiej czekolady

1 i 1/2 szklanki truskawek, mogą być mrożone

1 opakowanie budyniu śmietankowego lub waniliowego

 

Ciastka pokruszyć i wymieszać ze stopionym masłem. Wgnieść w dno tortownicy (u mnie o średnicy 26 cm), wyrównać i włożyć na 1/2 godziny do lodówki.

Czekoladę połamać i roztopić w garnuszku na parze.

Truskawki zblendować.

Twaróg utrzeć z cukrem i wanilią, dodać kolejno jajka. Stopniowo dolewać śmietankę, miksując do połączenia składników (niezbyt długo). Pod koniec dodać proszek budyniowy.

Dodać część twarogu do zmiksowanych truskawek i wymieszać, część do czekolady i wymieszać, a część zostawić bez dodatków. Ja to robię w trzech jednakowych pojemnikach po lodach, żeby było tyle samo i warstwy sernika równe.

Na spód wyłożyć warstwę czekoladową, następnie śmietankową, a na końcu truskawkową.

Tortownicę włożyć do piekarnika rozgrzanego do temp. 160 st. C, na którego na dnie należy umieścić miseczkę z wodą. Piec ok. 70 minut. Po upieczeniu uchylić drzwiczki piekarnika i wystudzić sernik do temperatury pokojowej. Ja wkładam potem sernik na kilka godzin do lodówki, bo lubimy schłodzony.

 

 

 

Pesto z pokrzywy i pestek dyni

Pokrzywa jest bardzo cennym zielem, szczególnie młode, wiosenne listki. Liście pokrzywy wzmacniają organizm, podnoszą poziom hemoglobiny we krwi, zawierają witaminy (wit. C jest więcej niż w owocach czarnej porzeczki) oraz sole mineralne. Liście oczyszczają organizm, usuwając skumulowane zimą produkty przemiany materii, poprawiają cerę i samopoczucie. W liściach (i korzeniach) pokrzywy stwierdzono istnienie czynników pobudzających wytwarzanie antygenów wirusowych, działają one również bakteriobójczo.

Pestki dyni też są bardzo cenne. Zawierają dużo witaminy E, a także cynk, krzem oraz selen, a krzem świetnie wpływa na skórę, włosy i paznokcie.

Oczywiście pokrzywa powinna pochodzić z terenów oddalonych od miasta i dróg. Ja mam w swoim ogrodzie trochę pokrzyw i chętnie teraz robię z nich pesto. Najlepiej brać się za to w rękawiczkach.

 

Pesto z pokrzywy z pestkami dyni

 

40 g liści pokrzywy, najlepiej szczytowych

20 dag lekko podprażonych pestek dyni

1-2 ząbki czosnku

15 dag tartego parmezanu albo dziugasa

sól, pieprz

5 łyżek oliwy

 

Gałązki pokrzywy opłukać, sparzyć wrzątkiem na sicie, a następnie przelać zimną wodą i otrząsnąć z wody, oberwać liście, wrzucić do blendera. Dodać pestki dyni, posiekany czosnek, parmezan, przyprawy i tyle oliwy, by dało się wszystko zmiksować. Podawać z gorącym spaghetti.

 

 

 

Mieszanka do shoarmy, kebaba, dań arabskich

Podobno rodzice szybciej wynajdą szczepionkę na koronawirusa niż naukowcy. Wszyscy starają się zająć swoje pociechy. Z obu stron naszego domku są ustawione trampoliny i od rana do wieczora słyszymy „trzymp, trzymp, trzymp”. Dzieci do siebie krzyczą i ogólnie jest wesoło, ale na dłuższą metę trochę męcząco. Dobrze by było wrócić już do tzw. normalnego życia.

Dzisiaj przepis na przyprawę do dań arabskich – wieloskładnikowy, ale bardzo dobry do dań arabskich.

 

Mieszanka do dań arabskich

 

1 łyżka soli

2 łyżeczki słodkiej papryki

1/2 łyżeczki kolendry

1/2 łyżeczki kminu rzymskiego

1/2 łyżeczki chili

1 łyżeczka kurkumy

1/2 łyżeczki czosnku granulowanego

1/2 łyżeczki cebuli w proszku

1/2 łyżeczki cynamonu

1/2 łyżeczki gorczycy

1/2 łyżeczki kopru włoskiego

1/2 łyżeczki pieprzu

1/2 łyżeczki goździków mielonych

1/2 łyżeczki imbiru mielonego

1/2 łyżeczki kminku mielonego

1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej mielonej

1/2 łyżeczki kardamonu

 

 

 

Tortilla z kurczakiem i warzywami

 

Teraz najpilniejszy staje się fryzjer. Kiedyś koleżanka w pracy opowiadała nam, że jej syn był u fryzjera, ale fryzura jej się nie spodobała. Określiła ją jako „do przodu i na boki”. Strasznie nas to wtedy rozśmieszyło i próbowaliśmy sobie taką fryzurę wyobrazić. Teraz gdy patrzę w domu na MDK, nie mam już wątpliwości, jak wygląda taka fryzura.  Wypisz, wymaluj: „do przodu i na boki”. Ja z kolei wiążę sobie ogonek z tyłu. Fryzjer pilnie potrzebny.

Ostatnio podałam przepis na tortillę, a dzisiaj propozycja z czym tortillę zjeść. Mnie zainspirował przepis z Blog z apetytem. A gdy już przygotowałam tortille, dowiedziałam się od MDK, że to był królewski obiad. Oj, nawet nie myślałam, że tak bardzo będzie smakowało, a tortille bardziej kojarzą mi się z fast foodem niż z królewskim jedzeniem. Niemniej miło mi było, że bardzo smakowało.

Danie przyrządza się bardzo szybko i równie szybko znika.

 

Tortille z kurczakiem i warzywami

 

tortille, gotowe lub domowe, np. z tego przepisu: http://dorodnepomidory.com/2020/05/06/tortilla-pszenna/

1 podwójna pierś kurczakaprzyprawa do kurczakakilka liści sałaty, masłowej lub lodowej1 pomidor lub kilka małych pomidorków1 mała papryka czerwona

przyprawa do dań arabskich, np. z tego przepisu:

Mieszanka do shoarmy, kebaba, dań arabskich

1/2 cebuli

Olej do smażenia

 

Składniki sosu:

2 łyżki majonezu4 łyżki jogurtu naturalnego1 łyżka ketchupu1 ząbek czosnkusól i pieprz

 

Piersi kurczaka umyć, osuszyć i pokroić w paseczki.

Warzywa pokroić.

Mięso przełożyć do miseczki, posypać przyprawą i wymieszać. Następnie smażyć na rozgrzanym oleju do lekkiego zrumienienia.
W międzyczasie przygotować sos: w miseczce wymieszać majonez z ketchupem i jogurtem, dodać przeciśnięty czosnek i doprawić do smaku solą oraz pieprzem.Na każdej tortilli położyć trochę poszarpanej sałaty, trochę kurczaka, trochę posiekanych warzyw, polać sosem. Tortille zwinąć i krótko grillować. 

 

 

 

 

Tortilla pszenna

 

Jak sobie radzicie z odosobnieniem? Świat nagle okazał się inny niż się wydawało. Ja odrobiłam zaległości w spaniu, czytaniu i wielu rzeczach, na które nigdy nie było czasu. Nawet zrobiliśmy sobie w domu wieczór karaoke. Mam płytę „Budki Suflera” z muzyką do tego celu i jak na pierwszy raz nawet nieźle wyszło. A jak Wam się nosi maseczki? Mnie tak sobie, ale moja koleżanka jest zachwycona. Powiedziała, że uwielbia maseczki, bo zmarszczek nie widać.

Można ugotować lub upiec coś ciekawego. Dzisiaj tortille.

 

Tortilla pszenna

 

2 szklanki mąki

1/2 łyżeczki soli

3 łyżki oliwy

2/3 szklanki gorącej wody (użyłam troszkę więcej)

 

Mąkę przesiać, dodać sól i oliwę. Stopniowo dodawać wodę, mieszając łyżką lub mikserem. Połączyć składniki i uformować kulę z ciasta. Wyrabiać, dopóki ciasto nie będzie gładkie i elastyczne. Przykryć folią i odstawić na 1 godzinę.

Ciasto podzielić na 16 równych części, uformować kulki i odstawić na 15 minut.

Placki rozwałkować cieniutko na blacie wysypanym cienko mąką i piec na rozgrzanej, suchej patelni, przeznaczonej do smażenia bez tłuszczu, najpierw 30 sekund z jednej strony, potem 30 sekund z drugiej. Tortille powinny się wydąć i pokryć brązowymi plamkami. Układać je jedną na drugiej na talerzu pod folią.

Po usmażeniu wszystkich placków, zawinąć je w wilgotną ściereczkę, owinąć folią i zostawić na kilka godzin, by były miękkie.

Tortillę można jeść z uduszonymi na tłuszczu warzywami, np. pokrojoną w kostkę papryką, cebulą i pomidorami. Można do warzyw dodać jakieś mięsko, awokado, paprykę itp.

 

 

 

Dacquoise

Urodziny od pewnego wieku przestają sprawiać przyjemność. Doszłam do wniosku, że wtedy nie powinno się już dostawać prezentów tylko odszkodowanie. Częścią odszkodowania może być coś słodziutkiego. Coś takiego, jak dacquoise [czytaj: dakłas]. Słodziutka beza ze słodziutkim kremem potrafi naprawdę pocieszyć w trudnych chwilach, chociaż następnym razem zrobię tę słodycz z mniejszą ilością cukru.

Przepis znalazłam na blogu Kulinarne Przeboje.

 

Dacquoise

 

6 białek

300 g cukru

100 suszonych daktyli

100 g orzechów włoskich

250 g serka mascarpone

300 g śmietanki kremówki

150 g kajmaku, np. z tego przepisu (z połowy składników):

Mazurek kajmakowy

 

Przygotowanie:

Blaty bezowe najlepiej przygotować dzień wcześniej, by dobrze podeschły i były chrupiące.

Białka (w temperaturze pokojowej) ubić na sztywno (dodanie soli nie ma żadnego wpływu na ubijanie białek). Gdy białka będą ubite na sztywno, dodawać po trochu cukier, cały czas ubijając, aż masa będzie sztywna i lśniąca.

Daktyle i orzechy posiekać. Połowę daktyli i orzechów wmieszać łyżką w ubitą pianę.

Piekarnik rozgrzać do temp. 180 st. C.

Na dwóch papierach do pieczenia położyć talerzyk o średnicy ok. 22-23 cm, odrysować okręgi i wypełnić je masą bezową. Wyrównać.

Dwie blachy z blatami bezowymi ułożyć na dolnym i środkowym poziomie w piekarniku, zmniejszyć temperaturę do 140 st. C i piec 45 minut. Następnie zamienić blachy miejscami i piec dalsze 45 minut. Bezy powinny się troszkę przyrumienić. Piekarnik wyłączyć, uchylić drzwiczki i pozostawić blaty do ostudzenia piekarnika. Potem wyjąć i rozłożyć na blacie lub na parapecie.

Następnego dnia przygotować krem.

W misce wymieszać ze sobą mascarpone i masę kajmakową.

Śmietanę kremówkę ubić i dodać do masy z mascarpone i kajmaku, wymieszać. Dodać pozostałe posiekane orzechy i daktyle, wymieszać.

Na płaską stronę jednego blatu wyłożyć krem, pozostawiając troszkę na wierzch. Położyć drugi blat, posmarować lekko kremem i ozdobić mieszanką daktyli i orzechów lub posypać kakao.

 

 

 

 

 

 

Burek w cieście filo

Lubię robić ciasto filo (po grecku: liść). W odróżnieniu od ciasta francuskiego, którego wykonanie jest dla mnie męczące, robienie ciasta filo to przyjemność. Lubię, gdy płat ciasta robi się tak cieniutki, że można przez nie zobaczyć nawet zadrukowaną stronę i od razu można go wykorzystać, np. do burka czy baklawy.

Ciasto można kupić gotowe, można też zamrozić, ale ja tego nie robiłam.

Burek jest robiony nie tylko w Turcji, ale też w Grecji, w krajach bałkańskich i arabskich. Występuje także pod innymi nazwami, w różnych wariantach, z różnymi nadzieniami i przyprawami. Burek można robić w formie nakładanych na siebie płatów ciasta, ale też można zwijać rulony i układać je spiralnie w foremce.

Ponieważ lubię robić tę potrawę, więc testowałam różne przepisy i wypracowałam swój ulubiony wariant. Podaję trzy klasyczne tureckie nadzienia, ale sama najbardziej lubię burek z mięsem. Pamiętając, że Turcja jest krajem muzułmańskim, przymierzałam się do robienia burka z cielęciną albo jagnięciną. Ostatecznie robię go najchętniej z mielonym mięsem gulaszowym z indyka. Mam ochotę zrobić bardziej swojską wersję z grzybami albo z nadzieniem jak do pierogów ruskich.

Przygotowując burek korzystałam m. in. z przepisu Wypieki Beaty oraz Ugotuj.to.

 

Burek

 

Ciasto:

2 i 2/3 szklanki mąki pszennej typ 500

1/2 – 3/4 szklanki ciepłej wody (ilość wody zależy od mąki – trzeba użyć tyle, by ciasto było miękkie i sprężyste)

1 łyżeczka soli

2 łyżki oliwy

mąka ziemniaczana do podsypywania

200 g masła

 

Zagnieść ciasto z mąki, soli i wody. Wodę należy dodawać stopniowo i wyrabiać tak długo, by ciasto było sprężyste i odchodziło od ręki. Na dłoniach rozetrzeć po trochu oliwy i wyrabiać, aż do stopniowego wyczerpania oliwy.

Miskę z ciastem przykryć folią spożywczą lub wilgotną ściereczką i odstawić na 2 godziny.

 

Nadzienie:

1) Serowe:

400 g twarogu półtłustego

200 g sera feta

2 ząbki czosnku

1 łyżka jogurtu

sól, pieprz

Przygotowanie: Twaróg oraz fetę ugnieść widelcem, dodać przeciśnięte ząbki czosnku, jogurt, sól oraz pieprz i dobrze wymieszać.

 

2) Szpinakowe:

100 g mrożonego szpinaku

200 g sera feta

200 g twarogu półtłustego

3 ząbki czosnku

sól, pieprz

 

Przygotowanie: Szpinak podsmażyć w garnku wraz z przeciśniętymi ząbkami czosnku, dodać fetę, twaróg i przyprawy. Ugnieść wszystko razem widelcem i dobrze wymieszać.

 

3) Mięsne:

400 g mielonego mięsa (ja używam mięsa indyka na gulasz, ale może też być jagnięcina)

2 ząbki czosnku

1 cebula

sól, pieprz, papryka, bazylia, oregano

 

Przygotowanie: Cebulę pokroić w kostkę i podsmażyć na oliwie, dodać posiekany czosnek i podsmażyć razem z odrobiną soli. Następnie zmielić razem z mięsem i podsmażyć wszystko na patelni. Pod koniec smażenia dodać przyprawy.

 

Spód tortownicy (u mnie o średnicy 24 cm) wysmarować masłem, a pozostałe masło roztopić w rondlu. Odrywać większe kulki ciasta (resztą trzymać pod przykryciem, by nie obsychało) i wałkować na blacie podsypanym cieniutko mąką ziemniaczaną (nie łączy się z ciastem tak bardzo jak pszenna), aż ciasto będzie bardzo cieniutkie i prawie przejrzyste. Wycinać koła talerzykiem o średnicy 24 cm. Pierwsze kółko położyć na spodzie tortownicy i posmarować stopionym masłem za pomocą pędzla kuchennego. To samo zrobić z następnymi kółkami, każde smarując masłem. Położyć w ten sposób 6-7 warstw, które będą stanowić spód burka. Rozciągnąć te warstwy na tyle, by uzyskać boki burka (natłuszczone ciasto można delikatnie rozciągać – nie przerwie się). Ostatniej warstwy nie trzeba smarować masłem, tylko rozłożyć na niej połowę nadzienia. Następnie położyć 4 warstwy (ostatniej nie smarować masłem) i rozłożyć drugą połowę nadzienia, po czym położyć warstwy uzyskane z reszty ciasta.

Uwagi dotyczące ciasta: mąkę podsypywać do wałkowania w jak najmniejszej ilości, by ciasto nie było zbyt twarde – tylko tyle, ile trzeba, by rozwałkować jak najcieńsze ciasto. Nie należy się przejmować, jeśli ciasto się przerwie, albo powstaną drobne fałdki, bo natłuszczone ciasto da się odpowiednio rozciągnąć i ułożyć na poprzednich warstwach.

Ciasto, które już zostało rozwałkowane, ułożyć ładnie z kawałków, by utworzyć następnie kółko, a nie wałkować ponownie. W ten sposób część warstw będzie z całych kółek, a część z kawałków. Ważne, by górna warstwa była na pewno całym kółkiem i ładnie wyglądała.

Warstw ciasta nie przyciskać do siebie – smarować delikatnie masłem.

Po uformowaniu boczków, założyć obręcz na spód tortownicy na spód z burkiem, posmarować masłem wierzch i włożyć blaszkę do piekarnika rozgrzanego do temp. 200 st. C. Piec ok. 30 minut (ciasto jest lepsze gdy nie jest zbyt mocno wypieczone).

 

 

 

 

 

 

 

Meksykański kurczak w sosie z czekoladą

Idą Święta, ale dziwne to będą Święta – bez święcenia jajek, w odosobnieniu. Trzeba jednak zrobić wszystko, żeby było nam lepiej i jak najbardziej świątecznie.

Wczoraj podałam przepis na masło orzechowe, bo do tego dania będzie konieczne: kurczak w sosie z czekoladą. Zaskakujące, ale wyjątkowo pyszne tradycyjne meksykańskie danie. Nadaje się na świąteczny obiad.

Przepis znalazłam na blogu Apetycznie-Klasycznie i bardzo polecam. Robiłam to danie już dwa razy i na pewno nie raz wrócę do tego przepisu. Nie należy przerażać się ilością składników, bo danie robi się dosyć szybko. Według przepisu sos najlepiej jest zrobić przeddzień, żeby się „przegryzł”, ale nam danie smakowało najbardziej, kiedy i kurczak się „przegryzł” w sosie, czyli na drugi dzień.

Życzę wszystkim pięknych, zdrowych i wesołych Świąt.

Mole poblano de pollo

Sos mole:

2 łyżki oleju

1 cebula pokrojona w kostkę

2 ząbki czosnku pokrojone w kostkę

1 ostra papryka bez nasion pokrojona w kostkę (ja użyłam papryki w proszku)

1 łyżka uprażonych nasion sezamu

1 łyżka mielonych migdałów

1 łyżeczka słodkiej papryki w proszku

1 łyżeczka cynamonu

1 łyżeczka kminu rzymskiego

1/4 łyżeczki mielonych goździków

1 puszka pomidorów krojonych bez skórki (ja wzięłam świeże pomidory, które ugotowałam oddzielnie)

2 łyżki rodzynek

1 łyżka masła orzechowego, np. z tego przepisu:

1 szklanka rosołu drobiowego lub warzywnego

25 g gorzkiej czekolady 70%

sól, pieprz

2 piersi kurczaka (każda pokrojona na 4 kawałki)

2 łyżki oleju

Przygotowanie sosu. W rondlu rozgrzać olej, dodać cebulę, czosnek, ostrą paprykę, lekko posolić i smażyć 5 minut na małym ogniu, mieszając. Dodać sezam, migdały, przyprawy i smażyć 3 minuty, dodać pomidory, masło orzechowe, czekoladę pokruszoną na kawałki oraz rosół. Wymieszać, zagotować i gotować dalej na małym ogniu przez 15 minut (gdyby sos zrobił się zbyt gęsty, dodać troszkę wody). Garnek zestawić z ognia, lekko ostudzić, wlać do blendera kielichowego i zmiksować na gładko. Na koniec doprawić solą i pieprzem, przelać do garnka, przykryć, odstawić na noc do lodówki.

Na patelni rozgrzać olej, usmażyć kawałki kurczaka, aż uzyskają złoty kolor.

Wyjąć z lodówki garnek z sosem, zagotować, włożyć obsmażone kawałki kurczaka, przykryć i gotować na małym ogniu przez ok. 30 minut. Danie podawać posypane łyżką uprażonych ziaren sezamu, z ryżem lub quinoa (można je skropić odrobiną soku z limonki – ja nie skrapiałam).

Masło z orzechów laskowych

Masło zrobiłam z orzechów laskowych, ale można zrobić także z innych orzechów, np. ziemnych. Nie jest trudne do zrobienia, nie robi się go długo, za to można postawić na świątecznych lub codziennym stole do pieczywa, można użyć jako kremu do wypieków, albo… przepis na pyszną potrawę z masłem orzechowym już jutro.

Masło orzechowe

Orzechy (ja wzięłam 300 g) prażyć na blaszce do pieczenia ok. 10 minut w temp. 200 st. C, mieszając od czasu do czasu. Następnie wysypać na blat i poczekać, by ostygły. Brać w dłonie garść orzechów i pocierać je o siebie, żeby osłonki się wykruszyły (nie musi być superdokładnie).

Obrane orzechy wrzucić do blendera, dodać szczyptę soli, łyżeczkę miodu i tyle oleju rzepakowego lub orzechowego, by uzyskać gładki krem.

Przechowywać w słoiku w lodówce.

Ciasto migdałowe

Byłam w domu to i ciasto migdałowe zrobiłam. Robiłam to ciasto wielokrotnie, bo bardzo je lubimy. Dziwne, że dopiero teraz pojawia się na moim blogu, ale podobno lepiej późno niż wcale…

Przepis znalazłam kiedyś na blogu Moje Wypieki i troszkę go zmieniłam. Przede wszystkim jest w nim mniej cytryny i dzięki temu ciasto jest bardziej migdałowe.

Ciasto migdałowe

220 g miękkiego masła

180 g drobnego cukru

4 duże jajka

50 g mąki pszennej

220 g zmielonych migdałów

1/2 łyżeczki ekstraktu migdałowego

otarta skórka z 1 cytryny i sok z 1/2 cytryny

Keksówkę o wymiarach 30×11 cm wysmarować masłem i wysypać zmielonymi migdałami i wysypać tartą bułką albo zmielonymi migdałami i odstawić.

Masło zmiksować z cukrem i ucierać, aż do białości. Wbijać jajka, jedno po drugim, nadal miksując, a po każdym jajku dodawać 1/4 część mąki. Następnie dodać migdały, ekstrakt z migdałów, skórkę z cytryny i sok – delikatnie zmiksować (na wolnych obrotach) lub wymieszać.

Piec ok. 50-70 minut (zależy od piekarnika) w temperaturze 180 st. C. Trzeba sprawdzić patyczkiem, czy jest już upieczone.

Wietnamska zupa pho

Jeszcze nie było przepisu na potrawę wietnamską, więc teraz dodaję. Przepis jest na czasie, bo słynna wietnamska zupa pho jest rosołem z przyprawami, które warto jeść w sezonie przeziębień i infekcji. Do knajpki wietnamskiej się teraz nie można wybrać, ale zupę można zrobić samodzielnie według przepisu Wietnamki Linh Nguyen. Przyszły takie czasy, że najtrudniej jest zdobyć kości wołowe. Mnie się udało w stoisku mięsnym pod Halą Mirowską. Zupa jest bardzo aromatyczna i smakuje egzotycznie, ale MDK stwierdził, że woli polski rosołek. Podaję przepis oryginalny, a na zdjęciu zupa pho z wietnamskiej knajpki w Warszawie. gdzie dorzucili jeszcze kiełki.

Zupa pho

1 kg wołowych kości szpikowych

1/2 kg tłustej łaty

1/2 kg mięsa z udźca wołowego

kawałek imbiru

ziarno kardamonu

2 gwiazdki anyżu

laska cynamonu

cebula

sos rybny

300 g cienkiego makaronu pho

pęczek dymki

pęczek kolendry

cytryna

świeża papryka chili lub pasta chili

sól

Kości umyć, zalać wodą i gotować, aż do momentu, kiedy pojawią się na powierzchni wody szumowiny. Wówczas wylać całość i znowu umyć kości. Znowu zalać kości wodą, wrzucić łatę i zagotować. Znowu zebrać szumowiny i gotować na małym ogniu.

Kardamon, anyż, cynamon, posiekany w długie słupki imbir oraz cebulę pokrojoną w piórka prażyć na suchej patelni przez 2 minuty. Uprażone przyprawy dorzucić do gotującego się rosołu. Wszystko razem gotować do momentu, aż łata się rozpuści (ok. 3-5 godzin). Rosół przyprawić solą i sosem rybnym (ja chlapnęłam tylko troszkę sosu rybnego z butelki).

Mięso z udźca pokroić na cienkie plasterki i marynować w części pokrojonego świeżego imbiru.

Makaron pho namoczyć w letniej wodzie na ok. 20-30 minut, aż zmięknie. Następnie wrzucić do wrzącej wody i gotować przez 1 minutę, mieszając.

Na koniec ugotowany makaron ułożyć w misce, położyć na nim zamarynowane płaty wołowiny z imbirem, posypać posiekaną dymką, kolendrą i zalać bulionem. Wołowina pod wpływem gorącego bulionu ścina się i oddaje słodycz. Równoważy się ją, dodając do zupy sok z cytryny i chili.

Wiosennie

Był taki okropny toast „Zdrowie pięknych pań i tych tu obecnych!”. Teraz, po zimie, zaczęłam sobie myśleć, że trzeba zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby chociaż w jakimś stopniu nie zaliczać się do „tych tu obecnych”. Poza tym jest Dzień Kobiet, więc warto zrobić sobie przyjemny prezent. Dlatego przygotowałam maseczki odżywiające skórę. Namawiam Was, drogie kobiety, żebyście też zrobiły swojej skórze prezent i ten prezent przynajmniej raz w tygodniu powtarzały. Wystarczy umyć twarz i szyję, położyć się wygodnie na kanapie, na twarz i szyję nanieść grubszą warstwę maseczki, zamknąć oczy i relaksować się jakieś 20 minut. Potem maseczkę należy zmyć pod bieżącą wodą i posmarować twarz jakimś delikatnym kremem.

Maseczka ze śmietanki, kurkumy i miodu

1 łyżka gęstej śmietanki kremówki

1 łyżeczka miodu

1 łyżeczka kurkumy

Składniki wymieszać i od razu nakładać. Lepiej podłożyć sobie pod głowę jakąś niepotrzebną ścierkę, bo kurkuma bardzo lubi brudzić wszystko dookoła i ciężko ją sprać z ubrania.

Maseczka z twarożku, żółtka i banana

1 łyżka twarożku

1 żółtko,

1/5 banana

Kawałek banana rozgnieść widelcem, a następnie wymieszać z twarożkiem oraz żółtkiem.

Maseczka z kapusty z otrębami owsianymi

Kawałeczek białej kapusty

otręby owsiane, zmielone na proszek

Kapustę posiekać na drobniutkie kawałeczki, potem delikatnie utłuc tłuczkiem, by kapusta puściła sok. Wymieszać ze zmielonymi otrębami.

Ostatnia maseczka jest troszkę kłopotliwa do zastosowania, bo kawałeczki kapusty lubią spadać z twarzy. Dlatego trzeba sobie pod głowę podłożyć ręcznik i leżeć spokojnie.

Co można zjeść i wypić w Wietnamie?

Odpowiedź brzmi: wszystko. Można wódeczkę z kobrą w środku albo zwykłą herbatę czy kawę.

Wietnamska kawa bardzo mi smakowała. Ma trochę goryczki, ale też czekoladowy posmak. Typowa kawa po wietnamsku sączy się przez sitko ustawione na szklance, która na dnie ma już trochę słodkiego mleka skondensowanego tłumiącego goryczkę. Kawa podawana jest z lodem. Sitko do kawy i sama kawa jest bardzo dobrym prezentem z Wietnamu. Te sitka można też kupić u nas na Allegro.

Kuchnia wietnamska jest przez wielu uznawana za najlepszą i najzdrowszą kuchnię w Azji, bo stosowane jest szybkie smażenie przy użyciu małej ilości tłuszczu. Po wietnamskim jedzeniu czuliśmy się lekko. Najlepsze jedzenie jest podobno w Hoi An, ale tam nie dotarliśmy. Charakterystyczne jest tu przygotowywanie jedzenia ze świeżych produktów. Ludzie nie robią zakupów na cały tydzień, tylko idą rano na targ i od razu gotują to, co kupili. Drugą zasadą jest tu jedzenie wszystkiego – kurzych łapek, skóry, dziobów kaczek itd. Wietnamczycy nie jedzą albo jedzą bardzo mało nabiału, więc np. ości ryb itd. dostarczają im wapnia.

Zupę Pho lub ryż z warzywami Wietnamczycy jedzą na śniadanie i o każdej porze dnia.

Czym jest wino dla Francuza czy oliwa dla Włocha, tym jest sos rybny dla Wietnamczyka. To tutaj najpopularniejsza przyprawa. Podobno każda rodzina ma swoją sekretną recepturę wyrobu tego sosu z solonych malutkich ryb podobnych do anchois, bardzo bogatego w sole mineralne. Jedni go sprzedają, inni produkują tylko na własny użytek. Wietnam jest największym eksporterem sosu rybnego na świecie i uważa się, że wietnamski sos jest najlepszej jakości. Inne popularne przyprawy to sos sojowy, imbir oraz czosnek.

Wielka jest tu rozmaitość owoców i wszędzie na deser serwowano je nam po obiedzie: arbuzy, jackfruity, banany, melony. Kupujemy tu mangostany, rambutany, mandarynki, rajskie jabłuszka wyglądające raczej jak czerwone gruszki. Na południu bardzo popularne są smocze owoce. Jadąc nad morze mijaliśmy dużo sadów i straganów z tymi owocami. Drzewa rodzą owoce cały czas – nawet w nocy nie odpoczywają, bo są doświetlane reflektorami.

Spośród ryb Mekongu słynny jest sumowaty pangaz, który może mieć nawet 3 m długości, ale jest gatunkiem zagrożonym. Popularną i pyszną rybą jest tu słoniowe ucho (na zdjęciu). Gdy podadzą nam całą rybę, nie powinniśmy jej przewracać na drugą stronę, aby wybrać kolejny płat. Ryba powinna zawsze leżeć na jednej stronie i jakoś trzeba się do niej dobrać. Wietnamczycy uważają, że osoby, które przewracają rybę są dwulicowe i niegodne zaufania.

Wietnamskie rosołki podawano we wszystkich restauracjach.

Kwiaty dyni smażone w cieście

Kawałki ryby czy mięsa z warzywami można owinąć w zmoczony papier ryżowy i zjeść.

Tak się robi papier ryżowy. Trzeba mieć dużą wprawę i delikatność, by nie porwać papieru, potem arkusz schnie na bambusowym koszyku (stąd wzorki).

Można popić wężówką. Na zdjęciu widać poszukiwania głowy węża z nalewki.

Jedna z nadmorskich restauracji z „boke” w nazwie. Jada tu dużo miejscowych. Jeśli jedzą miejscowi to znaczy, że i nas nie otrują. Wchodzimy.

Można sobie wybrać żabę, rybę, jaszczurkę, żółwia, małże, kraby, krewetki, płaszczki, węże albo coś jeszcze innego. Kucharz nam to od razu przyrządzi. Ryby i owoce morza są świeżutkie i przepyszne. Bardzo popularną przyprawą jest sól zmieszana w miseczce z pieprzem, polane świeżo wyciśniętym sokiem z limonki. Świetne do ryby.

Chciałam zjeść coś lekkiego, jakieś warzywa, więc zamówiłam sobie sałatkę. Sałatkę z Mui Ne. To, co dostałam, przeszło moje wyobrażenie. Cały talerz surowych małych rybek w czymś marynowanych. Do tego przynieśli mi jakieś zielone liście, papier ryżowy, wodę i sosiki w miseczkach. Pokazali, że mam sobie moczyć papier ryżowy w miseczce z wodą, nakładać na krążki papieru rybki z tymi liśćmi, zawijać, maczać w sosie i jeść. Głęboko westchnęłam i jadłam. Nawet smaczne, ale po tej sałatce czułam tęskny niedosyt warzyw…

Wietnam – bardzo dziwny socjalizm

Wietnam ma długą historię. Bywał zdominowany przez Chiny, walczył z sąsiadami, wchodził w skład Indochin Francuskich, był okupowany przez Japończyków, od 1957 r. działała w nim bratobójcza partyzantka Viet Congu, z którą walczyły Stany Zjednoczone. Ostatecznie komuniści zwyciężyli i do dzisiaj trwa Socjalistyczna Republika Wietnamu, ale dziwny to socjalizm. Można kupić wszystko, nawet w dużych sklepach takich projektantów jak Chanel czy Dior, w sklepach spożywczych też pełne zaopatrzenie, można wyjechać za granicę, działa internet. Pełno jest prywatnych sklepów i restauracji.

Wietnam jest dynamiczny, pracowity, zaradny i funkcjonuje całą dobę. W tym kraju żyje 97 mln ludzi. Można odnieść wrażenie, że większość z nich nazywa się Nguyen.

Pomimo wysiłków Francuzów, najwięcej Wietnamczyków wyznaje buddyzm. Pomimo starań komunistów, w Wietnamie trwa wiara w bóstwa, duchy i panuje kult przodków. Tutaj nawet kuchnia w domu ma swojego ducha, nie mówiąc o miastach i wsiach. Wietnamczycy, dyskretniej niż np. Tajowie czy Khmerowie, ustawiają ołtarzyki w domach. Są tam zdjęcia przodków, ich ulubione potrawy, kwiaty, owoce, trociczki, papierowe pieniądze itp. Wietnamczycy dokładają starań, by duchy były z nich zadowolone, bo inaczej mogą mieć problemy ze strony duchów rozgniewanych.

Pływanie łódką po jednej z licznych odnóg Delty Mekongu. Po drodze mijamy wioski. Co ciekawe, przy wiosłach łódek stoją kobiety.

Delta Mekongu to jedno z największych rozlewisk na świecie. Na tej rzece, o barwie kawy z mlekiem, zwanej Rzeką Dziewięciu Smoków, ludzie mieszkają, łowią ryby i sprzedają swoje towary. Domy na palach stoją frontami do rzeki, jakby rzeka była szeroką ulicą. Domem wielu osób jest łódź, gdzie stoi szafa, stół, kwiaty i suszy się pranie. Łodzie są traktowane jak przyjaciele – mają nawet namalowane oczy. Po rzece pływają sklepy, kwiaciarnie, stacje benzynowe.

Sajgon ku czci wodza od 1975 r. został przemianowany na Ho Chi Minh. Ta była stolica kraju liczy sobie obecnie prawie 8,5 mln mieszkańców, jest zatłoczona, ruchliwa, hałaśliwa, pełna sklepów i restauracji. Codziennie do pracy w tym mieście dojeżdżają 3 mln ludzi, bo najwięcej można zarobić właśnie w Sajgonie.

Charakterystyczne są domy rurowe, czyli bardzo wąskie, co jest pozostałością po Francuzach, bo koloniści pobierali podatek od szerokości domu. Dlatego budowano domy jak najwęższe. Obecnie zmieniono prawo i dom nie może mieć mniej niż 2 m szerokości.

Pagoda Jadeitowego Cesarza jest jedną z ważniejszych świątyń w Wietnamie. Przyjeżdżają tu wierni z całego kraju. Została zbudowana w 1909 r. na cześć taoistycznego boga zwanego Jadeitowym (lub Nefrytowym) Cesarzem.

Po obydwu stronach wejścia do świątyni stoją posągi lwów: lwicy, która ma pod łapą lwiątko…

…i lwa, który ma pod łapą kulę. Lwy chronią przed złymi mocami, są symbolem dostojeństwa i potęgi oraz obrońcami prawa.

Żółwiki w brodziku koło świątyni.

Pałac Zjednoczenia to dawny Pałac Prezydencki, a jeszcze dawniejszy pałac francuskiego gubernatora. W ogrodzie stoją 2 czołgi, które w 1975 r. sforsowały bramę i umożliwiły zdobycie siedziby rządu, a następnie Wietnam Północny i Południowy zostały zjednoczone.

Katedra Notre Dame wybudowana przez Francuzów w XIX w. jako kopia katedry w Paryżu. Nawet materiały budowlane sprowadzono z Francji.

Szopka przed katedrą.

Poczta Główna wybudowana przez Francuzów w XIX w. funkcjonuje do dziś.

Wnętrze gmachu Poczty Głównej i wszechobecny portret „wujka Ho”. Portret Ho Chi Minha wisiał nawet w naszym hotelu.

Czego nie można przewieźć na skuterze? Szczerze mówiąc, nie wiem. Po Sajgonie jeżdżą całe chmary skuterów. Ich kierowcy przewożą na nich chyba wszystko, także całe rodziny. Ruch na jezdniach nie ustaje także w nocy, bo Sajgon nie zasypia. Ruch skuterowo-samochodowy jest może trochę mniejszy w ciągu dnia, ale odbywa się całą dobę. Skutery jeżdżą po jezdniach i po chodnikach. Przejście przez jezdnię wymaga zmiany sposobu myślenia. Trzeba przyjąć do wiadomości, że na drodze każdy jest równie ważny. Gdy chce się przejść przez jezdnię, trzeba zdecydowanie przechodzić, ale mieć oczy ze wszystkich stron głowy. Widok pieszego zazwyczaj zatrzymuje rzekę pojazdów jednak trzeba uważać.

Oprócz skuterów, interesujące są też pęki drutów nad drogami, niektóre druty związane są po prostu na kokardkę. Drutów jest mnóstwo i niczym nie są zabezpieczone. Jak to działa w porze deszczowej???

Skutery są wszędzie. Zastanawialiśmy się, co będzie, gdy Wietnamczycy się wzbogacą i przesiądą do samochodów. Wówczas wąskie uliczki miasta całkiem się zatkają. Sytuację może uratować jedynie metro, które jest ciągle w budowie.

Sajgon o wschodzie słońca.

Jeszcze nie tak dawno, bo ok. 40 lat temu w dżungli trwały walki i tu znajdują się partyzanckie tunele Viet Congu Cu Chi. W tunelach znajdowały się schrony, drogi zaopatrzenia, magazyny broni i żywności, kuchnie polowe i szpitale. Tunele sięgają do 18 km pod ziemię. Ich łączna długość wynosi 320-400 km. Niektóre tunele udostępniono zwiedzającym, ale trudno się po nich przemieszczać nie będąc drobnym Wietnamczykiem. Niektórzy zwiedzający, zwłaszcza więksi mężczyźni mogą mieć problem z obejrzeniem tuneli.

Do tuneli prowadziły liczne wejścia, znane tylko partyzantom, a niewidoczne dla wrogów.

Wytęż wzrok i znajdź wejście do tunelu.

Proste, ale liczne mordercze pułapki, jak np. ta. Nie dość, że wróg był poraniony licznymi szpikulcami, to dla pewności infekcji były one wysmarowane kałem.

Po drodze mijamy liczne pola ryżowe. Wietnamczycy wyciskają z ziemi maksimum, np. siew i zbiory ryżu odbywają się tu 3 razy do roku (w Kambodży 1 raz). Gdy się jedzie przez kraj, na polach znajdują się liczne groby przodków, co jakoś odbierało nam apetyt na wietnamski ryż z przodkami.

Świątynia w Tay Ninh – Watykan religii cao dai, łączącej buddyzm, taoizm, konfucjanizm, chrześcijaństwo, islam i judaizm.

Wnętrze świątyni jest bardzo kolorowe i wygląda po prostu jak z odpustu. Rolę ołtarza pełni wielki niebieski glob z namalowanym okiem, tzw. Boskim Okiem. Nie wolno go fotografować. Kaodaizm powstał w 1926 r. Oficjalna nazwa tego Kościoła to Wielka Droga ku Trzeciemu Zbawieniu. Jego głównym celem jest zjednoczenie wszystkich religii dla pokoju i szczęścia ludzkości. Póki co najwięcej wyznawców kaodaizmu mieszka w delcie Mekongu.



Na Morzu Południowochińskim są idealne warunki do uprawiania kitesurfingu: wiatr i fale.

Malowniczy port rybacki w Mui Ne. Samo miasteczko nie jest zbyt ładne, a w dodatku zaśmiecone. Nawet trudno wybrać jakąś sensowną pamiątkę ze stosów kolorowych plastików. Można wykupić sobie jakąś wycieczkę w jednym z lokalnych biur podróży lub wybrać się na kawę. Jest też dużo restauracji dla turystów, a najciekawsze są te z „boke” w nazwie, bo tam można zjeść wszystko, co się rusza.

Angkor

Spełnieniem mojego wieloletniego marzenia było obejrzenie z bliska Angkor Wat. Świątynia budzi zachwyt podróżnych przyjeżdżających tu z całego świata. Niektórzy twierdzą, że można zobaczyć Angkor i umrzeć, bo już nic wspanialszego się w życiu nie zobaczy.

Rzeczywiście, nie tylko ta świątynia, ale budowle w Angkor robią niesamowite wrażenie. Ozdobione są wspaniałymi reliefami i rzeźbami, które obrazują sceny z Mahabharaty, Ramajany i innych utworów, bitwy i życie codzienne Khmerów. Budowle były niegdyś kolorowe, a wieże Bajonu pokryte złotem, co trudno sobie dzisiaj wyobrazić.

Angkor był stolicą państwa Khmerów. Leżał na obszarze większym od współczesnego Paryża i miał 750 tysięcy mieszkańców. W XIII w. był największym zurbanizowanym kompleksem na świecie. Otaczający go system wodny jest uznawany za arcydzieło sztuki inżynierskiej. Królestwo Khmerów upadło w XVI w. Jest wiele teorii, dlaczego tak się stało. Jedną z nich było to, iż zbyt wiele środków przeznaczało na utrzymywanie budowli w Angkor – po prostu przeinwestowało.
Z niewyjaśnionych przyczyn ludzie opuścili Angkor. Następnie miasto na wieki pochłonęła dżungla, aż w 1860 r. odkrył je Francuz Henri Mouhot.

Zrobiłam wielką selekcję zdjęć, żeby pokazać, jak wygląda Angkor. Nie wszystkie budowle się zmieszczą w moim wpisie, ale postaram się pokazać chociaż trochę tego bogactwa.

Angkor Wat znaczy po khmersku „wielka świątynia” lub „świątynia stolicy”. Zbudowana z twardego laterytu w XII w. ku czci boga Wisznu. Była budowana przez 35 lat jako świątynia hinduistyczna, potem stała się świątynią buddyjską.Budowla mieści się na wyspie o wymiarach 1,1 x 0,9 km, otoczonej fosą.

Do Angkor Wat droga wiedzie po długim moście wykonanym z jakby połączonych kanistrów. Bardzo dziwnie się po nich idzie, ale w razie podniesienia poziomu wody, most też się podniesie.

Angkor Wat – dziedziniec wewnętrzny z aleją, wzdłuż której umieszczono gigantyczne węże naga.

Najbardziej znana płaskorzeźba ma ponad 900 m długości i pokazuje sceny z Mahabharaty, Ramajany i inne historie.

Wdrapałam się na samą górę! Widok z III poziomu na odległą bramę.

Taras na górze. Oglądając wyrzeźbione nimfy niebiańskie – dewaty, można odpocząć i nacieszyć się obecnością w tym miejscu.

Na II poziomie mieszkają mnisi buddyjscy

Droga do Angkor Tom – Wielkiego Miasta. Wejście prowadzi przez 100-metrową fosę i most ze 108 posągami półbogów (po 54 z każdej strony) trzymających wielkie węże naga. Z prawej strony stoją demony zapowiadające nieszczęścia, a z lewej półbogowie o przyjaznym wyrazie twarzy. Podczas prac restauratorskich niezbyt dokładnie dopasowano głowy do korpusów, ale i tak posągi robią wrażenie. Na Bramie Zachodniej wita nas pierwszy uśmiech Angkor.

Świątynia Bajon i następne uśmiechy. Być może jest to połączenie twarzy Buddy i króla Dżajawarmana VII.

Apsary – tancerki świątynne symbolizujące ideał kobiecości.

Nawet można sobie strzelić fotkę z apsarami.

Taras Słoni stanowi część murów otaczających niegdyś, nieistniejący już pałac królewski. Słonie w architekturze khmerskiej są symbolem siły i władzy królewskiej oraz stabilności i pomocy.

Niedaleko Tarasu Słoni znajduje się Taras Trędowatego Króla z przepięknymi płaskorzeźbami. Każda z wyrzeźbionych postaci różni się od pozostałych (dotyczy to rzeźb w całym Angkor).

Phimeanakas – jedyna pozostałość po „Pałacu Niebiańskim” – siedzibie królów.

Banteay Srei – Twierdza Kobiet jest niemal o 200 lat starsza od Angkor Wat. Zbudowali ją mnisi ku czci boga Śiwy. Budulcem był czerwony piaskowiec i z tego kamienia powstały kwiaty, liście i misterne koronki.

Banteay Srei. Trzy wieże przypominają pąki lotosu. Większość rzeźb przedstawia postacie z Ramajany.

Ta Prohm nie do końca została wyrwana dżungli. W budowle wrosły drzewa kapokowe. Jacek Pałkiewicz określił tego typu budowle jako bezlitosną walkę natury z historią. Drzewa stopniowo rozsadzają budowle, ale ich usunięcie doprowadziłoby do zawalenia konstrukcji. Tylko w tej jednej świątyni służyło kiedyś 12.640 osób (kapłani, tancerki, robotnicy). Żeby wykarmić tyle osób, potrzeba było 66 tys. rolników dostarczających ok. 3 tysiące ton ryżu rocznie.

Wieczorem można pójść na kolację i obejrzeć współczesne tańczące apsary. Ciekawe przedstawienie, bo daje wyobrażenie o tańcu przedstawianym na kamiennych budowlach. Wiadomo, że każdy gest dłoni i palców coś oznaczał, a poprzez gestykulację apsary opowiadały całe historie, jak w języku migowym. Ich taniec to wykonywane kolejno figury, a tempo gwarantuje, że zdjęcie na pewno nie będzie „rozmazane”…

Kambodża

Królestwo Kambodży od razu nam się spodobało, a niektóre wątki w jego historii są jakby znajome. Kraj ten rozwijał się dynamicznie od IX do XV wieku i rozciągał również na terenach dzisiejszego Laosu, Wietnamu Południowego, Birmy i zachodniej Tajlandii. Wtedy też
stolicą było Ankor Tom i budowano świątynie w Ankor. Po dynamicznym rozwoju nastąpił kryzys, kraj był podbijany przez sąsiadów i kurczył się terytorialnie, Następnie ścierały się w nim wpływy ze wschodu i zachodu, czyli tajskie i wietnamskie, a w końcu – Kambodża wraz z Laosem i Wietnamem – weszła w skład Indochin – kolonii francuskiej.

Potem – w dużym skrócie – kraj był pod okupacją japońską, tajlandzką, walczył o niepodległość z Francuzami, obalono monarchię, wojska amerykańskie bombardowały wsie walcząc z komunistyczną partyzantką Wietnamu, co spowodowało niechęć ludności do USA. Dziennikarz Tiziano Terzani cytuje pewnego nauczyciela, który stwierdził z goryczą: „zniszczyli nas, ale nas nie uratowali”. Najgorszy okres to lata 1975-1979, kiedy trwały krwawe rządy Czerwonych Khmerów, którzy pod przywództwem kilku wykształconych w Paryżu ideologów pod wodzą Pol Pota, zamknęli granice i zabili ok. 3 milionów osób. Powodowani byli obłędnym pomysłem zabicia wszystkich wykształconych i wszelkich tradycji, by pozostali uczyli się na własnym doświadczeniu i żeby stworzyć nowych ludzi. Zachód nie reagował i Kambodżę wyzwolili Wietnamczycy, którzy do niej wkroczyli. Nie było w Kambodży rodziny, która nie straciłaby swoich krewnych, ale USA, Chiny i ONZ jeszcze długo uważały Czerwonych Khmerów za jedyny legalny rząd, a później za pełnoprawnych uczestników demokratycznej sceny politycznej, którą pomagały stworzyć. Pierwszy wyrok w sprawie zbrodni przeciwko ludzkości zapadł dopiero w 2010 roku.

W 1993 r. została restaurowana monarchia, obecnie konstytucyjna. W 2004 roku wybitny król Norodom Sihanouk abdykował, a na tron wstąpił jego syn Norodom Sihamoni, który rządzi do dzisiaj.

Phnom Penh – Perła Azji i stolica Kambodży. Jej nazwa oznacza dosłownie „pagoda na wzgórzu”. Główny ośrodek polityki, kultury, nauki i przemysłu. Leży na zbiegu trzech rzek: Mekongu, Tonle Sap i Bassac. Ma ok. 2 mln mieszkańców. Obecnie się mocno rozbudowuje. Od lat 70. miasto rozrosło się czterokrotnie. Wybudowano również drapacze chmur.

U Khmerów ważne są osoby starsze i wykształcone. Nacja ta ma silne poczucie godności i zrobi wszystko, by tej godności nie stracić. Czasami może to przynieść efekty humorystyczne, bo ludzie poważani za nic nie przyznają się, że czegoś nie wiedzą. Dlatego zawsze odpowiedzą na zadane pytanie, np. o drogę. Odpowiedzą na pewno, ale niekoniecznie z sensem. Co więcej uśmiech Azjaty i jego zgoda może wynikać z grzeczności. Azjata z grzeczności ci nie zaprzeczy, ale może cię to utwierdzić w błędzie.

Azjatyckie złożenie dłoni i ukłon jest przyjęte w Kambodży. Im wyżej dłonie, tym większy to szacunek wyraża.

Na wzgórzu w centrum stolicy stoi Wat Phnom – najstarsza świątynia w mieście, od której pochodzi nazwa Phnom Penh. Według legendy gnieździ się tam Naga – siedmiogłowy wąż, symbol i opiekun Kambodży.

Przed wejściem do świątyni buddyjskiej trzeba zdejmować buty. Nikt jednak, w żadnym mieście na świecie nigdy ich tak ładnie i porządnie wchodzącym nie ustawił.

Pałac Królewski i cały kompleks budynków, m. in. Srebrna Pagoda (gdzie nie można robić zdjęć), wyłożona płytkami ze szczerego srebra.

Odcisk stopy Buddy. Zadziwiająco duży, prawda?

Budda pod drzewem o baśniowych kwiatach – czerpnią gujańską.

Muzeum Tuol Sleng. Czerwoni Khmerzy przekształcili szkołę w więzienie. Według dokumentów zabito tu ok. 14 tys. osób podejrzanych o wrogość do nowych władz.

Czerwoni Khmerzy skrupulatnie dokumentowali swoje czyny. Każdego więźnia fotografowali. W tym miejscu byli torturowani i zabijani Azjaci, ale również biali. W muzeum stoi dużo gablot z fotografiami ofiar reżimu.


Rzeka Tonle Sap wypływa z jeziora Tonle Sap i jest jedyną rzeką na świecie, która zmienia kierunek. Zwykle płynie od jeziora Tonle Sap, ale gdy na wiosnę Mekong przybiera, masy wód odwracają kierunek biegu rzeki, a jezioro powiększa się kilkakrotnie.

Kambodża pełna jest kwiatów. Tu uprawia się lotosy.

Wnętrze lotosa. Surowe nasiona lotosa mają, według niektórych, smak surowego zielonego groszku, według innych – słonecznika. Nasiona lotosa dodaje się do potraw i deserów, a z łodyg tej rośliny robi się również włókno.

Domek duchów. Te domki są stawiane przy domach i innych budowlach, by udobruchać duchy, którym zabrano ich miejsca pod te budowle. Im większa budowla, tym większy powinien być domek. Przy domkach pali się trociczki i stawia jedzenie oraz picie dla duchów. Również w Tajlandii takie domki są powszechne.

Zwykle domki duchów są bardzo wytworne, w formie pałacyków (jak na poprzednim zdjęciu), ale niektórzy wykonują taki domek samodzielnie. Na tym zdjęciu jest akurat bardzo skromny domek.

Ołtarzyk w dużym markecie. Tiziano Terzani, który pokochał Kambodżę, tam właśnie stwierdził, że „znaczna część życia Dalekiego Wschodu nam umyka, ponieważ nie bierzemy pod uwagę jego więzi ze światem, który postrzegamy jako nierzeczywisty.”

Market jak market. Takie markety są na całym świecie, ale w Kambodży przy wejściu stoi ołtarzyk i nikogo to nie oburza.

Jezioro Tonle Sap zmienia swoją wielkość i kształt w zależności od pory roku. To zależy od tego, czy rzeka Tonle Sap do niego wpływa, czy wypływa. W porze deszczowej stan wody wzrasta z 2 do 14 m, a powierzchnia rozrasta się z 2.800 do 15.000 km kw.

Pływające wioski na jeziorze Tonle Sap. Żyje tu ponad milion osób – z rybołóstwa i uprawy ryżu na terenach zalewowych. Niestety niewiele mają z rozwijającej się turystyki, gdyż jest ona organizowana przez firmy zagraniczne.

W pływających wioskach życie toczy się na wodzie i pływa wszystko: domy, sklepy, świątynie, szkoły, a nawet hodowla krokodyli

Fish pedicure na ulicy w Siem Reap. Nazwa miasta oznacza klęskę Syjamu, czyli Tajlandii. Jest to miejsce przyjazne turystom, panuje ruch na drogach, bo jest to baza wypadowa do Angkor.

Potrawy kambodżańskie są dosyć ostre w smaku, choć łagodniejsze niż w Tajlandii. Amok to jedna z potraw narodowych. Jest to mięsne curry z mlekiem kokosowym z ryżem i przyprawami (czosnek i in.), zawinięte w liście bananowca. Amok, który zamówiliśmy w restauracji w Siem Reap zawierał kilka rodzajów mięsa, w tym mięso z krokodyla.

W Kambodży jada się przeważnie łyżką i widelcem. Jedzenie widelcem jest mało grzeczne – widelca używa się raczej do nabierania potraw na łyżkę. Pałeczki nie są tak powszechne jak w Wietnamie czy Chinach. Używa się ich raczej do jedzenia makaronu w zupie.

W Kambodży można zjeść coś nietuzinkowego, np. smażone robaki czy duże pająki.

Przyznam się, że zjadłam tylko jednego robala i nie czułam się z tym komfortowo. Może gdyby były bardziej wysmażone, kto wie?…

Co można przywieźć z Kambodży? Typowe kambodżańskie chusty w kratę, pieprz, cukier palmowy. bawełniane i jedwabne ubrania.

Krajanka piernikowa z lukrem kawowym

To miał być domek z piernika, ale przypadkowo odkryłam przepis na pyszne, miękkie pierniczki. Taki, jakiego szukałam.

W książce kucharskiej mojej Mamy znalazłam dużo karteczek z przepisami na pierniki i pierniczki. Mama je zbierała od znajomych i gdyby ktoś jej nie znał, to po liczbie tych kartek mógłby stwierdzić, że uwielbiała pierniki i ciągle je piekła. Ale ja nie pamiętam, żeby upiekła chociaż jeden! Widocznie jej nie pasowały te przepisy i nie zdecydowała się na skorzystanie z żadnego z nich.

Przepis, który znalazłam na wp.pl od razu mi się spodobał. Pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi dla przyjaciela, a trzeci dla siebie. Widocznie u mnie dotyczy to domku z piernika, bo ten pierwszy zdecydowanie nadawał się dla wroga. Popełniłam pewne błędy konstrukcyjne , które skończyły się zrobieniem z domku pysznej krajanki piernikowej. Może w przyszłości powstanie drugi domek, ale na razie podaję przepis na świetną krajankę. Można ją zrobić bez lukru i jest pyszna, ale ja wolę z lukrem kawowym. Takie pierniczki kupowałam kiedyś na Święta i Nowy Rok w cukierni Strzałkowskiego na Tamce. Ciasto należy przygotować dzień wcześniej i włożyć na noc do lodówki.

Życzę wszystkim pełnego szczęścia Nowego Roku 🙂

Pierniczki

100 g soku z buraków

100 g miodu

200 g brązowego cukru

800 g maki pszennej + trochę mąki do podsypania

300 g zimnego masła

szczypta soli

2 łyżki sody oczyszczonej

2 łyżki przyprawy do piernika, np. z tego przepisu (wg oryginalnego przepisu 30 g, ale mnie wystarczą 2 łyżki):

Lukier kawowy

225 g cukru pudru

1/2 cytryny

1 białko

1 łyżka kawy rozpuszczalnej

Przygotowanie pierniczków:

Zagotować w garnku sok z buraków, miód, cukier i 100 ml wody. Garnek zdjąć z ognia, dodać masło i mieszać, aż się rozpuści.

W miseczce wymieszać sodę, sól i przyprawę do piernika, a następnie stopniowo dodawać tę mieszankę do maślanej masy, mieszając. Odstawić do ostygnięcia. Dodać mąkę i zmiksować lub wyrobić ręką.

Miskę z ciastem owinąć folią spożywczą i włożyć na noc do lodówki.

Następnego dnia miskę wyjąć z lodówki i odstawić na 1/2 godziny, by się ogrzało. Ciasto jest twarde i ma konsystencję plasteliny. Gdy się sformuje kulkę, należy ją wałkować na blacie podsypanym odrobiną mąki, na grubość pół centymetra, a następnie pokroić w paski. Moje miały wymiary ok. 4 cm x 1,5 cm x 0,5 cm, ale mogą być trochę większe. Poustawiać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i piec w piekarniku rozgrzanym do temp. 170 st. C ok. 12 minut,

Przygotowanie lukru:

Cukier wsypać do miski, dodać białko i ucierać łyżką, dodając stopniowo sok z cytryny, aż lukier będzie gładki. Pod koniec ucierania, dodać kawę rozpuszczoną w 1 łyżce gorącej wody i jeszcze chwilę ucierać. Pierniczki zanurzać w lukrze i wykładać na kratkę, by lukier zastygł.

Pierniczki można przechowywać przez dłuższy czas, np. w puszce wyłożonej serwetką.

Panettone – włoska babka świąteczna

Kiedyś znalazłam przepis na tę babkę, a właściwie babę, w „Przeglądzie Piekarskim i Cukierniczym” i zapragnęłam ją upiec. Chciałam to zrobić w prawdziwej foremce do babki panettone, żeby przypominała klasyczne włoskie wysokie babki. I jest – wysoka, wyrośnięta, a nawet przerośnięta baba. Miałam problem, bo gdy wyrosła, to zajęła całą wysokość piekarnika! Pod koniec pieczenia, położyłam dwie blachy na samym dole, żeby nie dotykała sufitu. Udało się ją upiec.

Nie wiem, czy będziecie chcieli upiec tak wysoką babkę, czy podzielicie ciasto na pół i upieczecie w dwóch foremkach, ale podam przepis na klasyczną dużą, świąteczną babkę.

Babka panettone

650 g mąki tortowej

50 g świeżych drożdży

150 g cukru

1/4 l ciepłego mleka

200 g masła

5 żółtek

1 łyżka soli

szczypta mielonej gałki muszkatołowej

starta skórka z 1 cytryny

100 g drobno pokrojonej kandyzowanej skórki cytrynowej

50 g drobno pokrojonej kandyzowanej skórki pomarańczowej

150 g uprzednio namoczonych rodzynków

Drożdże zalać ciepłym mlekiem, dosypać cukier i wymieszać. Gdy drożdże zaczną pracować, dodać gałkę muszkatołową oraz sól i wymieszać. Dodać żółtka oraz mąkę i wyrobić gładkie ciasto. Na końcu dodać roztopione masło i wyrobić ciasto z masłem, a następnie z bakaliami. Miskę przykryć folią spożywczą i odstawić w ciepłym miejscu na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Dno formy do panettone wysmarować masłem i złożony papier do pieczenia tak, by wystawał nad formą o jakieś 10 cm. Wtedy do foremki włożyć ciasto i pozostawić w przykrytej folią foremce na 1 godzinę. Piec w piekarniku nagrzanym do temp. 180 st. C do zbrązowienia (co najmniej 40 minut, albo i dłużej, bo to duża babka).

Po upieczeniu, pozostawić babkę do całkowitego wystygnięcia i dopiero wtedy wyjąć z foremki.

Babkę można nadziać kremem lub lodami. W tym celu ostrym nożem z ząbkami trzeba wyciąć wnętrze babki zaczynając od spodu, aby pozostawić ścianki o grubości ok. 2 cm. Spód babki o grubości 1-2 cm zachować do zamknięcia ciasta. Wydrążoną babkę spryskać lekko dobrym syropem, a następnie napełnić kremem, przykryć zachowanym spodem i w stanie odwróconym wstawić do lodówki, aby krem dobrze zastygł.

Do nadziewania panettone można użyć kremu chantilly waniliowego albo z likierem, orzechowego, czekoladowego, bitej śmietany z czekoladą lub posiekanymi świeżymi czy kandyzowanymi owocami, nugatem, krokantem, kremem kasztanowym, musem, kremem bawarskim, gęstym budyniem, kremem mascarpone z likierem. Do kremów można dodać pozostałe kawałki babki pokrojone w kosteczkę. Zamiast kremu można nadziać babkę lodami, ale wówczas trzeba babkę włożyć do zamrażalnika.

Babkę można też przełożyć kremem, przekrawając ją poziomo na 4-5 warstw, nasączając i smarując różnymi kremami.

Po zastygnięciu kremu, odwrócić babkę do właściwej pozycji, polać lukrem lub czekoladą i udekorować świątecznie.